Magicowe prereleasy

Magicowe turnieje przedpremierowe od zawsze stawiały na czerpanie radości z gry. Bywa, że ktoś wymyśli jakieś konkretne solidne nagrody na takowy turniej, a ludzie którzy przyjdą je wygrać są największą szkodą dla całego spotkania.

Jak dla mnie pre to możliwość zdobycia nowych kart. Zresztą dlatego zawsze lubiłem turnieje limited. Płacę więcej, ale nie wychodzę z pustymi rękoma. Wpisowe nie musi się mi zwrócić, nie muszę dostać samych drogich kart by być zadowolonym – bo ja nimi nie handluję.

Dlatego także często wybieram taki turniej prereleasowy gdzie do wygrania jest tylko dobra zabawa. Lubię grać limited, bo tutaj liczą się umiejętności. No i szczęście w przypadku wariantu sealed. Nie zastanawiam się czy moja budżetowa talia wygra z kimkolwiek.

Zresztą im więcej prereleasów zagrałem, tym coraz mniej zacząłem się przejmować tym czy cokolwiek ugram i co ważniejsze coraz lepiej mi idzie.

Dlatego wszystkim tym, którzy idą jutro na pre Eldritch Moon życzę przede wszystkim dobrej zabawy (a i niech wyciągną takie karty jakie potrzebują do swoich talii EDH/T2). I jak najmniej eldrazich.

Wciągająca powtarzalność

Czasem są takie gry, które nie mają cudów do zaoferowania. Są inne, ciekawe i powtarzalne, ale sprawiają że człowiek nie może się oderwać. Jak już skończy sesję grania, to za chwilę siada od nowa. A jak nie gra to myśli co by tam w grze zrobić jak już do niej siądzie.

I właśnie trafiłem na Grand Kingdom. Jest ładna, muzykę pisali ludzie z Basiscape‚a. Jest całkiem inną, urokliwą strategią turową. Główny trzon, czyli walka, jest realizowana w ciekawy sposób i odmienność tego elementu najmocniej przyciąga. Bywa monotonna, fabuła jakoś mnie nie kręci a granie online to chyba najlepsza rzecz sieciowa z jaką miałem do czynienia.

Asynchroniczny multiplayer, to taki wariant gdzie z jednej strony wysyłamy swoich wojaków na wojnę, a steruje nimi komputer. A z drugiej wybieramy własny skład, którym sterujemy w wybranych potyczkach. Grając wariant drugi, stajemy na przeciw drużynom z wariantu pierwszego (oczywiście nie przeciwko swoim). Nie ma bezpośredniej interakcji, nie ma hejtu i wyzywających nas dzieciaków. Mimo, że drużyna wysłana ma problemy z wygranie potyczki sama, to czasem się to zdarza – a ostatnio coraz częściej widuję takie przypadki.

Zapewne trochę przesadzę, ale czuję się tutaj jak w przypadku Dead or Alive Xtreme 3. No tak trochę, bo Grand Kingdom ma o wiele (WIELE) więcej do zaoferowania. Po godzinie, dwóch a i nawet trzech grania, czuję znużenie, ale posiedzę z dala od konsoli pół godziny i już chętnie bym wrócił do zabawy.

Nie jest to gra idealna, jest tona grindowania i milion schematów. Przyjdzie taki dzień, że powiem „dość!”, ale mało która gra jest wieczną rozrywką. To także kolejny przykład że można zrobić grę bez 3D, z ładną grafiką która o wiele dłużej będzie się starzeć – o ile w ogóle się zestarzeje.

Brakuje mi tylko cross buy’a i/lub cross save’a, bo tak to bym jeszcze Playstation Vitę zatrudnił do zabawy.