e-dziewczyny w e-bikini #9

Coraz więcej ćwirków pojawia się na twiterowym koncie Dead Or Alive Xtreme Venus Vacation. A ja coraz mocniej czuję, że ta przygoda może mnie ominąć. To taki durny dylemat odnośnie tego, czy aby warto wydawać ponad tysiąc złotych na sprzęt, by móc sobie zagrać w darmową grę. Im dłużej o tym myślę, tym do dziwniejszych wniosków dochodzę.

Pierwszy to taki, że Dead or Alive Xtreme 3 na PS4 to moja najdroższa gra pudełkowa. Nie wiem ile dokładnie na nią wydałem. Japońska cena gry (takiej z najwyższej półki cenowej) razy jakiś tam kurs jena. Do tego przesyłka, tak ze cztery razy większa niż ta krajowa – ale ok, przeszła paczka pół globu. Oraz moje ukochane cło + vat, czyli dodatkowe 25% ceny gry. Nie tanio, ale trochę czasu miło spędziłem.

Drugi opiera się na tym, że nie wiem czy wydanie tysiąca na kartę graficzną dla jeden gry – bo graczem pctowym nie jestem – ma sens. Nie wiem kiedy ta gra przestanie być darmowa i na ile ze znikomą znajomością japońskiego cokolwiek pogram. Boje się, że nawet nie będę wstanie spróbować DoAXVV na obecnym sprzęcie i dodać sobie samemu argumentów za zakupem karty graficznej.

Trzecia myśl opiera się na kupowaniu konsoli dla jeden gry. Kilka razy tak robiłem. Był jeden hit, którego ominąć nie mogłem. W każdym przypadku (PSP, PSV NDS, Switch, a może i na swój sposób PS4) skończyło się to tym, że na półce znalazło się co najmniej kilka dodatkowych tytułów, które ograłem a czasem i takie których nawet nie tknąłem. Przy czym handheldy nigdy nie kosztowały, aż tyle co dzisiejsze, porządne karty graficzne.

Oczywiście biorę pod uwagę to, że karta graficzna może mi się przydać choćby przy zabawie photoshopem. Ale na ile wpłynie na komfort pracy nie wiem. Do tego ostatnio niewiele w tym temacie działam. Więc to taki marny plus.

Gdy kupowałem japońską grę na PS4 obiecałem sobie, że przy okazji gdy będę przebywał na plaży Zacka po raz pierwszy, wpoję sobie trochę japońskiego słownictwa, alfabetu. Niewiele z tego wyszło, co nie znaczy że tym razem miałoby być tak samo. Choć gdzieś tam w głowie coś mi mówi, że lepiej by było kupić odpowiednią literaturę, czy oszczędzać na wycieczkę do Kraju Kwitnącej Wiśni.

Znając siebie samego, wiem że moje prymitywne ciągutki będą największym argumentem za i może te całe przemyślenia szlag trafi. I może wyjdzie na dobre.

Bo Hitomi (powyżej) jakaś taka smutna…

Kupa radochy i co dalej

Od kilku miesięcy jestem posiadaczem Nintendo Switcha. I od jakiegoś czasu zastanawiam się o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego tak fajna konsola nie przyciąga mnie jak magnes.

Wiadomo, konsole Nintendo kupuje się dla gier Nintendo. Mario Kart 8 Deluxe to świetna zabawa dla dwóch (lub więcej osób). Samemu też przyjemnie się jeździ. Wiele rzeczy w samej grze wywołuje uśmiech na twarzy. Może dalej mam coś z dziecka i dlatego dalej bawią mnie postacie, ich animacje i reakcje na wydarzenia na torze.

Mario Kart to także dobra gra na chwycenie konsoli na kilkanaście minut. Nie wychodzę z nim z domu, bo wiem jak to mogłoby się skończyć ale zdarza mi się siąść i rozegrać kilka rajdów (15-20 minut). Jak na handhelda jest on dość spory. Choć tak czy siak można by rozegrać jakieś Grand Prix w oczekiwaniu na kogoś, czy w podróży autobusem, pociągiem.

Drugą grą, którą posiadam i w sumie była na swój sposób głównym powodem kupienia konsoli to Mario + Rabbids Kingdom Battle. Nie chwyciła mnie może tak jak inne strategie turowe potrafiły, ale tłumaczę to sobie, że za bardzo starałem się wykręcić wynik każdej bitwy na perfekcyjny i przez przechodzenie jednego etapu naście razy, znużyła się wcześniej niż powinna. Teraz ciut staram się nadrobić, ale tak samo staram się wbić platynę w Ysie.

W obu przypadkach idzie mi opornie. Zwalam stan rzeczy na jesień i siadam do czytania. Czekam na Super Mario Odyssey, choć i tak boje się, że on mnie nie wciągnie tak bardzo jakbym chciał.

Patrząc na gry Nintendo na Switcha zawsze poprawia mi się nastrój. Barwne, zabawne, sympatyczne. Idealne dla dużego (jak i małego) dziecka. Szkoda tylko, że magia nie trwa do końca przygody. Przynajmniej u mnie.

Może za dużo mam tych zabawek i sam już nie wiem które grabki do której piaskownicy włożyć.

O Ysie ósmym, kilka słów więcej

Skończyłem, przeszedłem po raz pierwszy, na normalnym poziomie trudności. Skończyło się nie tak smutno jak sądziłem, ale z takim klasycznym fantasy twistem. Teraz pozostaje przejść na najwyższym poziomie trudności i poznać prawdziwe zakończenie.

W pewnym sensie jestem z siebie zadowolony. Z minimalną pomocą zrobiłem 51 z 55 osiągnięć, a tym 55 jest platyna, czyli zbierz pozostałe 54. Sądzę, że byłbym w stanie zrobić je bez pomocy, tylko ciut więcej czasu musiałbym poświęcić na granie, a dokładnie rzecz biorąc łowienie ryb. W tym przypadku pojawia się moja ukochana walka ze szczęściem.

Pozostało mi przejście na wyższym poziomie trudności, znalezienie jednego przedmiotu kluczowego, oraz pokonanie opcjonalnego bossa. Do tego jest jeszcze trochę rzeczy do zrobienia niezwiązanych z trofeami. I pewno biorąc pod uwagę zaległości, na razie zostawię je na zaś.

Zastanawia mnie tylko czemu robić rzeczy w stylu prawdziwego zakończenie. Pewno dowiem się gdy przejdę grę, może różni się ona gdzieś tam dalej, może wtedy uronię jakąś łezkę. Może przestanę się krzywić na to co scenarzyści wymyślili na koniec. Jakoś mnie to śmieszy po prostu. Rozumiem, że opcja taka zwiększa czas spędzony przy grze. Ciut sztucznie, ale ponieważ mnie gra nie męczy chętnie przysiądę i o ile będzie się dało, zrobię lekki speed run. Nie chce mi się czekać na poprawione tłumaczenie.

Jeżeli chodzi o fantasy twista, mam tutaj na myśli, to że w fantasy dzięki magii – potężnym magom, bogom – w prosty sposób można robić rzeczy nie mające żadnej logiki, ot cud, potężny czar etc. Może w tym przypadku nie jest to aż takie coś z niczego, ale gdy obraz znika, postać się budzi gdzieś indziej i wszystko jest w porządku to pozostaje taki niesmak.

Wielki plus daję jeszcze za to, że można grać drużyną trzech dziewczyn. Oczywiście Dana i Laxia mają standardowe zbroje fantasy (w przypadku tej drugiej, ów zbroja jest opcjonalna (8.25 zł), ta podstawowa jest normalna), czyli im mniej zakrywają tym lepiej. A tak po prawdzie to tylko ubrania, czy tam ich brak. A ten plus jest za zgrabne tyłki, na które oczywiście nie zwraca się uwagi podczas grania, ale są bardzo istotnym elementem.

Czas wrócić do Celcety na Vicie. Tylko o czym ona była…

Lacrimosa of Dana

Nie umiem jasno określić Ysa VIII, bo to dość specyficzna gra, w którą gra się przyjemnie, mimo że ameryki nie odkrywa. Ostatnio przemierzam wyspę Isle (chyba tak się ona zwie) i nawalam w przyciski.

Jest barwnie, przyjemnie tylko zbliżający się koniec świata przypomina o tym, że musimy coś z tym zrobić. Apokalipsa tuż za rogiem, więc może lepiej pozwiedzać stare rejony, pozbierać surowce i połowić ryby.

Japoński action RPG pełną gębą. Graficznie, muzycznie czy fabularnie nie powala, ale robi doskonale to co każda gra powinna – pozwala się zrelaksować na kilka godzin. Jak dla mnie wszystko tutaj jest bardzo poprawne, lub ciut ponad to.

Walka, czasem wymagająca, ale na tym normalnym poziomie trudności rzadko się zdarzają problemy. Zagadki zmuszają czasem do myślenia, ale to RPG a nie puzzle by przez pół dnia nie móc pójść dalej. Łowienia ryb chyba się prościej zrobić nie da.

Tylko z czasem robi się tak smutno, wzruszająco i człowiek zastanawia się czy gra tego typu to nie najlepszy sposób by przekazać proste wartości jak przyjaźń, koleżeństwo, współpraca.

Nie skończyłem jeszcze gry, ale czeka mnie przejście na wyższym poziomie trudności by zdobyć platynę. Do tego NIS America przyznało się do kiepskiego tłumaczenia (nie znam na tyle angielskiego by się czepiać) i ma to poprawić. Nie sądzę bym zmienił zdanie, bo stare Ysy były pod wieloma względami podobne.

Zawsze dobre, jak na swoje czasy.

 

 

Milcz i bier mamonę!

Dead or Alive 5 w grudniu tego roku ma otrzymać ostatnie kostiumy. Ostatnie DLC a później zespół ma zająć się czymś innym. Pewno ludzie liczą, że chodzi o Dead or Alive 6, a ja sądzę że na razie będą mocno pracować przy Venus Vacation.

Nie powiem, że nie cieszę się z faktu zakończenia ubierania postaci w Dead or Alive 5. Nie wiem ile to już lat trwało i jak rzadko zdarzało się, że DLC było sensowne. Wiem ile kasy na to poszło i czasem myślę, że gdybym aktywnie grał, to bym więcej pieniędzy wrzucił do skarbca KOEI Tecmo.

Może nie w 100% jestem zadowolony z faktu wydanych pieniędzy, ale tłumaczę sobie (oszukuję się), że na ładne rzeczy zawsze warto wydać. Nawet nie raz przeszło mi przez myśl, że gdy wyjdzie Dead or Alive 6, to ciuszki będę kupował na bieżąco. By ludzie mogli na mnie kląć.

I mimo, że wspominam dobrze stare czasy gdy granie w grę, pięcie się na wyżyny i zwiększanie swych umiejętności wystarczało by zdobywać kolejne pierdołkowate dodatki dla postaci (choć w Edge Master Mode w Soul Bladzie zdobywało się nowe bronie), to czasy się zmieniły.

Teraz myślę jak prosty i prymitywny chłop. Ładny ciuszek dla kogoś – kupuję. Bo tylko Hitomi ma prawo do posiadania szafy wypchanej po brzegi.

Patrząc w przyszło, czekam, oszczędzam, bym kiedyś nie zbankrutował.