Ośmiu podróżników

Jakieś 72 godziny zajęło mi skończenie 8 historii w Octopath Traveler. Bardzo miło spędzone 72 godziny. Dawno nie grałem w klasycznego jRPGa. I mimo, że od strony fabularnej można by sporo poprawić, to w każdym innym aspekcie jest świetnie.

Oprawa graficzna, zwana przez twórców 2D-HD, wyśmienicie się prezentuje, czy to na małym ekranie czy na telewizorze/monitorze. Owszem nie grałem na jakiś 50 calach.
Widać, że Aquaire chciało mocno nawiązać do czasów 16-bitowych konsol. Animacje także są tu dość symboliczne, ale biorąc pod uwagę ich ilość, to sądzę że musiała to być żmudna robota.

Kompletnie nie znam się na pixelarcie, ale przeglądając czasem twittera zdarza się mi spotkać poradniki jak krok po kroku, klatka po klatce zrobić pewne efekty. Świetne są refleksy światła na delikatnie kołyszącej się wodzie, czy flary pochodzące od wychodzącego zza horyzontu słońca. To jeden z tych elementów -HD, których nie załatwiono żmudnym rysowanie pixel po pixelu. Połączenie tych elementów nie daje mocnego kontrastu i ładnie ze sobą współgra.

Muzycznie, to także majstersztyk. Chciałbym pewnego dnia podjąć się napisania recenzji soundtracku na Muzykę Grową. Ale na razie jakoś boję się z tym zmierzyć a im dłużej czekam, tym mniej będzie mi się chciało. Wiele świetnych motywów, które im dłużej grałem lepiej wpadały w uchu. Przy Decisive Battle II świetnie lało się bossów. Do tego ten efekt przejścia z muzyki fabularnej do walki – majstersztyk. Yasunori Nishiki stworzył piękną ścieżkę dźwiękową, która cudownie obrazuję wydarzenia w grze. Do tego, mocno nawiązał do dawnych czasów. I jak na początku myślałem gra stylizowana na erę 16 bitową, to czemu nie zrobili tak z muzyką, to dziś wolałbym się nie przyznawać do tego stwierdzenia.

I co najważniejsze w tej grze, czyli walka i jej mechanika. W którejś recenzji porównywano ją z Bravely Default. Nigdy nie grałem, pewno dlatego, że nigdy nie załapałem się na 3DSa. System niszczenia obrony przeciwnika, poprzez używanie ataków na które jest on podatny, sprawia że człowiek zamiast klepać atak, atak, atak, atak ciut więcej kombinuje. Owszem często nie różni się to wiele on robienia 4 ataków, ale nadal patrzymy na kolejkę, kto na co jest podatny – a tego też nie mamy od razu podanego na tacy. Czy uda nam się zbić obronę, by ogłuszyć przeciwnika itd. Nie jest to zabawa skomplikowana – może poza bossami, ale dodaje trochę głębi walki. Całość zabawy zniszczyła mi profesja Sorcerer. To taki trochę fuks. Udało mi się po ciężkiej walce zdobyć ją od razu. Do tego, w połączeniu ze Scholarem i wyciągniętym atakiem elementarny do jakiejś absurdalnej wartości każda walka kończyła się w pierwszej rundzie a walki z bossami, przynajmniej tymi fabularnymi były śmienie krótkie.

To nie tak, że po skończeniu zabawy wszystkimi postaciami nic mi już nie zostało. Wiem, że są jeszcze drobne zadania poboczne – sporo z nich zacząłem, ale nie starał się na nich skupiać za bardzo. Wiem, że jest parę opcjonalnych lokacji do odwiedzenia i kilkoro bossów do pokonania.

Nie wiem czy szybko wrócę do Octopath Travelera, ale to cudowna gra. Captain Toad, Yakuza Kiwami 1/2, czy wychodzący we wrześniu Dragon Quest XI już na mnie czekają. Pewno jak z wieloma innymi tytułami, także i ten zostanie gdzieś na wieczne niedokończenie.

Ten wpis tworzyłem przy użyciu nowego sposobu tworzenie postów w wordpressie i już mnie boli, że coś wygląda nie tak. Ale muszę nauczyć się przymykać oko.

50 godzin to (może) zbyt wiele

InJustice 2 jest fajne. Nie jestem fanem ani DC ani Marvela (a także Dark Horse, Image, czy innych amerykańskich wydawnictw komiksowych), ale lanie tyłków superbohaterów Catwoman daje mi pewną perwersyjną przyjemność. No dawało, bo wszystko po trochu się nudzi.

Czasem pojawia się ten moment, gdy masz już dość. I mimo, że InJustice 2 nie ma zbyt wielu trybów rozgrywki to nie mamy tak szybko uczucia znużenia jak w przypadku Street Fightera V. Multiwersa, które zmieniają delikatnie zasady zabawy, oraz możliwość zdobywania skrzynek z elementami ekwipunku całkiem nieźle wypełniają czas. Nie wiem dokładnie jak długo grałem w InJustice 2. Pewno zbyt dużo, ale że było miło to nie narzekam.

Wiadomo, trzeba czasem zagrać w coś innego, ale nadal gdzieś tam męczy mnie ta Kobieta-Kot. Nie udało mi się zdobyć jej legendarnej broni, a powód jest tak banalny. 50 godzin grania jedną postacią. 3000 minut grania Catwoman. Tyle musiałbym zrobić by odblokować jedną walkę, która pozwoliłaby mi ruszyć dalej. Kombinując jak tylko się da doszedłem do 1800 i stwierdziłem, że to generalnie nie ma sensu.

Multiwersa zaczęły robić się powtarzalne. Grania online nie lubię, zresztą chodzi tutaj o 50 godzin grania a nie stania i czekania aż gra znajdzie mi przeciwnika. Wypadające ze skrzynek elementy ekwipunku dla Kobiety-Kota (wiem, że powinno być „-kot”, ale ja tylko cytuję grę) nie mają już, żadnego znaczenia – trzeba by cudu by wypadło coś lepszego niż mam. I do tego mechanika gry niby prosta, ale jakoś nie potrafię przestać naciskać przodu/tyłu wyprowadzając kombosy – co mocno zmienia wyprowadzaną serię. Do tego ze mnie raczej taki button masher, a i że gra pozwala na robienie w kółko jednego kombosa – i o dziwo to działa, nawet online – to mimo, że czasem próbowałem się przestawić, robić różne rzeczy to zwykle wracałem do tej samej kombinacji. Bo po co zmieniać coś co jest skuteczne.

Kobieta-Kot musi poczekać. Może do czasów InJustice 3.

Wysysanie krwi nie bawi

Ostatnio nie zdarza mi się porzucić gry zanim ją skończę. Czasem nie staram się zrobić platyny, zrobić wszystkich zadań pobocznych, ale zwykle staram się zobaczyć napisy końcowe. Niestety na razie od Vampyra się odbiłem.

Grę kupiłem przed premierą bo ostatnie dwie pozycje Dontnod uważam za świetne (a i skusił mnie winyl). Do tego ponieważ nie kupiłem Remember Me więc postanowiłem wspierać francuskich developerów przy następnych produkcja. Ot taki kredyt zaufania. Jasne mogłem poczytać recenzje i podjąć decyzję o zakupię, ale do kupowania gier po przeczytaniu recenzji uraziłem się dawno temu, przy okazji Phantom Brave na PS2, ale to całkiem inna historia.

I to nie jest tak, że Vampyr jest grą złą. Fajny klimat i ciekawe wykreowane postacie, ale gdzieś nie zagrało. Jakoś nie interesuje mnie co się stało z głównym bohaterem. Zresztą Remember Me zaczynało się podobnie – kim ja jestem, co ja robię, co się ze mną stało. Czasem wkurza walka – pewno kwestia przyzwyczajenia. Opisy umiejętności niewiele mówią i w sumie nie wiem jak i po co rozwijać postać, gdy będąc trochę bardziej cierpliwym większość przeciwników da się pokonać tańcząc wkoło nich. Tak samo bronie, zwykle używałem cały czas tych dwóch samych broni.

Nawet to co ma być clou mechaniki fabularnej, czyli wybory wpływające na dalsze losy bohaterów są takie dziwne, nijakie i często nie dają poczucia że coś to zmienia. Owszem, gdy zabiłem jedną z postaci – a co ważne mogłem tego nie robić – poczułem się jakoś tak dziwnie i miałem ochotę wczytać poprzedniego save’a, ale to jeden z niewielu przypadków i myślę, że tylko za pierwszym razem człowiek się zacznie zastanawiam czy słusznie zrobił.

Gra ponoć jest niedługa – cokolwiek to znaczy bo wydaje mi się że grałem już sporo. Nawet recenzent w magazynie PIXEL zachęca do przejścia kilka razy. Ja nie wiem czy uda mi się skończyć ją raz. Chciałbym to zrobić, ale jakoś wolę popykać w coś innego. Może wolałbym gdyby ta gra była bardziej liniowa. Może po Yakuzie 6 chwyciłem gatunkowo złą grę i mam takie dejavu przy tej zabawie.

Wiem tylko tyle, że jeżeli nie uda mi się zabrać za grę do 13 lipca, później będzie coraz gorzej. Captain Toad oraz Octopath Traveler już zamówione.

Domena

Co roku, w okolicach czerwca, gdy wydaję te pięćdziesiąt parę złotych na domenę pavelsjunk.net przychodzi ta chwila zastanowienia. Po co? A może by dać sobie spokój. 50 zł to niewiele, ale w sumie.

I cokolwiek bym nie myślał. Jakby mnie nie kusiło by dać sobie spokój. Tak zawsze przedłużam dalej. Bo bez niej blog byłby jakiś taki nijaki. Bez niej nie byłoby tej iskierki nadziei, że kiedyś wrócę do zabawy w webmastering czy pisanie o muzyce z gier.

Także odpuszczam parę boosterów, jakąś figurkę czy jedną x-ną płyty czy photobooka, by dalej płacić na swój adres w internecie.

Może kiedyś, coś…

Gdzieś pomiędzy Kamurocho a Hiroshimą

Napisanie kilku zdań o Yakuzie 6 przychodzi mi z wielkim trudem. Nie wiem, który raz już zaczynam. To świetna gra, ale nie dla wszystkich. I tyle wystarczyłoby napisać.

Gdy śledzę poczynania bohaterów gry, to czuję się jakbym oglądam japoński film, czy serial. Dialogi czyta się z przyjemnością. To jest największa zaleta tej gry. Powiedziałbym, że to jak czytanie dobrej książki. Fajne postacie (a jest ich sporo), dobry klimat, ciekawa fabuła – nie żebym nie zdarzyło mi się pogubić. Akcja czasem zwalnia, bo prawie 50 letni były yakuza czasem potrzebuje chwili refleksji… i odpoczynku dla swego ciała.

Do tego, od jakiegoś czasu twórcy zapraszają do gry znanych japońskich aktorów. Nie wiedzę sensu wymieniać tutaj nazwisk – bo sam wielu kojarzę raczej z twarzy – ale jest to dla mnie dodatkowy smaczek, za który gra ma wielkiego plusa.

Yakuza 6, to ostatnia Yakuza z Kiryu w roli głównej. Dla mnie to pierwsza w jaką przyszło mi grać. Tutaj często spotyka się postacie z przeszłości głównego bohatera. Postacie, które pojawiały się w poprzednich częściach. Pewno całkiem inaczej odbierałoby się grę, wiedząc kogo się spotyka, ale twórcy zadbali aby to nie było przeszkadzało w grze.

Mechanicznie, jest dobrze. Nawalanie w przyciski podczas walk nie sprawia wielkich problemów – no sporadycznie przy bossach należy ciut bardziej uważać. Do tego wszystkie mini gry przedłużają zabawę – w pozytywny sposób, bo w sumie nie trzeba się nimi bawić choć i te potrafią przyciągnąć.

I mimo, że to nie gra idealna to nie potrafię znaleźć powodów na którym bym chciał narzekać. Owszem, nie zrobiłem wszystkich misji pobocznych. Nie zagrałem we wszystkie gry i nie pogadałem ze wszystkimi hostessami. Jest tam jeszcze sporo do zrobienia. Powiedziałbym, że odciągnął mnie Vampyr. Ale nawet w Vampyra mi się tak względnie chce grać. Ot taki czas niechęci i marazmu życiowego.

Ale Yakuza 6 to cudowna gra.

NMW #4: MtG Arena

Od czasu gdy o Magic the Gathering Arena można oficjalnie mówić, gdyż klauzura poufności została zniesiona, nie mam zbyt wielu powodów by mówić o nie dobrze. Moja bardzo, bardzo subiektywna opinia o tej odmianie jednej z najlepszych karcianek nie będzie pozytywna, głównie z jednego powodu.

I owszem jestem uprzedzony. Bo gra karciana na ekranie to nie gra karciana. I choć taka zabawa ma swoje zalety, to zdania nie zmienię. Ale to także nie powód dla którego Arenie wystawiłbym niską ocenę. Do tego zdaję sobie sprawę że to na razie beta i że finalny produkt może kompletnie odbiegać od tego co teraz (nie) widzę – i taką mam też nadzieję.

Wszystko rozchodzi się o to, że po ostatniej dużej aktualizacji nie jestem w stanie grać. Po jednym, dwóch a nawet raz jeszcze przed rozpoczęciem jakiegokolwiek meczu, gra się mi po prostu wiesza. Raz zdarzyło mi się zagrać ich kilka. Siadła przy (zbędnej) animacji jakiegoś czaru.

I pewno bym machnął na to ręką, ale dwie poprzednie wersje chodziły tak sobie, ale 90% pojedynków doprowadzałem do końca – niezależnie od rezultatu. Administrator MTGoldfish zachwalał te całe błyski, animacje. Mówił, że jest to fajne i miał trochę racji. Trochę, bo źle to nie wygląda, choć uważam, że nudzi się po kilku godzinach i przestajemy zwracać na to uwagę (jak an cycki w Dead or Alive).

Chciałbym taką opcję, która pozwoliłaby wyłączyć te animacje. Zostawiła proste strzałki/linie wskazujące cele, areny byłyby płaskie, a karty bez przedłużania lądowały na stole. Oczywiście winne tego są dwie rzeczy. Jedna to, że dla mnie komputer nie służy do grania. Próbuję Arenę na laptopie, który ma udawaną kartę graficzną i surfując po necie znalazłem informacje, że to nie tylko mój problem.

Druga to deweloperzy. Może im nie zależeć by mogło w grę zagrać jak najwięcej ludzi i nie chce im się bawić w optymalizację. Rozumiem, ja też bywam leniwy. Mogą tłumaczyć, że to beta i później będzie lepiej, a może po prostu zawarli pakt z producentami sprzętu. Choć ja raczej nie kupię nowego laptopa tylko po to by bawić się Areną.

Jest w Arenie kilka pozytywnych rzeczy, takich malutkich, że raczej nie mam zamiaru się nad nimi w tej chwili rozwodzić. I pewno, jeżeli uda się komuś, kiedyś sprawić by Magic the Gathering Arena przyzwoicie działała na słabszym sprzęcie to wrócę do zabawy. Z przyjemnościom spróbuję drafta, może pogram ze znajomymi a nuż się wciągnę, lub doczekam się jakiegoś Brawla.

Czas pokaże…

Monster Hunter … End?

Nadal uważam, że to świetna gra mimo, iż po 180 godzinach czuję znużenie. Nie wiem czy jak przyjdzie Yakuza 6, to kompletnie porzucę polowanie, choć myślę że z czasem będę wracał.

Bo MHW to świetna gra. Pisałem o tym nie raz. Przez wiele czasu jest przystępna, ale teraz stała się dla mnie zbyt wymagająca. Gdy siadam na godzinę, czy też dwie wpadam na questa i kończy się on porażką to na początku jestem… lekko zawiedziony.

Tylko gdy z 5 zadań jakie wykonam w tym czasie uda mi się skończyć dwa i w tych dwóch tak naprawdę nie dostaję nic, dzięki czemu mógłbym rozwinąć broń/zbroję czuję, że zmarnowałem tylko czas.

Jakoś nie chce mi się szukać zespołu do grania. Takiego gdzie ludzie grają sensownie, nie giną głupio – choć myślę, że mało kto chce ginąć, ot czasem tak się dzieje. A samemu, mimo że potwór jest słabszy to zawsze długa zabawa. Co prawda wkurzać się można wtedy tylko na siebie.

Dodatkowo mam takie wrażenie, że po tych 180 godzinach gry nie czuję, że mógłbym jeszcze zrobić coś co by mi bardzo pomogło. Mógłbym poszukać jakiegoś super zestawu, który pewne rzeczy by mi ułatwił, ale przez losowość w wypadaniu przedmiotów, czuję że musiałbym spędzić bardzo dużo czasu przy farmieniu.

Tak więc chyba dam Kiryu szansę…

…może z przebłyskami na MHW.

NMW #3: Finanse

Gdy Magowie z wybrzeża drukują nowy dodatek do Magic the Gathering czy to common, czy mythic rare kawałek kartonu kosztuje tyle samo. Do tego dochodzi kawałek folii, transport i inne pieniądze, które zarobić muszą pośrednicy. Koszt paczki 15 kart (14 + lądu + wypełniacze) to kilka dolarów, czy też na polskie 10-12 zł.

Tak więc robiąc bardzo proste i szybkie przeliczenie wychodzi, że pojedyncza karta kosztować powinna 70 – 85 gr. Proste. Oczywiście nie mamy gwarancji, że otwierając booster dostaniemy to o czym sobie marzymy. Zwykle jest tak, że nie dostajemy tego czego chcemy i idealnie byłoby móc się z kimś wymienić.

Karta za kartę. 80 gr za 80 gr. Kawałek papieru, za kawałek papieru. Tylko niestety zbyt idealnie to brzmi.

Gdy chodzi o rynek wtórny zaczyna się zabawa w prawdopodobieństwo. Nie zagłębiam się w działania matematyczne, bo nawet nie wiem gdzie zacząć. Ktoś prosto wyliczy że w danym dodatku jest tyle kart takiego typu – skupmy się na Rkach, bo prościej – i jest taka szansa, że otwierając paczkę otrzymamy tą kartę.

Załóżmy, że mamy 60 kart rzadkich w dodatku a taka jedna znajduje się w paczce (plus oczywiście pewna szansa na to że będą dwie, ze względu na pojawiające się foile, ale nie ma co komplikować sprawy). Do tego jedna na 8 to karta mityczna. Załóżmy że jest ich 15. Tak więc przy otwieraniu paczki mamy szansę 1 na 75, że będzie dokładnie karta rare którą chcemy*. Wypada więc otworzyć 75 boosterów. Czyli wydamy na nie 750 zł, a gdyby wziąć pod uwagę że pojedynczy kawałek kartonu to 80 gr, wychodzi że karta rare kosztować powinna 60 zł.

No i jeżeli ja mam kartę rzadką za 60 zł, tylko jakoś jej nie potrzebuję bo mi do talii nie pasuje, to może wymienię ją na inną kartę rare z kimś kto ma podobny dylemat. 60 zł za 60 zł, rare za rare. Byłoby miło, ale to nie wszystko.

Kilka lat temu, ktoś powiedział, że około 10% kart z dodatku to te sensowne, które nadają się do grania turniejów constructed. Nie chcę tego oceniać, ale często tak się kończy, że wiele kart to raczej ciekawostki, które bardzo sporadycznie po latach błyszczą. Karty, które wsadzone do talii nic nie zrobią. Zwykle potrzebne są tylko przy okazji turniejów limited, a czasem i zdarzają się takie, których nikt nie chce – mogliby im chociaż jakieś ładne grafiki dawać. Tak więc można by próbować założyć, że pośród 250 kart które średnio przypada na dodatek, to 25 to takie które są przydatne do grania i one głównie mają jakąś wartość dla ludzi. Tak więc cena całej reszty kart spada w dół, a tych 25 leci do góry.

I stąd Rka kosztująca 2 – 5 zł, lub taka która kosztuje więcej niż 60 – choć to rzadkość. Dobry common czy uncommon trochę nadrabia wartość paczki (boostera) a istnienie jakiegoś świetnego mythica dobija finansowo niedzielnych graczy.

Gdy zaczynałem grać, był taki czas, że by złożyć talię, która będzie się miało szanse coś wygrać należało się zaopatrzyć w jakieś 2,5 – 3 tysiące złotych. Królował Jace the Mind Sculptor, który do dnia dzisiejszego, mimo kilku dodruków potrafi kosztować kilkaset złotych. Później bywało różnie, lecz wszelkie turnieje dla profesjonalistów, gdzie „wybitni gracze” tworzyli najlepsze możliwe talie sprawiły, że ceny kart szybowały w górę. Większość graczy, starało się kupić karty do jednej z topowych talii, a że popyt i podaż coś działają na siebie ceny szły nadal w górę.

Teraz, po kilku banach w standardzie i braku Pro Toura w tym formacie sprawa wygląda ciut inaczej. Jest więcej różnych talii. Ludzie nie są pewni co tak naprawdę jest najlepsze, choć dobre karty zawsze będą w cenie.

Do tego na ostatnim prereleasie, dane było mi zagrać z gościem, który gra w MtG od czasów gdy jeszcze nie było tak powszechnego dostępu do internetu. Powiedział że wtedy było lepiej, inaczej. Ceny były inne i gdy chciało się kupić kartę nikt nie siadał do komórki by sprawdzić cenę, tylko sam ją ustalał – tego mi mówić nie musiał, bo to logiczne. Myślę, że były to lepsze czasy. Ludzie sami tworzyli bo nie mogli znaleźć decklisty w necie. Ludzie sami ustalali co dla nich jest ile warte.

Właśnie w MtG dziś najbardziej denerwuje mnie ten brak samodzielności. Jasne sam czasem kopiuję pomysły – nie ukrywam, że dzięki nim zwykle lepiej mi idzie. Brakuje mi turniejów dla ludzi, którzy chcą się bawić a nie zarabiać. Takich gdzie siadasz, patrzysz na karty przeciwnika na stole i nie masz zielonego pojęcia co cię czeka. Brakuje mi decków składanych „z tego co mam”. Mam takie wrażenie, że boostery otwierają dziś tylko handlarze singlami i mało kto wie jaka to fajna zabawa i ile w tym radochy.

Marzy mi się taki prerelease, gdzie Wizards of the Coast dadzą paczki w których nikt z grających nie będzie wiedział co jest. Bez tego budowania hype’a przed premierą.

Ale szans na to nie widzę.

* tak sądzę, że to bardziej skomplikowane, ale jakoś nie chce mi się cofać do czasów szkolnych by stwierdzić dokładnie jak to jest

Już 100 godzin poluję…

I ciągle na te same potwory. I właśnie to jest rzecz najbardziej zadziwiająca w Monster Hunter World (choć pewno w każdym MH jest podobnie). Po przejściu linii fabularnej, praktycznie nie ma gada/płaza, którego byśmy jeszcze nie zlali, a człowiek jakoś nadal gra.

Monster Hunter World sprzedał się fenomenalnie. Półtora miesiąca i 7.5 miliona kopii gry trafiło w ręce (lub na dyski) graczy. Capcom spodziewał się, że w Japonii gra się sprzeda świetnie – zresztą nie tylko Capcom. Sony wiedziało, że takiej gry potrzebuje by więcej PeeSCzwórek zagościło pod japońskimi dachami. Ale, że reszta świata tak mocno się zainteresowała tym tytułem może dziwić.

Gra jest wymagająca, owszem w wielu kwestiach uproszczona w stosunku do wersji, którą pamiętam z czasów PSP. Niemniej jednak nie da się skończyć gry nawalając w przyciski bez myślenia. Trzeba się trochę nabiegać, nakombinować, czasem trochę pogrindować/pofarmić. Czas mija i człowiek w końcu przechodzi fabułę. W połowie już przestało mnie obchodzić o co chodzi, a ponoć to pierwsza odsłona w która fabuła jako tako jest. Tylko po co – nie wiem.

Pomaga fakt, że w 90% przypadków zawsze jest z kim grać, nawet jak nie ma się kumpli z tą samą konsolą i grą. Do tego 70% z nich to Azjaci. Jedni wymiatają, inni tylko ścierają kurz. Są i tacy co kurz ściera ich. Grunt, że w każdej misji można wysłać SOS Flare i poprosić o pomoc. Nie wiem jak dziś wygląda pomoc przy zadaniach niskiego poziomu, ale bicie wszystkich Starożytnych Smoków w szczególności tych w wersji tempered to kwestia sekund by znaleźć kompanów.

Granie multi zwykle bardzo pomaga. Widać, że twórcom bardzo zależało na tym by nie bawić się samemu. Przy wybieraniu misji trzeba się więcej natrudzić by ograniczyć się do siebie samego. Ciągłe – co prawda niewymagane – bycie online sprawia, że co chwilę widzimy kto dołączył do tej samej sesji co my. Rekordy na Arenie biją „pary”, bo samemu zawsze będzie gorzej. Niestety zdarzają się też mniej przyjemne chwile, ale to jakaś kropla w morzu.

I tak 100 godzin minęło a ja codziennie siadam, robię questa albo dwa. Zamiast robić coś sensownego, konstruktywnego i twórczego, biegam za tymi sami potworami. Nadal to świetny sposób na spędzenie wolnego czasu.

Szkoda tylko, że księżniczka Zelda dalej nieuratowana.

e-dziewczyny w e-bikini #14

Czwartego marca 2018 odinstalowałem Dead or Alive Xtreme Venus Vacation. Już dawno nie próbowałem bawić się na wyspie Zacka, w towarzystwie uroczych dziewcząt. Nawet wprowadzenie trybu 30fps nie zdołało mnie przekonać do powrotu. Pewno dalej będę śledził newsy na Dual Shockers i twitterowe konto tej gry.

Trochę smutno bo e-dziewczyny w e-bikini dodawały kolorytu temu mizernemu blogowi. Były chyba jedynym tematem, o którym pisałem w miarę regularnie. A teraz, ciężko będzie znaleźć dobry powód by napisać cokolwiek. Nigdy te wpisy nie miały większego sensu. Często się powtarzałem i kręciłem w kółko.

Już kilka razy myślałem, że stworzę fikcyjną recenzję kolejnej odsłony o której będę pisał w samych superlatywach. Nigdy się do tego zabrać nie mogłem, bo dobrze wiem, że zbyt szybko na kolejną grę z cyklu Xtreme nie ma co liczyć – nawet w Japonii. Do tego, nikt nie będzie starał się robić rozbudowanej gry na której może nie zarobi. I jeszcze kwestia techniczna. Myślę, że z konsol obecnej generacji nie da się wiele więcej wycisnąć. A że bieganie dziewczętami po plaży opiera się o ładną grafikę, wypada poczekać na zmianę sprzętu.

Kilka dni temu ponownie zainstalowałem Dead or Alive 5 Last Round, do tej pory nie zagrałem. Głównie dlatego, że Monster Hunter mocno wciąga – choć o tym kolejnym razem. I mimo, że Kokoro tak ładnie trzyma tą bombonierkę a sama jest prezentem, który chciałoby się odpakować, to nie chcę dalej walczyć ze szczęściem, czy raczej nieszczęściem jakie mam przy grach losowych.

Teraz pozostają mi renderki, które można znaleźć na deviantarcie. Ludzie mają zdolności, fantazje i pomysły. Tylko często trzeba odsiać spore ilości słaby i przeciętnych twórców by znaleźć perełki.

Zack Island Reinforcement by RadiantEld
Zack Island Reinforcement by RadiantEld

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Chyba.