O Ysie ósmym, kilka słów więcej

Skończyłem, przeszedłem po raz pierwszy, na normalnym poziomie trudności. Skończyło się nie tak smutno jak sądziłem, ale z takim klasycznym fantasy twistem. Teraz pozostaje przejść na najwyższym poziomie trudności i poznać prawdziwe zakończenie.

W pewnym sensie jestem z siebie zadowolony. Z minimalną pomocą zrobiłem 51 z 55 osiągnięć, a tym 55 jest platyna, czyli zbierz pozostałe 54. Sądzę, że byłbym w stanie zrobić je bez pomocy, tylko ciut więcej czasu musiałbym poświęcić na granie, a dokładnie rzecz biorąc łowienie ryb. W tym przypadku pojawia się moja ukochana walka ze szczęściem.

Pozostało mi przejście na wyższym poziomie trudności, znalezienie jednego przedmiotu kluczowego, oraz pokonanie opcjonalnego bossa. Do tego jest jeszcze trochę rzeczy do zrobienia niezwiązanych z trofeami. I pewno biorąc pod uwagę zaległości, na razie zostawię je na zaś.

Zastanawia mnie tylko czemu robić rzeczy w stylu prawdziwego zakończenie. Pewno dowiem się gdy przejdę grę, może różni się ona gdzieś tam dalej, może wtedy uronię jakąś łezkę. Może przestanę się krzywić na to co scenarzyści wymyślili na koniec. Jakoś mnie to śmieszy po prostu. Rozumiem, że opcja taka zwiększa czas spędzony przy grze. Ciut sztucznie, ale ponieważ mnie gra nie męczy chętnie przysiądę i o ile będzie się dało, zrobię lekki speed run. Nie chce mi się czekać na poprawione tłumaczenie.

Jeżeli chodzi o fantasy twista, mam tutaj na myśli, to że w fantasy dzięki magii – potężnym magom, bogom – w prosty sposób można robić rzeczy nie mające żadnej logiki, ot cud, potężny czar etc. Może w tym przypadku nie jest to aż takie coś z niczego, ale gdy obraz znika, postać się budzi gdzieś indziej i wszystko jest w porządku to pozostaje taki niesmak.

Wielki plus daję jeszcze za to, że można grać drużyną trzech dziewczyn. Oczywiście Dana i Laxia mają standardowe zbroje fantasy (w przypadku tej drugiej, ów zbroja jest opcjonalna (8.25 zł), ta podstawowa jest normalna), czyli im mniej zakrywają tym lepiej. A tak po prawdzie to tylko ubrania, czy tam ich brak. A ten plus jest za zgrabne tyłki, na które oczywiście nie zwraca się uwagi podczas grania, ale są bardzo istotnym elementem.

Czas wrócić do Celcety na Vicie. Tylko o czym ona była…

Lacrimosa of Dana

Nie umiem jasno określić Ysa VIII, bo to dość specyficzna gra, w którą gra się przyjemnie, mimo że ameryki nie odkrywa. Ostatnio przemierzam wyspę Isle (chyba tak się ona zwie) i nawalam w przyciski.

Jest barwnie, przyjemnie tylko zbliżający się koniec świata przypomina o tym, że musimy coś z tym zrobić. Apokalipsa tuż za rogiem, więc może lepiej pozwiedzać stare rejony, pozbierać surowce i połowić ryby.

Japoński action RPG pełną gębą. Graficznie, muzycznie czy fabularnie nie powala, ale robi doskonale to co każda gra powinna – pozwala się zrelaksować na kilka godzin. Jak dla mnie wszystko tutaj jest bardzo poprawne, lub ciut ponad to.

Walka, czasem wymagająca, ale na tym normalnym poziomie trudności rzadko się zdarzają problemy. Zagadki zmuszają czasem do myślenia, ale to RPG a nie puzzle by przez pół dnia nie móc pójść dalej. Łowienia ryb chyba się prościej zrobić nie da.

Tylko z czasem robi się tak smutno, wzruszająco i człowiek zastanawia się czy gra tego typu to nie najlepszy sposób by przekazać proste wartości jak przyjaźń, koleżeństwo, współpraca.

Nie skończyłem jeszcze gry, ale czeka mnie przejście na wyższym poziomie trudności by zdobyć platynę. Do tego NIS America przyznało się do kiepskiego tłumaczenia (nie znam na tyle angielskiego by się czepiać) i ma to poprawić. Nie sądzę bym zmienił zdanie, bo stare Ysy były pod wieloma względami podobne.

Zawsze dobre, jak na swoje czasy.

 

 

Milcz i bier mamonę!

Dead or Alive 5 w grudniu tego roku ma otrzymać ostatnie kostiumy. Ostatnie DLC a później zespół ma zająć się czymś innym. Pewno ludzie liczą, że chodzi o Dead or Alive 6, a ja sądzę że na razie będą mocno pracować przy Venus Vacation.

Nie powiem, że nie cieszę się z faktu zakończenia ubierania postaci w Dead or Alive 5. Nie wiem ile to już lat trwało i jak rzadko zdarzało się, że DLC było sensowne. Wiem ile kasy na to poszło i czasem myślę, że gdybym aktywnie grał, to bym więcej pieniędzy wrzucił do skarbca KOEI Tecmo.

Może nie w 100% jestem zadowolony z faktu wydanych pieniędzy, ale tłumaczę sobie (oszukuję się), że na ładne rzeczy zawsze warto wydać. Nawet nie raz przeszło mi przez myśl, że gdy wyjdzie Dead or Alive 6, to ciuszki będę kupował na bieżąco. By ludzie mogli na mnie kląć.

I mimo, że wspominam dobrze stare czasy gdy granie w grę, pięcie się na wyżyny i zwiększanie swych umiejętności wystarczało by zdobywać kolejne pierdołkowate dodatki dla postaci (choć w Edge Master Mode w Soul Bladzie zdobywało się nowe bronie), to czasy się zmieniły.

Teraz myślę jak prosty i prymitywny chłop. Ładny ciuszek dla kogoś – kupuję. Bo tylko Hitomi ma prawo do posiadania szafy wypchanej po brzegi.

Patrząc w przyszło, czekam, oszczędzam, bym kiedyś nie zbankrutował.

I (don’t) love this game

Nowe, tegoroczne NBA 2k ciągle mnie drażni. Jak mogę zrozumieć, że twórczy poczynili pewne zmiany by gra stała się bardziej realistyczna, przez co trudniejsza do opanowania i moje narzekanie jest na swój sposób bezcelowe, to próba grania w trybie kariery to droga przez mękę.

I nie chodzi mi o powolny rozwój mojej postaci. Nawet nie przejmuję się tym, że mógłbym wydać normalną kasę by go przyśpieszyć. Na tym mi nie zależy i mogę powoli, do przodu. Ale nie w taki sposób.

Ktoś wymyślił, że grze ma być jakaś fabuła. Podwórkowy gracz trafia do NBA. Może tak czasem dzieje się naprawdę i może to usprawiedliwia czemu ze mnie takie nic. Przy okazji tworzenia postaci wybiera się ulubioną drużynę i tak też zrobiłem. Na swój sposób trafiło na San Antonio Spurs i jakimś cudem ktoś z organizacji mnie podpatrzył na streetballowym turnieju i zaprosił na trening.

W sumie to teraz myślę że mogłem się obijać i trafić gdzieś indziej. Gram w tym SAS, dostaję coraz więcej minut i rzadko tak naprawdę daje coś drużynie. Żeby było jasne, gdy jestem na parkiecie staram się być oszczędny, grać mądrze i w tzw. rankingu +/- być raczej na plus, lub chociaż na niewielki minus.

I tak chłodno kalkulując, drużyna – SAS – nie zmieniała się zbytnio. Nawet w grze jest statystycznie w pierwszej 10 (na 30), więc zastanawia mnie czemu dobry zespół dostaje łomot od największych leszczy. Phoenix, Chicago, Minnesota. Dobra nie grałem jeszcze z Nets, z Dallas raz wygrałem, raz przegrałem. I pewno niesłusznie nazywam ich leszczami, ale gdy drużyna z czołówki, przegrywa z kimś z dołu tabeli, to ujdzie, ale jeżeli ta przegrana to kilka punktów różnicy. A jeżeli mnie pamięć nie myli (a z reguły myli), to z Phoenix przegrałem 19, czy 20 punktami? Jak, nawet na boisku nie byłem 5 minut.

Boli mnie, że San Antonio, tak dobra drużyna leci w dół. Że przeze mnie Pop będzie miał pierwszy, od 20 lat, sezon w którym jego drużyna przegra więcej niż 32 mecze. Boli to jeszcze bardziej, bo wydaje mi się, że wiele z tych meczy jest ustawionych, by móc opowiedzieć fabułę. Pokazać jak to ochroniarz się do mnie nie odzywa, a tu nagle bum i jest najlepszym kumplem. Jak to pewnego dnia poznaję rapera, który na co dzień czyści parkiet. Jak to mój samozwańczy guru robi sobie żarty – które niestety mnie nie śmieszą.

Ostatnie trzy dni grałem bez dźwięku, by nie słyszeć tych dziwnych konwersacji. Jak chcę grać, rozwijać gościa, cieszyć się nie z tego, że moja drużyna dzięki mnie wygrywa, tylko że jak mnie już wpuszczą to robię postępy. Tona rzeczy, które twórcy zrobili jest może i klimatyczna, ale z czasem staje się strasznie nudna.

Zaczynasz mecz, widzisz jak twój awatar wchodzi do szatni – jakieś 30+ sekund z głowy. Siada na stołku przed swoją szafką, w której ma tylko buty, które może zmienic – kontrakt na buty musi być od razu, przecież nie da się grać boso (a skarpetki non stop te same). Zadumany patrzy w wykładzinę i czeka. I czeka. I jakoś mecz minąć nie może, bo nie wyszedł na parkiet. Naciskasz X, by przejść do meczu. Teraz będzie można coś zrobić by drużyna i tak przegrała.
Kolejna cudowna animacja wybiegania z szatni przez korytarze (kolejne 30 sekund z głowy); trafiasz na boisko. Tam by dostać piłkę i sobie porzucać przed meczem, awatar musi trafić dokładnie za linię rzutów za 3 punkty, dokładnie naprzeciwko kosza – a piłki mogą koło oczu mu przelatywać. 45 sekund rzucania i zaczynamy.

Jak już sobie te 5 minut pobiegasz na boisku – bo więcej na początku nie dadzą, to wracamy. Powrót przez korytarze, smutne/radosne miny. Ziomki odpowiednio reagują, a człowieka szlag trafia. I ta sama historia co mecz, tylko czasem ochroniarz, mopiarz, czy ktoś tam inny mało znaczący będzie chciał coś ciekawego powiedzieć.

A jakby te wszystkie przerywniki olać i zrobić bez fabuły, bez cudowania, ot mecz – trening – klikanie po tablicach (prawie jak przeglądarka, menadżer sportowy), by zawierać kontrakty, zdobywać fanów, gadać z menedżerem o transferze. Ale po co, lepiej udawać że człowiek siedział przy grze wiele godzin. Właśnie, siedział.

Stwierdzam, że miarka się przebrała i w NBA 2k grać będę tylko z kimś. Żadnych MyCareer i tracenia czasu na to by się wkurzać. Lepiej ten czas przeznaczę na oglądanie gołych bab, lub pisanie durnych postów na blogu…

… bo raczej na nic pożytecznego i tak nie wykorzystam.

e-dziewczyny w e-bikini #8

To nie tak, że w zalewie gier wracam do wizualnego umilacza czasu. (Nie tylko) Oczy by się cieszyły, ale niekoniecznie tędy droga. Tak więc nie wróciłem do Dead or Alive Xtreme 3, lecz wypatruję co jego twórcy szykują.

Już dawno temu KOEI Tecmo zapowiedziało przeglądarkową grę, DEAD OR ALIVE Xtreme Venus Vacation. I nawet nie chodzi o to, że po ujawnieniu trailera i pokazaniu tony japońskich napisów wiem z czym mam do czynienia, ot po prostu uważam, że trailer jest całkiem ładny*.

Prosta, prymitywna zabawa w oglądanie przyjemnie* wyrzeźbionych wirtualnych dziewcząt. Kompletnie nie wiem co się tam będzie robić, ale jestem kupiony. Może to być zwykłe klikadło z toną µ transakcji, gdzie bez wydanie prawdziwych pieniędzy nic nie zrobimy… znaczy nie zobaczymy.

Jest Hitomi, jest dobrze. Dodano kolejną plażowiczkę – Misaki. Wraca obsada znana z Xtreme 3. Nie będę narzekał, bo już robiłem to zbyt wiele razy. A co z tego wyjdzie, nie omieszkam sprawdzić i z czasem napisać parę słów.

O ile uda mi się przebić przez spore ilości japońskiego tekstu…

* to tylko opinia autora bloga, bo ten blog jak na bloga przystało wygłasza jego subiektywne poglądy

Czas Zodiaków #2

Jakoś ciężko przychodzi mi wyprodukowanie wpisu o tym jak dobrą grą jest Final Fantasy XII The Zodiac Age. A przecież mógłbym o niej opowiadać w samych superlatywach.

10 lat minęło, gra się niewiele zestarzała. Tak jak wtedy, tak i dziś gra się przyjemnie. Historia jest ciekawa, niektórym może wydawać się błaha. Postacie – nie wszystkie – bardzo barwne, a Balthier to dla mnie jedna z kilku wybitnie wykreowanych postaci w grach wideo.

Przerywniki wyglądają (mimo, że poprawiono im tylko rozdzielczość) lepiej niż w wielu współczesnych grach zachodnich. Oczywiście podczas eksploracji terenu otacza nas pustka, ale to tylko remaster. Owszem, ciut przesadzam, bo projekty lokacji są bogate, choć tutaj najlepiej czuć, że to odgrzewany kotlet (ale jakże pyszny).

Mechanicznie także nic nie zmieniono – choć nie jestem pewien czy nie dodano tutaj trybu 4X. System gambitów, czyli możliwość ustawienia zachowań postaci zależnie od sytuacji, nadal świetnie działa i jeżeli zboczymy z drogi, to wypada i tak wziąć sprawy w swoje ręce – umiejętnie dostosować się do lokacji, poprzestawiać gambity lub je wyłączyć. Opcjonalni bossowie potrafią napsuć krwi – chyba, że przeczyta się w internecie co wypada z nimi zrobić. I mimo, że sporo czasu gry tak naprawdę wychylamy gałkę by iść do przodu a postacie same walczą, to godziny spędzone przed ekranem mijają mile – chyba, że jakiś boss akurat uprzykrza nam życie.

Kiedyś rzekłbym, że nie wiem kiedy przekroczyłem 100 godzin ale dziś ciut większą wagę przywiązuję do upływającego czasu. Przy Final Fantasy XII nie mogę narzekać, że go zmarnowałem, mimo że to już trzeci raz kiedy siadłem do tego tytułu. Tym razem zrobiłem o wiele więcej, choć nadal pozostał niedosyt. Chętnie bym kiedyś wrócił, wykręcić takie 100% jakie jest tylko możliwe, ale dwa lata temu to samo mówiłem o Final Fantasy Type-0.

 

Czas zodiaków #1

Lata temu, przy okazji japońskiej premiery Final Fantasy XII w internecie pojawiały się narzekania odnośnie gry. Wtedy też ktoś w jednej z polskich gazet stwierdził, że Ci co grają nie mają czasu pisać w necie, bo ich gra wciągnęła. Tak więc, po jakiś 40 dniach od premiery Final Fantasy XII The Zodiac Age w końcu mogę siąść i ponarzekać. Gra jest bardzo dobra, ale pozachwycam się nią innym razem, pewno w dużo krótszym poście.

Jedyna rzecz która mnie wkurza to losowość. Lata temu, gry były inne. Jest to remaster japońskiego RPGa, więc wielu rzeczy mogłem się spodziewać. Niestety człowiek ma mniej wolnego czasu, a i ilość hobby się powiększyła. Dziś chciałby walczyć z przeciwnikiem i widzieć, że coś robi źle, niż walczyć z brakiem fuksa.

Parę razy chodziłem tam i z powrotem by skrzynka się pojawiła. Skrzynka skrywająca przedmiot, czy umiejętność którą potrzebowałem. Fajnie że skrzynki z Addle i Witherem mają jakieś 20%-40% na pojawienie się. A jak już się pojawiają to dostajemy w nich to, czego szukamy.

Ale są takie przedmioty, które chciałbym mieć. Niestety gdy czytam, że na pojawienie się skrzynki mam 1% szans, to sobie odpuszczam. I może to nie jedyny sposób by zdobyć Zodiac Speara w tej grze, ale jakoś się nie garnę by chodzić tam i z powrotem przez pół dnia – na razie. Kiedyś była to najlepszą broń w całej grze. Wtedy też wielką głupotą było jej zdobycie, bo wypadało nie otworzyć kilku skrzynek by ta znajdująca się w Nabudis zawierała Zodiac Spear. Była to ciut inna wersja FFXII.

W tej, której The Zodiac Age jest remasterem, czyli International Zodiac Job System, można znaleźć kilka lepszych, niewidzialnych przedmiotów. By je dostać, trzeba mieć naprawdę wielkiego fuksa. Szanse, że się na nie trafi wypadają grubo poniżej 1% – zarówno szansa na pojawienie się skrzynki, jak i to że w tej skrzynce znajdziemy przedmiot który byśmy chcieli.

I tak, jest taki super łuk o nazwie tak dziwnej że spamiętać nie mogę. Łuk jest niewidzialny, więc wpakowano go do niewidzialnej skrzynki w miejscu, w którym człowiek przewinie się raz, może dwa. Dodatkowo nawet może tam nie przebiec, bo w sumie nic tam nie ma. Nie znam dokładnie szans procentowych na pojawienie się niewidzialnej skrzynki i trafienie w niej łuku, ale szansa by ot tak go dostać, przypadkiem, graniczy z cudem. Oczywiście ludzie znaleźli na to sposób, tak śmieszny i dziwny, że tylko grzebiąc w plikach/mając znajomości u twórców można na niego wpaść.

Dodam, że ów łuk zebrałem. Działając dokładnie tak, jak pan z youtube’a mówił. Co prawda zadziałał sposób drugi, czy tam trzeci, bo odliczanie 20 sekund było mało efektywne. Do tego wziąłem super tarczę. Jak?

Zabij bossa. Weź skrzynkę z Excaliburem. Wyjdź, wróć. Jak gra zapiszę auto-save’a, wyłącz grę. Włącz, wczytaj auto-save. Wchodź, wychodź z pomieszczenia, aż pojawi się skrzynka. Gdy się pojawi, nie otwieraj. Uderz się sam 10 razy, nie mając żadnej broni ani tarczy w rękach. Przy 9 powinno pojawić się 4 ciosowe kombo, jeśli tak było to – otwórz skrzynkę, dostaniesz pierdołę, chyba Meteorite. Wyjdź z pomieszczenia, wejdź. Będzie skrzynka, otwórz i… tadam! Gendarme. Tego nie wymyśli normalny człowiek.

I to jedyna rzecz na jaką mogę w tej grze narzekać. Głupie, długie, w sumie często niepotrzebne kombinowanie. Bo przecież grę można przejść i olać zdobywanie platyny.

Ale chcę ją zrobić…

Eee… to może kupię Switcha

E3, targi… sam nie wiem czego. Jakoś za nimi nie przepadam. Przechwałki, marketingowy bełkot i trailery, które budują hype. Jasne, gdzieś tam poza tymi prezentacjami jest możliwość pogrania. Nawet jakbym miał pod nosem i mógł pograć, to sądzę że nadal bym podchodził do tego sceptycznie.

Microsoft same cośtam cośtam exclusive, gdzie głównym bohaterem jest karabin. Nie moja bajka, może poza Ori, ale ten ma być na PC więc może kiedyś. Sony pokazało to co już wszyscy widzieli. Dodali tylko, że większość z tych fajnych gier w 2018 roku się pojawi. Jest na co czekać, ale zawiodłem się ciut, bo nie po to o 3 w nocy wstawałem.

Jedyną grą wartą uwagi, będącą zaskoczeniem i na która trafiłem przypadkiem to Mario + Rabbids Kingdom Battle. Wszystko się sprowadza coraz bardziej do tego by Switcha zakupić. Już jakieś gry do ogrania są, coś w przyszłości ma się pojawić, więc czemu by nie.

Mario + Rabbids to gra z gatunku który lubię. Taka konsolowa strategia turowa z lekkim twistem. Do tego wygląda na zabawną, kolorową i z pomysłem. I jak Rabbids designowo mogą mi się nie podobać, to uroku Mario i spółce nigdy nie odmówię.

I jest najważniejsza postać, czyli Yoshi!

20 lat wcześniej

Gdybym wiedział, że to dziś przygotowałbym jakiś długi wywód (byłby tak czy siak bez sensu). Czuję się zaskoczony, ale ponieważ wychodzi na to że to właśnie 20 czerwca przypada okrągła rocznica, wypada mi napisać kilka słów o najważniejszej grze mojego życia, czyli Final Fantasy Tactics.

Jak byłem jeszcze mały, choć raczej wzwyż niż w szerz, zobaczyłem w gazecie cudowną grę, ze świetną grafiką – nie taką 3d która po latach się starzeje. Mogłem się tylko ślinić do obrazków i liczyć, że kiedyś będzie dane w nią mi zagrać. Kilka lat minęło aż siadłem do japońskiej kopii FFT, u kumpla. 10 minut magicznej gry, w której – wtedy – nie wiedziałem co robię, o co chodzi i że w życiu tyle mi czasu zje.

Magia trwała później przez lata. Grałem w wersję angielską na zmianę z japońską. Odkładałem by za sporą kasę – wtedy, w czasie nie najlepszym dla rodziny – kupić sobie oryginała amerykańskiego (w europie gra nigdy nie wyszła). Gdy pojawiła się informacja że remaster wychodzi na psp, byłem szczęśliwy że znalazłem pracę i mogę pograć bez kombinowania, emulacji i cudów. Teraz jak mam vitę, której w sumie nie używam zbyt często Final Fantasy Tactics leży i czeka bym mógł w niego zagrać. I chyba tak dziś zrobię, od zera, czytając, wczuwając się, próbując przeżyć od nowa choćby odrobinę magii.

 

Czuję że to gra która mnie gdzieś tam wychowała, dużo w głowie pozmieniała choć nie potrafię tego określić i pewno nie jedyna w tym okresie. Dała motywację do czytania angielskich tekstów, przez co dziś jakoś angielski znośnie umiem (a polskiego nadal nie). Lata, które przy niej spędziłem były często tymi najlepszymi i chyba mało która gra po niej tak bardzo bawiła.

Także właśnie 20 lat temu, 20 czerwca majstesztyk Yasumiego Mitsuno z muzyką Hitoshiego Sakimoto i Masaharu Iwaty, oraz z pięknymi kreacjami Akihiko Yoshidy ujrzał światło dzienne. Jestem im za wszystko dozgonnie wdzięczny.

 

WordPress, Jetpack, hosting.

Przyszło mi ostatnio zarzucać na nowo wordpressa. Stary, porzucony pomysł, który po przeanalizowaniu wszystkich mediów społecznościowych wydaje się jedynym słusznym rozwiązaniem. Tak więc nowa instalacja wordpressa, jetpack i poszukiwanie motywu. I jak pierwszy krok i trzeci jakoś przeszły, drugi dał mi ciut do myślenia.

Jetpack, to taki plugin moloch. Daje różne bajery, a że było ich wiele, bywały ciekawe, to od dawna zarzucałem i się cieszyłem że jest. Od dłuższego czasu bywały też z jetpackiem problemy. Aby uzyskać kompletną funkcjonalność pluginu, wypada połączyć go z kontem na wordpress.com. Daje trochę bajerów, takich działających w tle, więc człowiek tak do końca nie jest pewien co mu to daje, ale jak dają to się cieszy.

I tu się pojawił problem. W skrócie, połączenie wymaga dostępu do pewnego pliku na serwerze z zewnątrz. WordPress jest na tyle popularny, że hakierzy próbują się dobić to tego pliku i mój usługodawca hostingowy po jakiejś tam akcji postanowił się zabezpieczyć i zablokować do niego dostęp.

Do niedawna wszystko byłoby w porządku, bo jetpack się łączył, uruchamiał i może nie działał w 100% tak jak powinien – choć tego nie wiedziałem, bo jak pisałem wcześniej to takie bajery działające niewidocznie – to kilka funkcji, które tu i tam używam działały. Lecz po aktualizacji do wersji 5.0 (chyba) jak się nie podłączy, to się nie włączy. I koniec.

Zacząłem poszukiwania by stwierdzić czy da się to jakoś ominąć. Owszem znalazłem, działało ale nie dawało mi spokoju to rozwiązanie. Daje ono dostęp do wspominanego pliku wszystkiemu, a to nie jest zbyt rozważne. Niby jakiś dodatek coś tam blokuje, ale że moja wiedza jest taka mikra, spróbowałem, ale na dłuższą metę wolę nie ryzykować.

Analizując wszystko doszedłem do wniosku, że wypada zrezygnować z jetpacka. Po pierwsze przeglądnąłem ustawienia. Czuję że bez tych bajerów przyśpieszających (aby na pewno) i kilku upiększaczy się obejdę, lub znajdę jakiś zamiennik. Po drugie wolę nie zadzierać z firmą hostującą. Nie płacę dużo a dostaję tyle ile potrzebuję – w tej chwili.

 

Może kiedyś, jak stanę się sławnym bloggerem, to sięgnę do portfela by nie musieć się zbytnio przejmować pierdołami.