Grindowanie jest złe

Siadam ostatnio do Dragon Quest Heroes II. Tak na godzinę, a może pół. Fabularnie grę skończyłem i chciałem zrobić platynę. Tak jak zrobiłem w przypadku jedynki. Chciałem to słowo klucz. Bo może to nie trudna sztuka, tylko walka z własnym szczęściem, którego raczej nie mam.

Gdy przeglądałem poradniki by dowiedzieć się co jak i gdzie, znalazłem wpis w którym ktoś stwierdził, że zrobienie wszystkiego zajęło mu 157 godzin – niecały tydzień wyjęty z życia.

Raz przechodziłem walkę z własnym szczęściem – w przypadku Grand Kingdom. Tam mi się udało. Zrobiłem platynę, trochę to zajęło i na koniec ciut nerwów kosztowało, ale do końca grało się w miarę przyjemnie, mimo że dość schematycznie. Wszystko wtedy polegało na otrzymaniu jednej rzeczy. Przedmiotu, umiejętności. Już nie pamiętam, wiem że była to ostatnia rzecz, która mnie powstrzymywała od wbicia wszystkich trofeów i trochę czasu spędziłem by ją zdobyć.

Problem z DQHII polega na tym, że bieganie i bicie po tej godzinie się nudzi (choć z czasem, na tą godzinę chce się wrócić), a tak wiele rzeczy trzeba tutaj zrobić tak… na siłę. Kilkanaście broni które może wypadną, może nie. Tona pierdołkowatych przedmiotów, które potrzebne są tylko by zapchać listę w encyklopedii. Do tego nabijanie jakiś statystyk, tylko po to by dostać możliwość wyboru, którego i tak się nie wybierze.

Już przy Final Fantasy VII, trochę się zastanawiałem po co to całe maksowanie, by pokonać jakiegoś über bossa po którym dostaje się dokładnie ten sam przedmiot, który przez dwa tygodnie zdobywało się alternatywną metodą. Wiem, że to wszystko kwestia podejścia do sprawy. Kwestia spojrzenia na to z perspektywy czasu i że jak człowiek był młody i to wolnego czasu mu nie brakowało. Wtedy wyzwania także bawiły.

Czasu dziś dalej 24 godziny na dobę, ale możliwości inne. Zamiast 1 gry, 5. Każdą chciałoby się przejść, pograć trochę i już nie ma kiedy wyciskać wszystkiego do końca. Swego czasu ktoś stwierdził, że w Heroes of Might and Magic III będzie grał jak będzie stary i będzie miał czas. Ja wiele gier ostawiam na później, bo przecież kiedyś skończą się te super nowości. Tylko że kupka ciągle rośnie. Człowiekowi nie zawsze się chce grać. Czasem chce zająć się czymś innym.

Zdarza się że mówię, iż platyna powinna być wyzwaniem. I może to jest wyzwanie. Takie japońskie, mówiące o cierpliwości powolnym dążeniu do celu.

A tego mi brakuje nie tylko przy okazji tej jednej gry…

#bujururu

To taki tag, który lubię używać na instagramie. Robię to często, czasem zapomnę. I w sumie nawet dziś nie mam pojęcia o co z tym bujururu chodzi. Chyba sam sobie to słowo jakoś interpretuję.

Z tego co pamiętam to pojawia się ono gdzieś w Final Fantasy VIII. Ja tego z FF8 nie pamiętam, ale swego czasu wspomniał mi o tym mój przyjaciel i chyba on pierwszy tego użył –  tak z 15+ lat temu. Od tego czasu interpretuję to jako takie „bla bla bla”. Pitolenie o niczym.

Czyli w sumie jak treści na tym blogu i na moim instagramie. W sumie to jak we wszystkich durnych serwisach społecznościowych. 99% to bezsens, głupota i brak jakichkolwiek wartości. Jasne czasem można się pośmiać, odprężyć i przeczytać o niczym, ale co za dużo to nie zdrowo.

Udostępniając na instagramie publicznie doświadczam jak głupi jest ten świat i jak mocno polega na tym jakie dodamy tagi do zdjęcia. Np. ostatnio wrzuciłem zdjęcie starej maszyny do szycia firmy łucznik. Napisałem parę głupich słów i dodałem taga #archer. Logiczne – łucznik = archer. A tu jakiś expertarchery polubił wpis. Z ciekawości wchodzę na profil i patrzę a tam nic z szyciem, tylko ludzie bawią się w Robin Hooda.

Zresztą po wklejeniu zdjęcia rośliny w zlewce z tagiem #techno uświadomiłem sobie właśnie jak wielkie znaczenie mają tagi. Kiedyś zastanawiałem się po co ich tyle dawać. Po co wymyślać hektolitry słabych synonimów. Wszystko dla jakiś lajków. Człowiek nabija się z coachingu, to go jakieś zagraniczne pseudo-coache polubią.

Ja rozumiem, że ludzie są wzrokowcami, czasem po prostu coś może się im podobać, czasem nie. Rzucą lajkiem bo kliknięcie ich nie kosztuje, a radość w sercu postującego się pojawia. Tylko z czasem przestały mnie cieszyć losowe lajki. Dziś czekam na tych kilku co się przewijają regularnie. Reszta fajnie że jest, ale to nie to samo co było na początku.

Od kiedy zacząłem zabawę z webmasteringiem (a było to jeszcze przed popularyzacją web 2.0) zawsze starałem się zgłębiać nowe technologie. Z czasem za wolno pojmowałem w stosunku do rozwoju i dziś, to ja nie wiem co się dzieje. Generalnie lata temu zakładałem konto na facebooku, czy twitterze głównie z ciekawości – wtedy nie rozumiałem o co chodzi, dziś dziwię się że snsy są tak popularne. A im dłużej istnieją tym pojawia się na nich coraz więcej chwastów. Reklamy, banerki, propozycje postów/grup/stron kują po oczach.

Jak to dobrze że można zapłacić jakieś 200 zł rocznie, postawić wordpressa i mieć świadomość, że nikogo się nie zmusza do czytania tych wszystkich bzdur. Ktoś musi chcieć celowo tutaj wejść by to przeczytać.

Jaki ten ktoś (Ty?) musi być znudzony…

Lochy i Smoki #1(.5)

Rok temu już wspominałem o tym, że uwielbiam Dungeons & Dragons. Było to tak dawno, że musiałem szukać, ale w sumie ten stan się nie zmienił. Dalej chciałbym zagrać w piątą edycję, ale na razie zostaje mi mistrzowanie. Gorzej tylko, że pomysłów brak a przygotowywanie dungeon crawlingu zawsze zajmuje dużo czasu.

Tona tabelek, wyliczeń i wszystko idzie na marne jak człowiek nie poczyta dobrze umiejętności i statystyk potwora. Tak ostatnio stało się przy okazji walki z Golemem. Niby wysoki poziom wyzwania, gracze pewno mieli zginąć od razu. Było ich dwóch a to nawet dla czterech śmiałków miał być wielki problem. Owszem wyrzucałem same niskie liczby na kościach, golem bardzo często nie trafiał, a gracze tak. I z czasem ubili gada.

A po fakcie okazało się na czym cały problem z golemem miał polegać. Jakieś tam odporności na m.in niemagiczną broń. No nic, pokonali to punkty doświadczenia dostali, przygodę skończyli, tak jak zawsze w sposób całkiem inny niż mógłbym chcieć. Jakieś pół pomysłu na przyszłość się pojawiło i Dziwny Mag podróżuje z nimi. Albo oni za nim.

Na razie ważne jest to, że nadal czuję chęć prowadzenia. Mam takich graczy, którzy chcą i choć jest ich tylko dwóch, to lepiej mieć dwóch zawsze gotowych na durną sesję ze słabym mistrzem.

System seler…

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie myśl by swą konsolową kolekcję wzbogacić o Nintendo Switch. I jak na początku myśl ta pojawiała się głównie ze względu na świetne opinie o nowej Zeldzie, to teraz pojawiła się (w końcu) kolejna karta przetargowa – Mario Kart 8 Deluxe. Myśl myślą, a rzeczywistość nie jest taka piękna.

Po pierwsze, to jedna gra (no, powiedzmy że dwie). I jak dobrze kiedyś w Mario Kart 64 i jego klony mi się nie grywało, to dziś waham się nad wydaniem 1500 zł. Na swój sposób MK8 to dla mnie taki w połowie system seller. Z jednej strony czuję, że spędziłbym przy nim wiele godzin, że byłaby z tego tona zabawy z drugiej nie ciągnie mnie do niego aż tak, bym już szukał w sklepach Switcha.

Po drugie, mam w co grać. Playstation 4 przeżywa rozkwit. I mimo że Nier skończony, Nioh się splatynił, to każda z tych gier dostaje jakieś dodatki. I jak Nierowy wcale nie musi być tak długi, to ten Niohowy już tak. Do tego świeżo zacząłem Dragon Quest Heroes II, w okresie wakacyjnym pojawią się Final Fantasy XII The Zodiac Age oraz Valkyria Revolution, nie mówiąc już o tym że kusi mnie Persona 5 i Yakuza 0 a to gry nie krótkie a czas z gumy nie jest.

Po trzecie Nintendo 3DS (a teraz już nowa wersja 2DSa). Choć ten nie ma tony gier które do mnie przemawiają to czuję, że i tam bym znalazł coś dla siebie. Może w końcu bym sprawdził fenomen Fire Emblem, lub sprawdził Bravely Default i nabył Dragon Quest VII. W przypadku tego handhelda system sellera brak, ale cena o połowę mniejsza. No i problem ten sam jak ze Switchem. Mam inne przenośne zabawki i gry na nie, których nawet nie włączyłem.

Playstation Portable i Nintendo DS kupiłem dla jednej gry. Playstation 4 kupiłem dla remake’u Dead or Alive 5 ale z perspektywą ciekawych gier w przyszłości. I mimo, że mam jakiś sentyment do Ninny to jakoś nie mogę się przekonać do ich nowych zabawek.

 

First Press Early Limited Bonus DLC Post

Dziś gra bez DLC to rzadkość. Zawartość dodatkowa zwykle ma na celu przynieść dodatkowy zysk przy małym koszcie produkcji. I tak grając w Dragon Quest Heroes II doszedłem do kolejnych głupich wniosków, jak można by pewne rzeczy zrobić lepiej.

DQHII dało się nabyć w wersji Explorer’s Edition. Kilka dodatkowych broni, za drobną opłatą. Na początku powiedziałem sobie że to bez sensu, ale później okazało się że wersja łysa jest droższa i – skracając historię – dostałem kod na dodatkowe bronie.

Dostałem w sumie to, czego się spodziewałem. Bronie nic wielkiego nie dają. Każda przyda się przez 5 minut, ma jakąś unikatową właściwość (ot 5% więcej złota po przeciwnikach), ale by później nie męczyć się idąc do przodu szybko zmienia się ją na coś lepszego.

I tak właśnie doszedłem do wniosku, że cyfrowe DLC za zakup gry w dzień premiery, czy też niedługo po niej mogłoby być mniej durne, bardziej zachęcające do wydania pełnej kwoty i sensowniej rozwiązane.

Pomysł jest taki, by ów DLCkowe bronie z czasem się rozwijały, lub dało się je zmodyfikować. Niech nie tylko przez 5% czasu gry będą przydatne. Niech ich statystyki powiększają się wraz z poziomem postaci – czy też od poziomu zależą. Lub niech da się je rozwinąć u jakiegoś… kowala. Nie muszą być one tymi najlepszymi w całej grze, ale niech po kilku godzinach będą dalej tymi, które przy wykonywaniu zadań pobocznych się przydają.

Implementacja takiego systemu nie musi być łatwa. Może być czasochłonna i zawsze kosztuje. Z drugiej strony w Dragon Quest Heroes jest już alchemiczny sposób polepszania akcesoriów. Jakby go tylko rozwinąć na bronie… byłoby po kłopocie.

No cóż, marzenia ściętej głowy.

Tyle roboty i w sumie nic nie widać

Zrobiłem kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Jestem zadowolony z siebie. Mogłoby być znacznie lepiej, ale poszedłem na skróty. Zrobiłem widget do Wodpressa. Nikt go nie podziwia, nikt nie widzi włożonej weń pracy, ale to nie ma znaczenia.

Widget ma pokazywać dwie daty i to robi. I w sumie od strony patrzącego nie ma nic złego. Jest po staremu, prawie tak jak było kiedyś. Patrzysz na stronę OKFu i już wiesz kiedy banda nerdów się spotyka. Proste jak drut i nikomu niepotrzebne bo przecież jest facebook.

Ale dwa dni spędzone na tej zabawie to kilka godzin nauki wordpressa. Nie przybliża mnie to zbytnio do celu jaki lata temu sobie obrałem – zrobienie stylu od zera – ale ciut trzyma by całkiem nie wyjść z wprawy.

Tak naprawdę aby widget (czy też plugin) był idealny, muszę wymyślić jak w miarę moich możliwości zrobić go bardziej idioto odpornego. Zawsze istnieje możliwość złego wprowadzenia daty co skutkuje pokazaniem kompletnej głupoty na stronie głównej. To chyba największe wyzwanie bo może wymagać wiele nauki.

Ale chyba właśnie o to chodzi.

Muzyka ery zodiaków

Jestem przeciwnikiem HD Remakeów, ale czasem przyjdzie taka gra, z której odświeżenia się cieszę. W przypadku Final Fantasy XII Zodiac Age bardziej się cieszę ze ścieżki dźwiękowej i dziś parę słów o tym jakie to głupie i dlaczego trzeba kupić było. Tak jest, już kupiona mimo że wychodzi w połowie lipca.

Final Fantasy XII Original Sountrack, ten z 2006 roku, był pierwszym albumem jaki sprowadziłem z Japonii. Precyzyjniej ujmując – pierwszy japoński album, który kupiłem za granicą. Wcześniej było parę ścieżek dźwiękowych z gier, wydanych w europie i sprzedawanych w Polsce. Na dodatek FFXIIOST kupiłem z chińskiego sklepu, na szczęście takiego, który handluje oryginałami.

Lecz pomińmy długą genezę zakupu soundtracku z Final Fantasy XII, bo to nie teraz jest najważniejsze. Kluczową rolę pełni tutaj Hitoshiego Sakimoto, mój ulubionego kompozytor – autor dźwięków przygrywających w Ivalice (w sumie każdej gry, osadzonej w tym świecie, także Final Fantasy XII). Kompozycje Sakimoto są bardzo rozbudowane i przez ograniczenia sprzętowe Playstation 2 trzeba było czasem je przycinać. Wsłuchując się w materiał zawarty na soundtracku i porównując go z muzyką w grze, tylko głuchy nie wychwyci różnic. Audiofile będą w obu przypadkach skręcać się z bólu, bo to orkiestra samplowana. I mógłbym bronić, że na tym polega pewna oryginalność i styl Sakimoto i pisać inne głupoty, ale nie zamierzam nikogo przekonywać.

Na przeciw oczekiwaniom wszystkich tych muzycznych purystów (słuchających muzyki z mp3ej) wychodzi Square Enix odświeżając ścieżkę dźwiękową do remake’u Final Fantasy XII. Czasy się zmieniają i to co kiedyś było niemożliwe, a także bardzo nieopłacalne dziś staje się standardem.

Kompozycje Hitoshiego Sakimoto zagrane zostaną przez orkiestrę – taką z krwi i kości. A Square Enix wiedząc jaką popularnością cieszą się ich soundtracki nie zmarnuje okazji i wyda Final Fantasy XII Zodiac Age Original Soundtrack w formie Bluray Audio – stało się to już taką tradycją.

Główną zaletą BRA jest  możliwość uzyskania lepszej jakości dźwięku (24bit/96kHz) niż na płycie CD, jednocześnie mogąc zamknąć się w jednej płycie – nośniku. Moje ucho i tak nie wychwyci różnicy, ale jako wielki fanboy Hitoshiego Sakimoto (i poniekąd FFXII/Ivalice/Matsuno) i tak muszę kupić (co już zrobiłem). Fajną opcją BRA jest także towarzyszące muzyce wideo. Każdy utwór ma swoje obrazki, które ilustrują gdzie odtwarzany utwór znajduje się grze.

Świetna okładka edycji limitowanej. Zwykła, to absolutna pomyłka…

Jest także jedna duża wada takiego wydania. Osobiście by puścić muzykę jako tło – obrazu z reguły nie potrzebuję – muszę trochę kabli przepiąć. A bez obrazu nie da się po płycie nawigować. Chyba że na chybił – trafił, lub po prostu puścimy całą od początku do końca (najbardziej sensowne rozwiązanie). Sam korzystam z PS3/4 i nie mam pojęcia jak sprawa się ma w przypadku stacjonarnych odtwarzaczy Blu-ray. Do tego sądzę, że tego typu sprzęt nie jest aż tak popularny.

I mimo pewnych utrudnień mnie takie wydanie pasuje. Zdaje sobie sprawę że przez dziwny nośnik grono odbiorców się zmniejsza. Nawet jeżeli na płycie dodają pełen komplet mp3ek.

Uszy mam dobre, ale daleko mi do audiofila i to zwykle z tej drugiej opcji korzystam. A od czasu do czasu można trochę się pobawić i puścić BRA.

Przygoda z 2B

Nier Automata ukończone. Wszystkie 26 zakończeń. Platyna zrobiona a save’y skasowane – taki wymóg. I co teraz? I w sumie to nie problem gry, bo można siąść i grać od nowa. Save’y skopiowałem przed końcem i mogę wrócić uzupełnić wszystko co się da do 100%. Ale pytania które stawia przed każdym graczem twór Yoko Taro zostaną nierozwiązane.

Generalnie można by próbować zacząć filozoficzną dyskusję na temat fabuły, bo Taro nie myśli dawać jasnych odpowiedzi. Stara się dać powody do myślenia. Ale jako że mam prosty umysł nie mam zamiaru się nad tym rozwodzić. W zbyt wielkim stopniu. Chcę napisać co w tej grze jest takie fajne. W całkowicie losowej kolejności. Może trochę przydługo.

Czytaj dalej Przygoda z 2B

Ulubione kawałki papieru #1

Są w Magicu takie karty, które może nie są zbyt dobre, ale je lubię. Może nie zawsze się sprawdzają, ale tak w 3 taliach na 5 chętnie je włożę. Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie ten pomysł, a to jakiś sposób by odpocząć trochę od grania i zapchać bazę danych.

Zwykle Wizard of the Coast tworząc kolejny blok, czy dodatek wymyśla sobie jakąś serię. Różnie je łączą, lecz zazwyczaj to 5 (lub więcej) kart, które mają coś wspólnego – część nazwy i podobne działanie. Często zdarza się tak, że jedna z tych kart jest lepsza, bardziej przydatna niż pozostałe (np. Cryptic Command).

Gdy WotC tworzyli i wydawali pierwszy zestaw talii do formatu EDH, stworzyli serię Vow of. Aurę w każdym z pięciu kolorów. Jedną jedną jej cechą wspólną, jest buff o +2/+2 (w przypadku zielonej aury +3/+3) oraz jakiś dodatkowy atrybut.

Generalnie na tym etapie to nic ciekawego. Nigdy nie przepadałem za aurami, bo te częściej znikają niż dają jakiś efekt. Krity z takowymi zostają usunięte jak szybko to się da. A i zwykłe podniesienie statystyk rzadko bardzo zwiększa szanse na wygranie gry.

Ich druga zasada to ta dzięki której stają się bardziej przydatne, zaczynają błyszczeć. Mówi ona, że stworek na który zostaje rzucana aura nie może atakować nas, lub obieżyświatów których kontrolujemy. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie co nam to w ogóle daje, olśnienie przyszło po latach gdy podczas lokalnej ligi EDH, udało mi się skutecznie powstrzymać Kaalię od wrzucania na stół wszelkiej maści upierdliwego ustrojstwa.

Właśnie w EDH Vow ofy przydają się najbardziej, bo tam każda karta która może być użyta na kilka sposobów jest o wiele lepsza niż taka która ma tylko jedno zastosowanie.

I w sumie im dłużej patrzę na tą serię, tym coraz bardziej zdaję sobie sprawę jak przeciętna ona jest i jak mocno od archetypu naszej talii, oraz talii z którymi przyjdzie się nam zmierzyć zależy czy będą one przydatne.

Aż szkoda biegać

Sposób w jaki 2B się porusza sprawia, że nie czasem zastanawiam się czy nie lepiej lekko wychylić gałkę i po prostu iść do przodu. To jak patrzenie na modelkę na wybiegu, tak trochę w zwolnionym tempie.

I tylko świadomość upływającego czasu, które człowiek nie ma zbyt wiele zmusza mnie do wciśnięcia R2 by przyśpieszyć. Niemniej jednak od czasu do czasu, by zaspokoić swe prymitywne ja pozwalam 2B pochodzić. Pięknie, z gracją.