A Innistrad był taki fajny

Pierwsza karta, jaką pokazali magicy z wybrzeża zepsuła całą fajność Innistradu. Był gotyk, wilkołaki, wampiry, ludzie i anioły. Walka o przetrwanie, dominacje. Niestety, nie mogli się powstrzymać i musieli dorzucić durne elementy z kiepskiego fantasy.

Nigdy jakoś nie przywiązywałem wielkiej wagi do klimatu. Znaczenie dla mnie miały mechaniki i konkretne karty. Czy były one fajne, czy dało się nimi grać. Tylko że akurat w przypadku Innistradu (tego poprzedniego i tego nowego), świat przedstawiony, klimat i grafiki mają dla mnie duże znaczenie.

Zmutowane anioły (biedna Bruna). Fuzje rodem z Dragon Balla. Wilkołaki zmieniające się w dziwne potwory a nie ludzi. Ktoś oszalał. Ok, może takich cudów fantasy nie widziało (a może widziało, nie znam się), ale dlatego akurat Innistrad? Nie mogły sobie elfy mutować, stały by się bardziej męskie, czy jakoś tak. Czy ten fioletowy mackowaty stwór musiał akurat przenieść się do świata nad którym czuwały długonogie anioły (bez przesady, aż tak pięknych grafik im tam nie zrobili).

I jak pewne mechaniki mi się podobają, to łączenia dwóch kart w jedną (meld) – a razem tych fuzji jest chyba tylko trzy – nie rozumiem kompletnie. Przez to Gisela (fajny art) i Bruna są bardzo spłycone. Jedna taka ciut lepsza vanilla creature, która pewno w jakimś aggro zagra (cena nawet na to wskazuje). Druga zbyt droga do standardu, w EDH może gdzieś zagrzeje miejsce. Ale czy nie można było zrobić czegoś fajniejszego?

Wiem pokazali dopiero 20% kart a ja już narzekam. Grafiki trzymają poziom, choć przez ten emrakulowy fiolet, trochę traci się urok świata. Znajduję tam kilka fajnych kart, takich grywalny, pomysłowych. Ale takie zepsucia Innistradu to Wizardsom nie wybaczę.

A Innistrad był taki fajny

Era Zodiaków

Lat temu 10, Square Enix pozwoliło/poprosiło Yasumiego Matsuno by ten zrobił kolejną odsłonę Final Fantasty – dwunastą. Famitsu dało perfect score, później ogłosiło, że to gra roku 2006 a z czasem pojawiło się w europie.

Ponieważ biorąc Matsuno w pakiecie dostaje się Akihiko Yoshidę, oraz Hitoshiego Sakimoto to mój pierwszy kontakt z tym tytułem odbył się przez głośniki wieży hi-fi. Zresztą Final Fantasy XII Original Soundtrack to pierwsza ścieżka dźwiękowa, taka japońska, na którą udało mi się wysupłać złocisze by ją kupić. Trochę było wtedy kombinowania, ale to dzięki pewnemu Waldemarowi, limitowana edycja ścieżki dźwiękowe spoczęła na mojej półce – za co mu jestem dozgonnie wdzięczny. Nie będę ukrywał, trochę czasu zajęło mi przekonanie się do genialności tych czterech płyt, ale dzięki temu mam także nauczkę, że muzyka z gier prawie zawsze odbierana jest inaczej przed i po kontakcie z grą.

Później przyszła pora na włożenie płyty do PS2. Zawsze byłem przekonany, że Yasumi Matsuno to geniusz. Kocham jego Final Fantasy Tactics, kocham Vagrant Story (i później także  bardzo, bardzo polubiłem Tactics Ogre), dlatego też Final Fantasy XII zamówiłem przedpremierowo – a wtedy jeszcze nie pracowałem. Gdy już do mnie dotarła, grałem jakieś 10 godzin. Wsiąkłem, ktoś nawet próbował mi przeszkadzać (pamiętam, że zadzwonił jakiś gość z którym ponoć studiowałem i jednego z przerywników nie oglądnąłem). Leciałem do przodu jak przecinak, robiąc wszystkie zadania poboczne jakie tylko mogłem.

I jak na błahość historii można narzekać, to pewne elementy są tam świetne. Brat spędził ponad 120 godzin w tej wersji Ivalice. Ja sam później zacząłem grać od nowa, choć i tak nie zrobiłem wszystkiego co było do zrobienia. Balthier to obok Viviego z FFIX jedna z najciekawszych postaci w serii (tej finalowej). Choćby dla niego warto przeżyć tą przygodę chociaż raz. Ścieżka dźwiękowa jest świetna, przygodowa, taka Sakimotowa, orkiestrowa choć przez dźwiękowy układ ps2 trochę „ubita” – i tak Keiji Kawamori zrobił kawał dobrej roboty by przenieść muzykę tak by niewiele straciła na swej wartości.

 

I tak 10 lat później, Square Enix postanowił że poprosi o (nie tylko) moje pieniądze i stworzy remake tego genialnego tytułu. Dokładnie zabierze się za przerobienie wersji International Zodiac Job System (czy jakoś tak), która wyszła tylko w Japonii, grubo po premierze podstawowej edycji. Ja kwadratowym panom nie odmówię, bo chętnie wrócę do Ivalice, tak samo jak chętnie wracałem (i mam nadzieję, że jeszcze nie raz to zrobię) do Ivalice z Final Fantasy Tacics, czy Vagrant Story.

Dla mnie Matsuno jest geniuszem (czy nie pisałem już o tym?), Sakimoto (mimo że wtórny) mistrzem a Yoshida artystą. Wszyscy są świetni w swoim fachu, a jak połączą siły, to czy może im wyjść coś złego. Kupuję z zamkniętymi oczami.

Era Zodiaków

Pieniądz rzecz nabyta

Muramasa pokazuje, że gry z grafiką 2D, piękną grafiką 2D bronią się na przestrzeni wieków. Nie starzeją się. Są po prostu nadal ładne. Nie zaczyna im brakować polygonów, kształty nie zaczynają być kańciaste. Może tylko kuleć sterowanie, bo i dźwięk, muzyka nadal mogą być dobre.

Muramasę kocham za klimat, styl. Historia jest przyjemna, choć najlepiej wspominam tą z DLC A Cause to Daikon For. Muramasa ma jeszcze jedną rzecz, którą od dawna chciałem mieć, ale nie mogłem bo to drogie i się w sumie spóźniłem. Figurkę Momohime.

Jakoś nie jestem zwolennikiem zbierania tego typu gadżetów na półce, to jednak dzięki temu że komuś do głowy przyszło zrobić kolejną reedycję, kupię sobie i na koniec tego roku postawię na półce. Chyba że znowu się spóźnię, albo gdzie po drodze z bankrutuję i będę musiał odwołać zamówienie.

Notatka na marginesie

e-dziewczyny w e-bikini #4

Zajęło mi to jakieś 70 godzin. Wszystkie (nudne i powtarzalne) osiągnięcia zdobyte. Platyna łatwa, ale czasochłonna (i nudna). Niby jeszcze wiele można tam zdobyć, odkryć, osiągnąć, ale czy warto.

Moje podejście do Dead or Alive Xtreme 3 jest zmienne. Ale wiele rzeczy na chwilę bawi, na chwilę cieszy. Czasem trochę wkurza i męczy. Z jednej strony to gra, ale czasem strach powiedzieć że się w nią gra.

Nie jest to popis mocy technicznej PS4, ale jakoś te 70 godzin minęło. Trochę grindowania – na różne sposoby. Sporo czasu spędzone tylko po to by zdążyć z zakupem kostiumu dla Hitomi zanim je zdejmą. Potem zabawa by jednak go wzięła.

Czasem myślę, że wypadałoby już odstawić na półkę pudełko z płytą i nie wracać. Ale kusi opcja timestop, którą dostaje się na 80 poziomie. W końcu człowiek zatrzyma akcję, obróci kamerę, zbliży i… spokojnie pstryknie focie. Tylko czy to tak bardzo warte zachodu?

Kusi myśl by tej jednej jedynej urlopowiczce odblokować wszystkie stroje – nie mówię o tych z DLC, bo aż cieszę się, że do tej pory nie wydałem ani zł więcej niż na samą grę. Jest tego mnóstwo, znalazłem sposób jak to zrobić, ale na samą myśl że musiałbym grać Marie Rose, Honoką czy Heleną się krzywię.

Niby miałem skończyć, a wracam. Niby miałem zająć się czymś innym a mi się nie chce. Dead or Alive Xtreme 3 w wielu aspektach jest słaby/zły/tragiczny, ale nadal mam od czasu do czasu ochotę wrzucić płytę do napędu i potracić trochę czasu.

A i wpis lepiej wygląda z jakimś obrazkiem.

e-dziewczyny w e-bikini #4

Lochy, prowadzenie i różne oczekiwania

Uwielbiam Dungeons & Dragons. Nie wiem dokładnie czemu, ale dla mnie inne gry fabularne w klimatach fantasy mogą nie istnieć. Bo co fajniejszego może być od bicia potworów, rozwoju postaci i ratowania dziewic z zamków.

Problem tylko w tym, że wolałbym sam siąść po stronie gracza. Niestety będąc bardzo wybrednym bytem ziemskim, by zagrać sobie w D&D 5ed. sam musiałem stać się mistrzem gry. Nigdy nie byłem dobrym prowadzącym, moje przygody rzadko mnie samego przekonywały, a w trakcie prowadzenia zwykle coś się sypało.

I mimo, że nie pierwszy raz prowadzę jakąś sesję, to ostatnio próbując coś zrobić, ktoś skutecznie mi to uniemożliwia. Stary się robię. Zrzędliwy. Graczy zmienić powinienem. Pewno tak, tylko że to tak samo trudne jak znalezienie MG, który by chciał prowadzić.

Jak już piszę o tym biciu potworów itd. to dochodzę do wniosku, że sam się zagalopowałem. Mało tego, gdzieś z moich sesji uciekł klasyczny dungeon crawling. Nie mówiąc już że dziewic nie ma, tak samo jak jednorożców.

Lubię D&D, kocham tworzyć postacie – bardziej od strony mechanicznej, więc zapisuję tonę kart postaci. Chciałbym w niego grać, ale chyba zwykle ja i gracze mijamy się z wyobrażeniem sesji.

A może za dużo kombinuję z fabułą, może wypada zacząć robić sesje w bardzo starym stylu. Wejść do miasta, powiedzieć że tam gdzieś jest loch w którym jest straszny stwór i że dają dużo za ubicie dziada.

Lochy, prowadzenie i różne oczekiwania

Magiczne znudzenie

Chochlikowa liga EDH chyli się ku końcowi, został jeden turniej i na swój sposób się z tego cieszę bo mejdżik się mi przejadł. Smaczny był to czas, ale jeżeli nawet się lubi zupę pomidorową to należy czasem zjeść rosół.

Próbowałem kiedyś dać sobie spokój z MtG, ale doszedłem do wniosku że mnie za bardzo bawi granie by tak po prostu z tego rezygnować. Owszem czasem przychodzi czas zniechęcenia i znudzenia (tak jak teraz), ale nadal to świetna gra. Pierwszym powodem dla którego chciałem rozstać się z tą karcianką była jej strona finansowa. Nowe karty, wydawanie kasy na boostery i ciągłe powiększanie kolekcji i ulepszanie talii zapędziło mnie w kozi róg, z którego chwilę zajęło mi wyplątanie się.

Później przyszła drobna stagnacja. Ludzie przerzucili się na inne gry i prawie nie było z kim grać. W sumie to najlepszy powód by skończyć zabawę z MtG, ale niestety przyplątał się jeden taki losowy gość, co jednak chciał grać i powoli wszystko zaczęło się ponownie rozkręcać.

Po 12 tygodniach grania w turniejach EDH, plus grania okazjonalnie standardu i EDH coraz mniej mam ochotę sięgać po talię. Miarka się przebrała. Znowu marzę o posortowaniu tego co mi leży na półkach, o pozbyciu się karty niepotrzebnych i możliwości zajęcia się czymś innym.

MtG to taka choroba. Człowiek siada przed kartami, talią, komputerem i szuka. Myśli co zmienić, co kupić. Osobiście jestem zwolennikiem zmian całkowitych. Tworzenia całkiem nowych talii. Granie długo jedną staje się zbyt nudne. Tak samo dzieje się gdy w środowisku w którym gram nic się nie zmienia.

Do tego polubiłem ostatnio Veto!. Głupią grę, z brzydkimi grafikami i toną niejasnych zasad, przy której czasem mocno się denerwuję. Dla mnie to dobra odskocznia od EDH, bo tutaj mało kto próbuje się mocno skręcać by wygrywać z innymi.

Magiczne znudzenie