e-dziewczyny w e-bikini #10

Dead or Alive Xtreme Venus Vacation ujrzało światło dzienne. Wiele wskazywało na to, że nawet go nie uruchomię. Ale coś tam poszło. Ba, nawet trochę czasu zeszło na klikanie.

Pierwsze wrażenia są takie, że wydawanie tysiąca złotych na kartę graficzną dla tej gry jest kompletnie bez sensu. W sumie to nie wiem czego się spodziewałem. Ot zwykła gra przeglądarkowa opierająca się na klikaniu. Wszystko sprowadza się do zdobywania jakiś zasobów, które można wydać na polepszanie statystyk, które wypływają na matematykę podczas oglądania rozgrywki.

Cała moc obliczeniowa karty graficznej idzie na postaci. Myślę, że z dobrą kartą graficzną modele mogą być prześliczne. Choć już teraz, nawet po zbiciu opcji graficznych w dół, wyglądają całkiem zgrabnie.

Nie da się ukryć, mniej tutaj grania niż w Dead or Alive Xtreme 3. Venus Vacations to gra przeglądarkowa pełną gębą. Wybieranie opcji, oglądanie animacji. Aż przypomniała mi starą grę fantasy Gancośtam, w której wysyłało się gościa w różne miejsca by tam szukał, zbierał i przynosił. Oczywiście musiało to zajmować trochę czasu, by człowiek nie mógł zbyt dużo osiągnąć ot tak. Podczas podróży pojawiała się animacja jak gość idzie przed siebie. I tak naście minut. Nie trzeba było tego oglądać, ale zapadła mi w pamięć bo była ochydna.

Przeglądarkowe Dead or Alive ratuje stylistyka którą kocham. Fakt, nie działa na moim sprzęcie (nr 2) idealnie.  Niemniej cieszę się, że mogłem spróbować i zobaczyć na czym to wszystko polega. Dzięki temu wiem, że zakup karty graficznej mogę odstawić na czasy, gdy ceny takowych zejdą do jakiegoś sensownego poziomu.

Dużo nie rozumiem, ale intuicyjnie klikam co trzeba. Na razie się bawię, ale w sensie tego że coś robię a nie że czerpię z tego wiele radości. Wiem jak wygląda model free to play. Po czasie zagranie meczu zacznie kosztować więcej punktów FP, a ja będę ich miał coraz mniej.  Wiadomo, grać za darmo można, ale niedużo. Chcesz więcej, podaj numer karty kredytowej.

Dopóki nie jest to gra pay to win, ograniczenie czasu gry mi nie przeszkadza. Godzinka dziennie, lub nawet mniej to wszystko czego potrzebuje. Z czasem odblokuje filmiki, a może po prostu dam sobie spokój.

Chciałbym by twórcy zarabiając na Dead or Alive Xtreme Venus Vacation powoli coś tworzyli na boku. Coś dużego, ciekawego i zajmującego. Oby nadal była to gra dla prymitywów i prostaków, ale bardziej zajmująca i mniej męcząca niż Dead or Alive Xtreme 3.

Ale wiadomo, to nie koncert życzeń.

Odyseja Mariana

Jak mówi stare porzekadło Konsole Nintendo kupuje się dla gier Nintendo. I coś w tym jest. Choć myślę, że tak samo warto kupić PS4, dla exclusive’ów na tą konsolę.

I w sumie cieszę się, że kupiłem Switcha, bo może Super Mario Odyssey ma jakieś (raczej drobne) wady, ale jak dla mnie zasłużenie dostaje maksymalne (lub prawie maksymalne) oceny.

W sumie to za samego Toada – w wersjach nastu – można temu dać 20/10. Postać składa się z kilku kształtów, ale jej animacja i charakter(y) zawsze poprawia mi humor. I w sumie to dla mnie największa zaleta SMO – poprawa nastroju.

Super Mario Odyssey to prosta gra do przejścia. Kilka godzin zabawy  i można odłożyć na półkę. Co prawda ten czas wypchany jest zawartością po brzegi. Napakowano tutaj wiele różnych mechanik, dzięki przejmowaniu różnych stworków na planszy. Kombinowania dla chcącego jest bez liku. Wytrwali mają co robić po napisach końcowych. Pojawia się jeszcze więcej znajdziek a przy nich trzeba się jeszcze więcej nakombinować.

Może mówię tak nad wyrost, bo sam ledwo zacząłem odkrywać światy po uratowaniu Księżniczki. Nie ukrywam, robienie tego dla samej satysfakcji niekoniecznie mnie pociąga, ale chyba w tej chwili tak ogólnie niewiele mi się chce. Choć mimo wszystko uważam, że to genialna gra i pewno ot tak jej w kąt nie rzucę.

Myślę, że w graniu przeszkadza tutaj też ta jedna wada jaką gra posiada. Wiele ruchów można zrobić tylko używając Joy-Conów. Jakoś nie wyobrażam sobie grania na Switchu machając całą konsolą – trybie przenośnym, a kupka wstydu wcale się nie pomniejsza, więc myślę by zabrać się za coś innego.

Może jak w robienie zdjęć w DoA, tutaj będę uwieczniał Toada.

 

Owijając w bawełnę #1

Mam taki nałóg. Skośnooki, niski i zwykle płaski. Czasem owinięty w bawełnę, czasem bez niej. Niestety jak każdy nałóg i ten kosztuje. A jak przystało na skośne rzeczy, te są drogie.

No i tak później wszystko sprowadza się do myślenia, które nigdy nie daje dobrego rezultatu. Czy mi to potrzebne, czy aby warto aż tyle zapłacić.

Zwykle uważam, że za dobre rzeczy warto płacić, czasem nawet niemałe pieniądze. Do tego, wolę płacić tam gdzie należy a nie myśleć, że wspieram kapitana z opaską na oku i jego załogę.

Do tego dochodzi lenistwo. Jasne, że pewnych rzeczy nie potrzebuję 24 godziny na dobę, ale czasem jak mam ochotę rzucić okiem, skorzystać to wolę zrobić to szybko, bez problemów, nerwów i tracąc czas.

Tylko gdy ma człowiek tak wiele potrzeb, często odwrotnie proporcjonalnie do zasobów, zaczyna myśleć, wartościować i tak mijają mu całe dnie.

I nigdy do sensownych wniosków nie dochodzi.