Eee… to może kupię Switcha

E3, targi… sam nie wiem czego. Jakoś za nimi nie przepadam. Przechwałki, marketingowy bełkot i trailery, które budują hype. Jasne, gdzieś tam poza tymi prezentacjami jest możliwość pogrania. Nawet jakbym miał pod nosem i mógł pograć, to sądzę że nadal bym podchodził do tego sceptycznie.

Microsoft same cośtam cośtam exclusive, gdzie głównym bohaterem jest karabin. Nie moja bajka, może poza Ori, ale ten ma być na PC więc może kiedyś. Sony pokazało to co już wszyscy widzieli. Dodali tylko, że większość z tych fajnych gier w 2018 roku się pojawi. Jest na co czekać, ale zawiodłem się ciut, bo nie po to o 3 w nocy wstawałem.

Jedyną grą wartą uwagi, będącą zaskoczeniem i na która trafiłem przypadkiem to Mario + Rabbids Kingdom Battle. Wszystko się sprowadza coraz bardziej do tego by Switcha zakupić. Już jakieś gry do ogrania są, coś w przyszłości ma się pojawić, więc czemu by nie.

Mario + Rabbids to gra z gatunku który lubię. Taka konsolowa strategia turowa z lekkim twistem. Do tego wygląda na zabawną, kolorową i z pomysłem. I jak Rabbids designowo mogą mi się nie podobać, to uroku Mario i spółce nigdy nie odmówię.

I jest najważniejsza postać, czyli Yoshi!

20 lat wcześniej

Gdybym wiedział, że to dziś przygotowałbym jakiś długi wywód (byłby tak czy siak bez sensu). Czuję się zaskoczony, ale ponieważ wychodzi na to że to właśnie 20 czerwca przypada okrągła rocznica, wypada mi napisać kilka słów o najważniejszej grze mojego życia, czyli Final Fantasy Tactics.

Jak byłem jeszcze mały, choć raczej wzwyż niż w szerz, zobaczyłem w gazecie cudowną grę, ze świetną grafiką – nie taką 3d która po latach się starzeje. Mogłem się tylko ślinić do obrazków i liczyć, że kiedyś będzie dane w nią mi zagrać. Kilka lat minęło aż siadłem do japońskiej kopii FFT, u kumpla. 10 minut magicznej gry, w której – wtedy – nie wiedziałem co robię, o co chodzi i że w życiu tyle mi czasu zje.

Magia trwała później przez lata. Grałem w wersję angielską na zmianę z japońską. Odkładałem by za sporą kasę – wtedy, w czasie nie najlepszym dla rodziny – kupić sobie oryginała amerykańskiego (w europie gra nigdy nie wyszła). Gdy pojawiła się informacja że remaster wychodzi na psp, byłem szczęśliwy że znalazłem pracę i mogę pograć bez kombinowania, emulacji i cudów. Teraz jak mam vitę, której w sumie nie używam zbyt często Final Fantasy Tactics leży i czeka bym mógł w niego zagrać. I chyba tak dziś zrobię, od zera, czytając, wczuwając się, próbując przeżyć od nowa choćby odrobinę magii.

 

Czuję że to gra która mnie gdzieś tam wychowała, dużo w głowie pozmieniała choć nie potrafię tego określić i pewno nie jedyna w tym okresie. Dała motywację do czytania angielskich tekstów, przez co dziś jakoś angielski znośnie umiem (a polskiego nadal nie). Lata, które przy niej spędziłem były często tymi najlepszymi i chyba mało która gra po niej tak bardzo bawiła.

Także właśnie 20 lat temu, 20 czerwca majstesztyk Yasumiego Mitsuno z muzyką Hitoshiego Sakimoto i Masaharu Iwaty, oraz z pięknymi kreacjami Akihiko Yoshidy ujrzał światło dzienne. Jestem im za wszystko dozgonnie wdzięczny.

 

WordPress, Jetpack, hosting.

Przyszło mi ostatnio zarzucać na nowo wordpressa. Stary, porzucony pomysł, który po przeanalizowaniu wszystkich mediów społecznościowych wydaje się jedynym słusznym rozwiązaniem. Tak więc nowa instalacja wordpressa, jetpack i poszukiwanie motywu. I jak pierwszy krok i trzeci jakoś przeszły, drugi dał mi ciut do myślenia.

Jetpack, to taki plugin moloch. Daje różne bajery, a że było ich wiele, bywały ciekawe, to od dawna zarzucałem i się cieszyłem że jest. Od dłuższego czasu bywały też z jetpackiem problemy. Aby uzyskać kompletną funkcjonalność pluginu, wypada połączyć go z kontem na wordpress.com. Daje trochę bajerów, takich działających w tle, więc człowiek tak do końca nie jest pewien co mu to daje, ale jak dają to się cieszy.

I tu się pojawił problem. W skrócie, połączenie wymaga dostępu do pewnego pliku na serwerze z zewnątrz. WordPress jest na tyle popularny, że hakierzy próbują się dobić to tego pliku i mój usługodawca hostingowy po jakiejś tam akcji postanowił się zabezpieczyć i zablokować do niego dostęp.

Do niedawna wszystko byłoby w porządku, bo jetpack się łączył, uruchamiał i może nie działał w 100% tak jak powinien – choć tego nie wiedziałem, bo jak pisałem wcześniej to takie bajery działające niewidocznie – to kilka funkcji, które tu i tam używam działały. Lecz po aktualizacji do wersji 5.0 (chyba) jak się nie podłączy, to się nie włączy. I koniec.

Zacząłem poszukiwania by stwierdzić czy da się to jakoś ominąć. Owszem znalazłem, działało ale nie dawało mi spokoju to rozwiązanie. Daje ono dostęp do wspominanego pliku wszystkiemu, a to nie jest zbyt rozważne. Niby jakiś dodatek coś tam blokuje, ale że moja wiedza jest taka mikra, spróbowałem, ale na dłuższą metę wolę nie ryzykować.

Analizując wszystko doszedłem do wniosku, że wypada zrezygnować z jetpacka. Po pierwsze przeglądnąłem ustawienia. Czuję że bez tych bajerów przyśpieszających (aby na pewno) i kilku upiększaczy się obejdę, lub znajdę jakiś zamiennik. Po drugie wolę nie zadzierać z firmą hostującą. Nie płacę dużo a dostaję tyle ile potrzebuję – w tej chwili.

 

Może kiedyś, jak stanę się sławnym bloggerem, to sięgnę do portfela by nie musieć się zbytnio przejmować pierdołami.

Grindowanie jest złe

Siadam ostatnio do Dragon Quest Heroes II. Tak na godzinę, a może pół. Fabularnie grę skończyłem i chciałem zrobić platynę. Tak jak zrobiłem w przypadku jedynki. Chciałem to słowo klucz. Bo może to nie trudna sztuka, tylko walka z własnym szczęściem, którego raczej nie mam.

Gdy przeglądałem poradniki by dowiedzieć się co jak i gdzie, znalazłem wpis w którym ktoś stwierdził, że zrobienie wszystkiego zajęło mu 157 godzin – niecały tydzień wyjęty z życia.

Raz przechodziłem walkę z własnym szczęściem – w przypadku Grand Kingdom. Tam mi się udało. Zrobiłem platynę, trochę to zajęło i na koniec ciut nerwów kosztowało, ale do końca grało się w miarę przyjemnie, mimo że dość schematycznie. Wszystko wtedy polegało na otrzymaniu jednej rzeczy. Przedmiotu, umiejętności. Już nie pamiętam, wiem że była to ostatnia rzecz, która mnie powstrzymywała od wbicia wszystkich trofeów i trochę czasu spędziłem by ją zdobyć.

Problem z DQHII polega na tym, że bieganie i bicie po tej godzinie się nudzi (choć z czasem, na tą godzinę chce się wrócić), a tak wiele rzeczy trzeba tutaj zrobić tak… na siłę. Kilkanaście broni które może wypadną, może nie. Tona pierdołkowatych przedmiotów, które potrzebne są tylko by zapchać listę w encyklopedii. Do tego nabijanie jakiś statystyk, tylko po to by dostać możliwość wyboru, którego i tak się nie wybierze.

Już przy Final Fantasy VII, trochę się zastanawiałem po co to całe maksowanie, by pokonać jakiegoś über bossa po którym dostaje się dokładnie ten sam przedmiot, który przez dwa tygodnie zdobywało się alternatywną metodą. Wiem, że to wszystko kwestia podejścia do sprawy. Kwestia spojrzenia na to z perspektywy czasu i że jak człowiek był młody i to wolnego czasu mu nie brakowało. Wtedy wyzwania także bawiły.

Czasu dziś dalej 24 godziny na dobę, ale możliwości inne. Zamiast 1 gry, 5. Każdą chciałoby się przejść, pograć trochę i już nie ma kiedy wyciskać wszystkiego do końca. Swego czasu ktoś stwierdził, że w Heroes of Might and Magic III będzie grał jak będzie stary i będzie miał czas. Ja wiele gier ostawiam na później, bo przecież kiedyś skończą się te super nowości. Tylko że kupka ciągle rośnie. Człowiekowi nie zawsze się chce grać. Czasem chce zająć się czymś innym.

Zdarza się że mówię, iż platyna powinna być wyzwaniem. I może to jest wyzwanie. Takie japońskie, mówiące o cierpliwości powolnym dążeniu do celu.

A tego mi brakuje nie tylko przy okazji tej jednej gry…