I (don’t) love this game

Nowe, tegoroczne NBA 2k ciągle mnie drażni. Jak mogę zrozumieć, że twórczy poczynili pewne zmiany by gra stała się bardziej realistyczna, przez co trudniejsza do opanowania i moje narzekanie jest na swój sposób bezcelowe, to próba grania w trybie kariery to droga przez mękę.

I nie chodzi mi o powolny rozwój mojej postaci. Nawet nie przejmuję się tym, że mógłbym wydać normalną kasę by go przyśpieszyć. Na tym mi nie zależy i mogę powoli, do przodu. Ale nie w taki sposób.

Ktoś wymyślił, że grze ma być jakaś fabuła. Podwórkowy gracz trafia do NBA. Może tak czasem dzieje się naprawdę i może to usprawiedliwia czemu ze mnie takie nic. Przy okazji tworzenia postaci wybiera się ulubioną drużynę i tak też zrobiłem. Na swój sposób trafiło na San Antonio Spurs i jakimś cudem ktoś z organizacji mnie podpatrzył na streetballowym turnieju i zaprosił na trening.

W sumie to teraz myślę że mogłem się obijać i trafić gdzieś indziej. Gram w tym SAS, dostaję coraz więcej minut i rzadko tak naprawdę daje coś drużynie. Żeby było jasne, gdy jestem na parkiecie staram się być oszczędny, grać mądrze i w tzw. rankingu +/- być raczej na plus, lub chociaż na niewielki minus.

I tak chłodno kalkulując, drużyna – SAS – nie zmieniała się zbytnio. Nawet w grze jest statystycznie w pierwszej 10 (na 30), więc zastanawia mnie czemu dobry zespół dostaje łomot od największych leszczy. Phoenix, Chicago, Minnesota. Dobra nie grałem jeszcze z Nets, z Dallas raz wygrałem, raz przegrałem. I pewno niesłusznie nazywam ich leszczami, ale gdy drużyna z czołówki, przegrywa z kimś z dołu tabeli, to ujdzie, ale jeżeli ta przegrana to kilka punktów różnicy. A jeżeli mnie pamięć nie myli (a z reguły myli), to z Phoenix przegrałem 19, czy 20 punktami? Jak, nawet na boisku nie byłem 5 minut.

Boli mnie, że San Antonio, tak dobra drużyna leci w dół. Że przeze mnie Pop będzie miał pierwszy, od 20 lat, sezon w którym jego drużyna przegra więcej niż 32 mecze. Boli to jeszcze bardziej, bo wydaje mi się, że wiele z tych meczy jest ustawionych, by móc opowiedzieć fabułę. Pokazać jak to ochroniarz się do mnie nie odzywa, a tu nagle bum i jest najlepszym kumplem. Jak to pewnego dnia poznaję rapera, który na co dzień czyści parkiet. Jak to mój samozwańczy guru robi sobie żarty – które niestety mnie nie śmieszą.

Ostatnie trzy dni grałem bez dźwięku, by nie słyszeć tych dziwnych konwersacji. Jak chcę grać, rozwijać gościa, cieszyć się nie z tego, że moja drużyna dzięki mnie wygrywa, tylko że jak mnie już wpuszczą to robię postępy. Tona rzeczy, które twórcy zrobili jest może i klimatyczna, ale z czasem staje się strasznie nudna.

Zaczynasz mecz, widzisz jak twój awatar wchodzi do szatni – jakieś 30+ sekund z głowy. Siada na stołku przed swoją szafką, w której ma tylko buty, które może zmienic – kontrakt na buty musi być od razu, przecież nie da się grać boso (a skarpetki non stop te same). Zadumany patrzy w wykładzinę i czeka. I czeka. I jakoś mecz minąć nie może, bo nie wyszedł na parkiet. Naciskasz X, by przejść do meczu. Teraz będzie można coś zrobić by drużyna i tak przegrała.
Kolejna cudowna animacja wybiegania z szatni przez korytarze (kolejne 30 sekund z głowy); trafiasz na boisko. Tam by dostać piłkę i sobie porzucać przed meczem, awatar musi trafić dokładnie za linię rzutów za 3 punkty, dokładnie naprzeciwko kosza – a piłki mogą koło oczu mu przelatywać. 45 sekund rzucania i zaczynamy.

Jak już sobie te 5 minut pobiegasz na boisku – bo więcej na początku nie dadzą, to wracamy. Powrót przez korytarze, smutne/radosne miny. Ziomki odpowiednio reagują, a człowieka szlag trafia. I ta sama historia co mecz, tylko czasem ochroniarz, mopiarz, czy ktoś tam inny mało znaczący będzie chciał coś ciekawego powiedzieć.

A jakby te wszystkie przerywniki olać i zrobić bez fabuły, bez cudowania, ot mecz – trening – klikanie po tablicach (prawie jak przeglądarka, menadżer sportowy), by zawierać kontrakty, zdobywać fanów, gadać z menedżerem o transferze. Ale po co, lepiej udawać że człowiek siedział przy grze wiele godzin. Właśnie, siedział.

Stwierdzam, że miarka się przebrała i w NBA 2k grać będę tylko z kimś. Żadnych MyCareer i tracenia czasu na to by się wkurzać. Lepiej ten czas przeznaczę na oglądanie gołych bab, lub pisanie durnych postów na blogu…

… bo raczej na nic pożytecznego i tak nie wykorzystam.

DEAD OR ALIVE Xtreme Venus Vacation

e-dziewczyny w e-bikini #8

To nie tak, że w zalewie gier wracam do wizualnego umilacza czasu. (Nie tylko) Oczy by się cieszyły, ale niekoniecznie tędy droga. Tak więc nie wróciłem do Dead or Alive Xtreme 3, lecz wypatruję co jego twórcy szykują.

Już dawno temu KOEI Tecmo zapowiedziało przeglądarkową grę, DEAD OR ALIVE Xtreme Venus Vacation. I nawet nie chodzi o to, że po ujawnieniu trailera i pokazaniu tony japońskich napisów wiem z czym mam do czynienia, ot po prostu uważam, że trailer jest całkiem ładny*.

Prosta, prymitywna zabawa w oglądanie przyjemnie* wyrzeźbionych wirtualnych dziewcząt. Kompletnie nie wiem co się tam będzie robić, ale jestem kupiony. Może to być zwykłe klikadło z toną µ transakcji, gdzie bez wydanie prawdziwych pieniędzy nic nie zrobimy… znaczy nie zobaczymy.

Jest Hitomi, jest dobrze. Dodano kolejną plażowiczkę – Misaki. Wraca obsada znana z Xtreme 3. Nie będę narzekał, bo już robiłem to zbyt wiele razy. A co z tego wyjdzie, nie omieszkam sprawdzić i z czasem napisać parę słów.

O ile uda mi się przebić przez spore ilości japońskiego tekstu…

* to tylko opinia autora bloga, bo ten blog jak na bloga przystało wygłasza jego subiektywne poglądy

Czas Zodiaków #2

Jakoś ciężko przychodzi mi wyprodukowanie wpisu o tym jak dobrą grą jest Final Fantasy XII The Zodiac Age. A przecież mógłbym o niej opowiadać w samych superlatywach.

10 lat minęło, gra się niewiele zestarzała. Tak jak wtedy, tak i dziś gra się przyjemnie. Historia jest ciekawa, niektórym może wydawać się błaha. Postacie – nie wszystkie – bardzo barwne, a Balthier to dla mnie jedna z kilku wybitnie wykreowanych postaci w grach wideo.

Przerywniki wyglądają (mimo, że poprawiono im tylko rozdzielczość) lepiej niż w wielu współczesnych grach zachodnich. Oczywiście podczas eksploracji terenu otacza nas pustka, ale to tylko remaster. Owszem, ciut przesadzam, bo projekty lokacji są bogate, choć tutaj najlepiej czuć, że to odgrzewany kotlet (ale jakże pyszny).

Mechanicznie także nic nie zmieniono – choć nie jestem pewien czy nie dodano tutaj trybu 4X. System gambitów, czyli możliwość ustawienia zachowań postaci zależnie od sytuacji, nadal świetnie działa i jeżeli zboczymy z drogi, to wypada i tak wziąć sprawy w swoje ręce – umiejętnie dostosować się do lokacji, poprzestawiać gambity lub je wyłączyć. Opcjonalni bossowie potrafią napsuć krwi – chyba, że przeczyta się w internecie co wypada z nimi zrobić. I mimo, że sporo czasu gry tak naprawdę wychylamy gałkę by iść do przodu a postacie same walczą, to godziny spędzone przed ekranem mijają mile – chyba, że jakiś boss akurat uprzykrza nam życie.

Kiedyś rzekłbym, że nie wiem kiedy przekroczyłem 100 godzin ale dziś ciut większą wagę przywiązuję do upływającego czasu. Przy Final Fantasy XII nie mogę narzekać, że go zmarnowałem, mimo że to już trzeci raz kiedy siadłem do tego tytułu. Tym razem zrobiłem o wiele więcej, choć nadal pozostał niedosyt. Chętnie bym kiedyś wrócił, wykręcić takie 100% jakie jest tylko możliwe, ale dwa lata temu to samo mówiłem o Final Fantasy Type-0.