Kopiąc pixele

Dużo kickstarterowych gier bazuje na sentymentach. Twórca tego i tamtego. Duchowy spadkobierca takiej czy siakiej gry. Na papierze wiele rzeczy fajnie się układa. Dobre nazwiska przyśpieszają zbiórkę, a co później z tego powstaje, to już inna historia.

Ile to można?!

No właśnie, kiedy człowiek dorzuci się na naście projektów, z czego mało który jest zrealizowany, to człowiekowi odchodzi ochota na kolejne inwestycje. Tak pominąłem Shovel Knighta, którego teraz trochę meczę.

Gra fajnie łączy wygląd i brzmienie gier z czasów 8/16 bitów z całkiem dobrym sterowaniem i świetnymi rozwiązaniami mechanicznymi. Czasem frustruje, ale jak mi się udało ją skończyć, to znaczy że poziom trudności nie jest zbytnio przegięty

Prosta – miłosna – fabuła, zmyślni bossowie, zabawne dialogi i kupa dobrej zabawy. To kolejny przykład, że gra za małe pieniądze (zarówno chodzi mi o te które trzeba wydać aby ją nabyć, jak i te które przeznaczono by ją zrobić) potrafi się obronić mając symboliczną grafikę, retro muzykę i hektolitry miodu wylewającego się z… ekranu.

A kiedyś to były platformówki…

Tak, Shovel Knight to także podróż sentymentalna. Nie wiem jak twórcy na kickstarterze reklamowali swój projekt, ale skakanie na łopacie przypomina Duck Tales, mechanicznie gra przypomina Mega Mana (choć może to tylko jakieś dziwne skojarzenie). Ktoś powie, że to taki rozbudowany Mario, choć w sumie to nie ma znaczenia.

Sukces Łopatowego Rycerza, pokazuje że nie chodzi tylko o tęsknotę za czasami i gatunkiem, ale także że wiele rzeczy z czasem się przejada. Można lubić gry FPP/FPS tylko ile to razy można biec i strzelać. Czasem człowiek potrzebuje odmiany, a Shovel Knight jest świetną, choć wymagającą, grą.

Czasem człowiek wyda 40 zł i dobrze się bawi 10-15 godzin, a czasem pozbędzie się dziesięć razy tyle i po 5 zastanawia się czy granie dalej ma sens.

Ale o tym kiedyś indziej.

Tępy deck, dobry deck!

Wpis dedykuję przyjacielowi (jedynemu czytelnikowi tego bloga), bo to poniekąd przez niego wpis ten powstał.

Złożyć talię do MtG to nie sztuka. Trochę lądów, trochę potworków i jakieś inne czary. Wrzucić tak by ograniczyć się do 60 kart i coś tam z tego wyjdzie. Jest parę prostych zasad, które sprawiają że talia się kręci. Żeby robiła, cuda trzeba już nie lada pomysłu, ale często ten proste pomysły są najlepsze. Nie idealne, ale najlepsze.

To tylko Magic, tutaj brak logiki

I na swój sposób to prawda. Ucząc nowego o co chodzi w tej grze wypada złożyć mu talię złożoną z potworów, jakiś czarów by te stwory przeciwnika zabijać i lądów, dzięki którym będziemy mogli rzucać czary. Odpowiedni stosunek kart w talii sprawia, że dostajemy proste aggro (czyli talię nazywaną przez niektórych „wszystko w prawo”, albo „szybki wpierdol”).

Z jednej strony taka talia, złożona idealnie, ze świetnymi stworami, które jakoś ze sobą współdziałają może być prawdziwą bombą. Do tego odpowiednie czary by wszystko jakoś ułożyć. Z drugiej, kiedy to tylko ściepka losowych potworków (choćby nie wiem jak dużych), z losowymi dopakami i innymi (tak, tak) losowymi kartami, pojawia się problem.

To nie musi wygrywać

Rozumiem że Magic to gra – zabawa. Ale przegrywanie non-stop, czy też niemożliwość podjęcia jakiejkolwiek walki może dołować, czy też trochę zniechęcać. I nie chodzi mi o sytuację gdzie przeciwnikowi deck się zacina i dlatego tylko wygrywamy. A sprawa budowania dobrej i prostej talii komplikuje się kiedy mówimy o EDH.

Zawsze uważałem że generał powinien coś robić. Wtedy EDH ma sens. Generał nie powinien być definicją kolorów jakimi gramy. Umiejętność generała powinna współgrać z naszą talią. Karty powinniśmy dobrać tak by współgrały z naszym generałem i żeby nasz generał z nich mógł skorzystać.

Taki tępy deck, duże stwory i wjazd

Ostatnio tworzę talie dla przyjaciela. Nie zna MtG na wylot, nie wczytuje się w karty a jak nawet to robi nie zawsze wszystko rozumie. Jak wiele osób które w MtG nie siedzą na co dzień. Dawno temu grał zieloną talią opartą o bardzo prostą zasadę. Tanie stwory i czary do szukania lądów i drogie stwory do bicia. Do tego jakieś czary wzmacniające i jazda!

Pierwszy problem przed jakim stanąłem to generał. W sumie to nie ma być super talia (aka nie musi wygrywać), więc postanowiłem użyć tego co mam na stanie i co mogę wyjąć z klaserka. Padło na Omnatha z nowego Zendikaru. Bo jeżeli talia ma się kręcić wokół wyszukiwania i wstawiania lądów (które same w sobie później mają czemuś służyć), to prawie oczywistym stał się fakt użycia Landfalla.

Onmath jest duży, wstawia duże stwory a te jak giną strzelają. Za nie tak dużo. Powiedziałbym że świetny pomysł, że to musi grać. Szkoda tylko, że dalej zaczęły się schodki. Dużych, coś robiących stworów znajdę u siebie w pudłach sporo, niektóre dobre, niektóre wybitne. Niestety czasem robią zbyt wiele i nauczenie gry tą talią mogłoby trochę zająć. Nawet gdy zaczynam się ograniczać co do stworów, to ciężko mi wstawić takie zwykłe, kompletnie nic nie robiące duże stwory.

I tak wpadłem w pułapkę. Talia złożona, pewno nic robić nie będzie, bo jakbym chciał by coś robiła, to osoba dla której tworzę może nie będzie wiedzieć jak tym grać.

e-dziewczyny, w e-bikini #2

DLC zmora nowych czasów. Nie lubię DLC. Albo przynajmniej gardzę nim w takiej formie jak teraz się spotykam. Owszem, wspieram pewnych japońskich pasożytów, ale czuję że wypada powiedzieć zdecydowane dość!. Choć kto to wie kiedy.

Japońskie bileciki

Spodziewałem się dodatkowej zawartości. Wiedziałem, że będą nowe wdzianka. Już szukałem drugiego dna w portfelu. A tu takie kuku. Czasowo ograniczone bikini każde w 9 kolorach. Jedno za walutę w grze (lub bilety), drugie tylko i wyłącznie za bileciki growe. Walutę w grze powoli się zdobywa, a bileciki są do kupienia przez playstation store i wcale do tanich nie należą. Ktoś policzył, że kupienie wszystkich 9 kolorów jednego stroju za bilety to jakieś 200 dolarów, czy na moje 800 zł. Cóż, kobiety kosztują.

Nie dla gaijinów

Żeby tego było mało, to bilety można kupić tylko i wyłącznie grając na japońskim koncie. Trochę tego nie rozumiem, bo to w sumie jak blokada regionalna, której to PS4 ponoć ma nie.

Nie dało się zrobić tego zwyczajnie, jak w Dead or Alive 5? Kupuję, dociągam pliki i mam na każdym koncie na jakim gram.

Już coraz bardziej rozumiem czemu Koei Tecmo nie chciało tej gry wydać poza Japonią. Tam chyba mają mniej narzekaczy, albo po prostu nie znam japońskiego to nie czytam ich forów.