I (don’t) love this game

Nowe, tegoroczne NBA 2k ciągle mnie drażni. Jak mogę zrozumieć, że twórczy poczynili pewne zmiany by gra stała się bardziej realistyczna, przez co trudniejsza do opanowania i moje narzekanie jest na swój sposób bezcelowe, to próba grania w trybie kariery to droga przez mękę.

I nie chodzi mi o powolny rozwój mojej postaci. Nawet nie przejmuję się tym, że mógłbym wydać normalną kasę by go przyśpieszyć. Na tym mi nie zależy i mogę powoli, do przodu. Ale nie w taki sposób.

Ktoś wymyślił, że grze ma być jakaś fabuła. Podwórkowy gracz trafia do NBA. Może tak czasem dzieje się naprawdę i może to usprawiedliwia czemu ze mnie takie nic. Przy okazji tworzenia postaci wybiera się ulubioną drużynę i tak też zrobiłem. Na swój sposób trafiło na San Antonio Spurs i jakimś cudem ktoś z organizacji mnie podpatrzył na streetballowym turnieju i zaprosił na trening.

W sumie to teraz myślę że mogłem się obijać i trafić gdzieś indziej. Gram w tym SAS, dostaję coraz więcej minut i rzadko tak naprawdę daje coś drużynie. Żeby było jasne, gdy jestem na parkiecie staram się być oszczędny, grać mądrze i w tzw. rankingu +/- być raczej na plus, lub chociaż na niewielki minus.

I tak chłodno kalkulując, drużyna – SAS – nie zmieniała się zbytnio. Nawet w grze jest statystycznie w pierwszej 10 (na 30), więc zastanawia mnie czemu dobry zespół dostaje łomot od największych leszczy. Phoenix, Chicago, Minnesota. Dobra nie grałem jeszcze z Nets, z Dallas raz wygrałem, raz przegrałem. I pewno niesłusznie nazywam ich leszczami, ale gdy drużyna z czołówki, przegrywa z kimś z dołu tabeli, to ujdzie, ale jeżeli ta przegrana to kilka punktów różnicy. A jeżeli mnie pamięć nie myli (a z reguły myli), to z Phoenix przegrałem 19, czy 20 punktami? Jak, nawet na boisku nie byłem 5 minut.

Boli mnie, że San Antonio, tak dobra drużyna leci w dół. Że przeze mnie Pop będzie miał pierwszy, od 20 lat, sezon w którym jego drużyna przegra więcej niż 32 mecze. Boli to jeszcze bardziej, bo wydaje mi się, że wiele z tych meczy jest ustawionych, by móc opowiedzieć fabułę. Pokazać jak to ochroniarz się do mnie nie odzywa, a tu nagle bum i jest najlepszym kumplem. Jak to pewnego dnia poznaję rapera, który na co dzień czyści parkiet. Jak to mój samozwańczy guru robi sobie żarty – które niestety mnie nie śmieszą.

Ostatnie trzy dni grałem bez dźwięku, by nie słyszeć tych dziwnych konwersacji. Jak chcę grać, rozwijać gościa, cieszyć się nie z tego, że moja drużyna dzięki mnie wygrywa, tylko że jak mnie już wpuszczą to robię postępy. Tona rzeczy, które twórcy zrobili jest może i klimatyczna, ale z czasem staje się strasznie nudna.

Zaczynasz mecz, widzisz jak twój awatar wchodzi do szatni – jakieś 30+ sekund z głowy. Siada na stołku przed swoją szafką, w której ma tylko buty, które może zmienic – kontrakt na buty musi być od razu, przecież nie da się grać boso (a skarpetki non stop te same). Zadumany patrzy w wykładzinę i czeka. I czeka. I jakoś mecz minąć nie może, bo nie wyszedł na parkiet. Naciskasz X, by przejść do meczu. Teraz będzie można coś zrobić by drużyna i tak przegrała.
Kolejna cudowna animacja wybiegania z szatni przez korytarze (kolejne 30 sekund z głowy); trafiasz na boisko. Tam by dostać piłkę i sobie porzucać przed meczem, awatar musi trafić dokładnie za linię rzutów za 3 punkty, dokładnie naprzeciwko kosza – a piłki mogą koło oczu mu przelatywać. 45 sekund rzucania i zaczynamy.

Jak już sobie te 5 minut pobiegasz na boisku – bo więcej na początku nie dadzą, to wracamy. Powrót przez korytarze, smutne/radosne miny. Ziomki odpowiednio reagują, a człowieka szlag trafia. I ta sama historia co mecz, tylko czasem ochroniarz, mopiarz, czy ktoś tam inny mało znaczący będzie chciał coś ciekawego powiedzieć.

A jakby te wszystkie przerywniki olać i zrobić bez fabuły, bez cudowania, ot mecz – trening – klikanie po tablicach (prawie jak przeglądarka, menadżer sportowy), by zawierać kontrakty, zdobywać fanów, gadać z menedżerem o transferze. Ale po co, lepiej udawać że człowiek siedział przy grze wiele godzin. Właśnie, siedział.

Stwierdzam, że miarka się przebrała i w NBA 2k grać będę tylko z kimś. Żadnych MyCareer i tracenia czasu na to by się wkurzać. Lepiej ten czas przeznaczę na oglądanie gołych bab, lub pisanie durnych postów na blogu…

… bo raczej na nic pożytecznego i tak nie wykorzystam.

e-dziewczyny w e-bikini #8

To nie tak, że w zalewie gier wracam do wizualnego umilacza czasu. (Nie tylko) Oczy by się cieszyły, ale niekoniecznie tędy droga. Tak więc nie wróciłem do Dead or Alive Xtreme 3, lecz wypatruję co jego twórcy szykują.

Już dawno temu KOEI Tecmo zapowiedziało przeglądarkową grę, DEAD OR ALIVE Xtreme Venus Vacation. I nawet nie chodzi o to, że po ujawnieniu trailera i pokazaniu tony japońskich napisów wiem z czym mam do czynienia, ot po prostu uważam, że trailer jest całkiem ładny*.

Prosta, prymitywna zabawa w oglądanie przyjemnie* wyrzeźbionych wirtualnych dziewcząt. Kompletnie nie wiem co się tam będzie robić, ale jestem kupiony. Może to być zwykłe klikadło z toną µ transakcji, gdzie bez wydanie prawdziwych pieniędzy nic nie zrobimy… znaczy nie zobaczymy.

Jest Hitomi, jest dobrze. Dodano kolejną plażowiczkę – Misaki. Wraca obsada znana z Xtreme 3. Nie będę narzekał, bo już robiłem to zbyt wiele razy. A co z tego wyjdzie, nie omieszkam sprawdzić i z czasem napisać parę słów.

O ile uda mi się przebić przez spore ilości japońskiego tekstu…

* to tylko opinia autora bloga, bo ten blog jak na bloga przystało wygłasza jego subiektywne poglądy

Czas Zodiaków #2

Jakoś ciężko przychodzi mi wyprodukowanie wpisu o tym jak dobrą grą jest Final Fantasy XII The Zodiac Age. A przecież mógłbym o niej opowiadać w samych superlatywach.

10 lat minęło, gra się niewiele zestarzała. Tak jak wtedy, tak i dziś gra się przyjemnie. Historia jest ciekawa, niektórym może wydawać się błaha. Postacie – nie wszystkie – bardzo barwne, a Balthier to dla mnie jedna z kilku wybitnie wykreowanych postaci w grach wideo.

Przerywniki wyglądają (mimo, że poprawiono im tylko rozdzielczość) lepiej niż w wielu współczesnych grach zachodnich. Oczywiście podczas eksploracji terenu otacza nas pustka, ale to tylko remaster. Owszem, ciut przesadzam, bo projekty lokacji są bogate, choć tutaj najlepiej czuć, że to odgrzewany kotlet (ale jakże pyszny).

Mechanicznie także nic nie zmieniono – choć nie jestem pewien czy nie dodano tutaj trybu 4X. System gambitów, czyli możliwość ustawienia zachowań postaci zależnie od sytuacji, nadal świetnie działa i jeżeli zboczymy z drogi, to wypada i tak wziąć sprawy w swoje ręce – umiejętnie dostosować się do lokacji, poprzestawiać gambity lub je wyłączyć. Opcjonalni bossowie potrafią napsuć krwi – chyba, że przeczyta się w internecie co wypada z nimi zrobić. I mimo, że sporo czasu gry tak naprawdę wychylamy gałkę by iść do przodu a postacie same walczą, to godziny spędzone przed ekranem mijają mile – chyba, że jakiś boss akurat uprzykrza nam życie.

Kiedyś rzekłbym, że nie wiem kiedy przekroczyłem 100 godzin ale dziś ciut większą wagę przywiązuję do upływającego czasu. Przy Final Fantasy XII nie mogę narzekać, że go zmarnowałem, mimo że to już trzeci raz kiedy siadłem do tego tytułu. Tym razem zrobiłem o wiele więcej, choć nadal pozostał niedosyt. Chętnie bym kiedyś wrócił, wykręcić takie 100% jakie jest tylko możliwe, ale dwa lata temu to samo mówiłem o Final Fantasy Type-0.

 

Czas zodiaków #1

Lata temu, przy okazji japońskiej premiery Final Fantasy XII w internecie pojawiały się narzekania odnośnie gry. Wtedy też ktoś w jednej z polskich gazet stwierdził, że Ci co grają nie mają czasu pisać w necie, bo ich gra wciągnęła. Tak więc, po jakiś 40 dniach od premiery Final Fantasy XII The Zodiac Age w końcu mogę siąść i ponarzekać. Gra jest bardzo dobra, ale pozachwycam się nią innym razem, pewno w dużo krótszym poście.

Jedyna rzecz która mnie wkurza to losowość. Lata temu, gry były inne. Jest to remaster japońskiego RPGa, więc wielu rzeczy mogłem się spodziewać. Niestety człowiek ma mniej wolnego czasu, a i ilość hobby się powiększyła. Dziś chciałby walczyć z przeciwnikiem i widzieć, że coś robi źle, niż walczyć z brakiem fuksa.

Parę razy chodziłem tam i z powrotem by skrzynka się pojawiła. Skrzynka skrywająca przedmiot, czy umiejętność którą potrzebowałem. Fajnie że skrzynki z Addle i Witherem mają jakieś 20%-40% na pojawienie się. A jak już się pojawiają to dostajemy w nich to, czego szukamy.

Ale są takie przedmioty, które chciałbym mieć. Niestety gdy czytam, że na pojawienie się skrzynki mam 1% szans, to sobie odpuszczam. I może to nie jedyny sposób by zdobyć Zodiac Speara w tej grze, ale jakoś się nie garnę by chodzić tam i z powrotem przez pół dnia – na razie. Kiedyś była to najlepszą broń w całej grze. Wtedy też wielką głupotą było jej zdobycie, bo wypadało nie otworzyć kilku skrzynek by ta znajdująca się w Nabudis zawierała Zodiac Spear. Była to ciut inna wersja FFXII.

W tej, której The Zodiac Age jest remasterem, czyli International Zodiac Job System, można znaleźć kilka lepszych, niewidzialnych przedmiotów. By je dostać, trzeba mieć naprawdę wielkiego fuksa. Szanse, że się na nie trafi wypadają grubo poniżej 1% – zarówno szansa na pojawienie się skrzynki, jak i to że w tej skrzynce znajdziemy przedmiot który byśmy chcieli.

I tak, jest taki super łuk o nazwie tak dziwnej że spamiętać nie mogę. Łuk jest niewidzialny, więc wpakowano go do niewidzialnej skrzynki w miejscu, w którym człowiek przewinie się raz, może dwa. Dodatkowo nawet może tam nie przebiec, bo w sumie nic tam nie ma. Nie znam dokładnie szans procentowych na pojawienie się niewidzialnej skrzynki i trafienie w niej łuku, ale szansa by ot tak go dostać, przypadkiem, graniczy z cudem. Oczywiście ludzie znaleźli na to sposób, tak śmieszny i dziwny, że tylko grzebiąc w plikach/mając znajomości u twórców można na niego wpaść.

Dodam, że ów łuk zebrałem. Działając dokładnie tak, jak pan z youtube’a mówił. Co prawda zadziałał sposób drugi, czy tam trzeci, bo odliczanie 20 sekund było mało efektywne. Do tego wziąłem super tarczę. Jak?

Zabij bossa. Weź skrzynkę z Excaliburem. Wyjdź, wróć. Jak gra zapiszę auto-save’a, wyłącz grę. Włącz, wczytaj auto-save. Wchodź, wychodź z pomieszczenia, aż pojawi się skrzynka. Gdy się pojawi, nie otwieraj. Uderz się sam 10 razy, nie mając żadnej broni ani tarczy w rękach. Przy 9 powinno pojawić się 4 ciosowe kombo, jeśli tak było to – otwórz skrzynkę, dostaniesz pierdołę, chyba Meteorite. Wyjdź z pomieszczenia, wejdź. Będzie skrzynka, otwórz i… tadam! Gendarme. Tego nie wymyśli normalny człowiek.

I to jedyna rzecz na jaką mogę w tej grze narzekać. Głupie, długie, w sumie często niepotrzebne kombinowanie. Bo przecież grę można przejść i olać zdobywanie platyny.

Ale chcę ją zrobić…

Eee… to może kupię Switcha

E3, targi… sam nie wiem czego. Jakoś za nimi nie przepadam. Przechwałki, marketingowy bełkot i trailery, które budują hype. Jasne, gdzieś tam poza tymi prezentacjami jest możliwość pogrania. Nawet jakbym miał pod nosem i mógł pograć, to sądzę że nadal bym podchodził do tego sceptycznie.

Microsoft same cośtam cośtam exclusive, gdzie głównym bohaterem jest karabin. Nie moja bajka, może poza Ori, ale ten ma być na PC więc może kiedyś. Sony pokazało to co już wszyscy widzieli. Dodali tylko, że większość z tych fajnych gier w 2018 roku się pojawi. Jest na co czekać, ale zawiodłem się ciut, bo nie po to o 3 w nocy wstawałem.

Jedyną grą wartą uwagi, będącą zaskoczeniem i na która trafiłem przypadkiem to Mario + Rabbids Kingdom Battle. Wszystko się sprowadza coraz bardziej do tego by Switcha zakupić. Już jakieś gry do ogrania są, coś w przyszłości ma się pojawić, więc czemu by nie.

Mario + Rabbids to gra z gatunku który lubię. Taka konsolowa strategia turowa z lekkim twistem. Do tego wygląda na zabawną, kolorową i z pomysłem. I jak Rabbids designowo mogą mi się nie podobać, to uroku Mario i spółce nigdy nie odmówię.

I jest najważniejsza postać, czyli Yoshi!

20 lat wcześniej

Gdybym wiedział, że to dziś przygotowałbym jakiś długi wywód (byłby tak czy siak bez sensu). Czuję się zaskoczony, ale ponieważ wychodzi na to że to właśnie 20 czerwca przypada okrągła rocznica, wypada mi napisać kilka słów o najważniejszej grze mojego życia, czyli Final Fantasy Tactics.

Jak byłem jeszcze mały, choć raczej wzwyż niż w szerz, zobaczyłem w gazecie cudowną grę, ze świetną grafiką – nie taką 3d która po latach się starzeje. Mogłem się tylko ślinić do obrazków i liczyć, że kiedyś będzie dane w nią mi zagrać. Kilka lat minęło aż siadłem do japońskiej kopii FFT, u kumpla. 10 minut magicznej gry, w której – wtedy – nie wiedziałem co robię, o co chodzi i że w życiu tyle mi czasu zje.

Magia trwała później przez lata. Grałem w wersję angielską na zmianę z japońską. Odkładałem by za sporą kasę – wtedy, w czasie nie najlepszym dla rodziny – kupić sobie oryginała amerykańskiego (w europie gra nigdy nie wyszła). Gdy pojawiła się informacja że remaster wychodzi na psp, byłem szczęśliwy że znalazłem pracę i mogę pograć bez kombinowania, emulacji i cudów. Teraz jak mam vitę, której w sumie nie używam zbyt często Final Fantasy Tactics leży i czeka bym mógł w niego zagrać. I chyba tak dziś zrobię, od zera, czytając, wczuwając się, próbując przeżyć od nowa choćby odrobinę magii.

 

Czuję że to gra która mnie gdzieś tam wychowała, dużo w głowie pozmieniała choć nie potrafię tego określić i pewno nie jedyna w tym okresie. Dała motywację do czytania angielskich tekstów, przez co dziś jakoś angielski znośnie umiem (a polskiego nadal nie). Lata, które przy niej spędziłem były często tymi najlepszymi i chyba mało która gra po niej tak bardzo bawiła.

Także właśnie 20 lat temu, 20 czerwca majstesztyk Yasumiego Mitsuno z muzyką Hitoshiego Sakimoto i Masaharu Iwaty, oraz z pięknymi kreacjami Akihiko Yoshidy ujrzał światło dzienne. Jestem im za wszystko dozgonnie wdzięczny.

 

WordPress, Jetpack, hosting.

Przyszło mi ostatnio zarzucać na nowo wordpressa. Stary, porzucony pomysł, który po przeanalizowaniu wszystkich mediów społecznościowych wydaje się jedynym słusznym rozwiązaniem. Tak więc nowa instalacja wordpressa, jetpack i poszukiwanie motywu. I jak pierwszy krok i trzeci jakoś przeszły, drugi dał mi ciut do myślenia.

Jetpack, to taki plugin moloch. Daje różne bajery, a że było ich wiele, bywały ciekawe, to od dawna zarzucałem i się cieszyłem że jest. Od dłuższego czasu bywały też z jetpackiem problemy. Aby uzyskać kompletną funkcjonalność pluginu, wypada połączyć go z kontem na wordpress.com. Daje trochę bajerów, takich działających w tle, więc człowiek tak do końca nie jest pewien co mu to daje, ale jak dają to się cieszy.

I tu się pojawił problem. W skrócie, połączenie wymaga dostępu do pewnego pliku na serwerze z zewnątrz. WordPress jest na tyle popularny, że hakierzy próbują się dobić to tego pliku i mój usługodawca hostingowy po jakiejś tam akcji postanowił się zabezpieczyć i zablokować do niego dostęp.

Do niedawna wszystko byłoby w porządku, bo jetpack się łączył, uruchamiał i może nie działał w 100% tak jak powinien – choć tego nie wiedziałem, bo jak pisałem wcześniej to takie bajery działające niewidocznie – to kilka funkcji, które tu i tam używam działały. Lecz po aktualizacji do wersji 5.0 (chyba) jak się nie podłączy, to się nie włączy. I koniec.

Zacząłem poszukiwania by stwierdzić czy da się to jakoś ominąć. Owszem znalazłem, działało ale nie dawało mi spokoju to rozwiązanie. Daje ono dostęp do wspominanego pliku wszystkiemu, a to nie jest zbyt rozważne. Niby jakiś dodatek coś tam blokuje, ale że moja wiedza jest taka mikra, spróbowałem, ale na dłuższą metę wolę nie ryzykować.

Analizując wszystko doszedłem do wniosku, że wypada zrezygnować z jetpacka. Po pierwsze przeglądnąłem ustawienia. Czuję że bez tych bajerów przyśpieszających (aby na pewno) i kilku upiększaczy się obejdę, lub znajdę jakiś zamiennik. Po drugie wolę nie zadzierać z firmą hostującą. Nie płacę dużo a dostaję tyle ile potrzebuję – w tej chwili.

 

Może kiedyś, jak stanę się sławnym bloggerem, to sięgnę do portfela by nie musieć się zbytnio przejmować pierdołami.

Grindowanie jest złe

Siadam ostatnio do Dragon Quest Heroes II. Tak na godzinę, a może pół. Fabularnie grę skończyłem i chciałem zrobić platynę. Tak jak zrobiłem w przypadku jedynki. Chciałem to słowo klucz. Bo może to nie trudna sztuka, tylko walka z własnym szczęściem, którego raczej nie mam.

Gdy przeglądałem poradniki by dowiedzieć się co jak i gdzie, znalazłem wpis w którym ktoś stwierdził, że zrobienie wszystkiego zajęło mu 157 godzin – niecały tydzień wyjęty z życia.

Raz przechodziłem walkę z własnym szczęściem – w przypadku Grand Kingdom. Tam mi się udało. Zrobiłem platynę, trochę to zajęło i na koniec ciut nerwów kosztowało, ale do końca grało się w miarę przyjemnie, mimo że dość schematycznie. Wszystko wtedy polegało na otrzymaniu jednej rzeczy. Przedmiotu, umiejętności. Już nie pamiętam, wiem że była to ostatnia rzecz, która mnie powstrzymywała od wbicia wszystkich trofeów i trochę czasu spędziłem by ją zdobyć.

Problem z DQHII polega na tym, że bieganie i bicie po tej godzinie się nudzi (choć z czasem, na tą godzinę chce się wrócić), a tak wiele rzeczy trzeba tutaj zrobić tak… na siłę. Kilkanaście broni które może wypadną, może nie. Tona pierdołkowatych przedmiotów, które potrzebne są tylko by zapchać listę w encyklopedii. Do tego nabijanie jakiś statystyk, tylko po to by dostać możliwość wyboru, którego i tak się nie wybierze.

Już przy Final Fantasy VII, trochę się zastanawiałem po co to całe maksowanie, by pokonać jakiegoś über bossa po którym dostaje się dokładnie ten sam przedmiot, który przez dwa tygodnie zdobywało się alternatywną metodą. Wiem, że to wszystko kwestia podejścia do sprawy. Kwestia spojrzenia na to z perspektywy czasu i że jak człowiek był młody i to wolnego czasu mu nie brakowało. Wtedy wyzwania także bawiły.

Czasu dziś dalej 24 godziny na dobę, ale możliwości inne. Zamiast 1 gry, 5. Każdą chciałoby się przejść, pograć trochę i już nie ma kiedy wyciskać wszystkiego do końca. Swego czasu ktoś stwierdził, że w Heroes of Might and Magic III będzie grał jak będzie stary i będzie miał czas. Ja wiele gier ostawiam na później, bo przecież kiedyś skończą się te super nowości. Tylko że kupka ciągle rośnie. Człowiekowi nie zawsze się chce grać. Czasem chce zająć się czymś innym.

Zdarza się że mówię, iż platyna powinna być wyzwaniem. I może to jest wyzwanie. Takie japońskie, mówiące o cierpliwości powolnym dążeniu do celu.

A tego mi brakuje nie tylko przy okazji tej jednej gry…

#bujururu

To taki tag, który lubię używać na instagramie. Robię to często, czasem zapomnę. I w sumie nawet dziś nie mam pojęcia o co z tym bujururu chodzi. Chyba sam sobie to słowo jakoś interpretuję.

Z tego co pamiętam to pojawia się ono gdzieś w Final Fantasy VIII. Ja tego z FF8 nie pamiętam, ale swego czasu wspomniał mi o tym mój przyjaciel i chyba on pierwszy tego użył –  tak z 15+ lat temu. Od tego czasu interpretuję to jako takie “bla bla bla”. Pitolenie o niczym.

Czyli w sumie jak treści na tym blogu i na moim instagramie. W sumie to jak we wszystkich durnych serwisach społecznościowych. 99% to bezsens, głupota i brak jakichkolwiek wartości. Jasne czasem można się pośmiać, odprężyć i przeczytać o niczym, ale co za dużo to nie zdrowo.

Udostępniając na instagramie publicznie doświadczam jak głupi jest ten świat i jak mocno polega na tym jakie dodamy tagi do zdjęcia. Np. ostatnio wrzuciłem zdjęcie starej maszyny do szycia firmy łucznik. Napisałem parę głupich słów i dodałem taga #archer. Logiczne – łucznik = archer. A tu jakiś expertarchery polubił wpis. Z ciekawości wchodzę na profil i patrzę a tam nic z szyciem, tylko ludzie bawią się w Robin Hooda.

Zresztą po wklejeniu zdjęcia rośliny w zlewce z tagiem #techno uświadomiłem sobie właśnie jak wielkie znaczenie mają tagi. Kiedyś zastanawiałem się po co ich tyle dawać. Po co wymyślać hektolitry słabych synonimów. Wszystko dla jakiś lajków. Człowiek nabija się z coachingu, to go jakieś zagraniczne pseudo-coache polubią.

Ja rozumiem, że ludzie są wzrokowcami, czasem po prostu coś może się im podobać, czasem nie. Rzucą lajkiem bo kliknięcie ich nie kosztuje, a radość w sercu postującego się pojawia. Tylko z czasem przestały mnie cieszyć losowe lajki. Dziś czekam na tych kilku co się przewijają regularnie. Reszta fajnie że jest, ale to nie to samo co było na początku.

Od kiedy zacząłem zabawę z webmasteringiem (a było to jeszcze przed popularyzacją web 2.0) zawsze starałem się zgłębiać nowe technologie. Z czasem za wolno pojmowałem w stosunku do rozwoju i dziś, to ja nie wiem co się dzieje. Generalnie lata temu zakładałem konto na facebooku, czy twitterze głównie z ciekawości – wtedy nie rozumiałem o co chodzi, dziś dziwię się że snsy są tak popularne. A im dłużej istnieją tym pojawia się na nich coraz więcej chwastów. Reklamy, banerki, propozycje postów/grup/stron kują po oczach.

Jak to dobrze że można zapłacić jakieś 200 zł rocznie, postawić wordpressa i mieć świadomość, że nikogo się nie zmusza do czytania tych wszystkich bzdur. Ktoś musi chcieć celowo tutaj wejść by to przeczytać.

Jaki ten ktoś (Ty?) musi być znudzony…

Lochy i Smoki #1(.5)

Rok temu już wspominałem o tym, że uwielbiam Dungeons & Dragons. Było to tak dawno, że musiałem szukać, ale w sumie ten stan się nie zmienił. Dalej chciałbym zagrać w piątą edycję, ale na razie zostaje mi mistrzowanie. Gorzej tylko, że pomysłów brak a przygotowywanie dungeon crawlingu zawsze zajmuje dużo czasu.

Tona tabelek, wyliczeń i wszystko idzie na marne jak człowiek nie poczyta dobrze umiejętności i statystyk potwora. Tak ostatnio stało się przy okazji walki z Golemem. Niby wysoki poziom wyzwania, gracze pewno mieli zginąć od razu. Było ich dwóch a to nawet dla czterech śmiałków miał być wielki problem. Owszem wyrzucałem same niskie liczby na kościach, golem bardzo często nie trafiał, a gracze tak. I z czasem ubili gada.

A po fakcie okazało się na czym cały problem z golemem miał polegać. Jakieś tam odporności na m.in niemagiczną broń. No nic, pokonali to punkty doświadczenia dostali, przygodę skończyli, tak jak zawsze w sposób całkiem inny niż mógłbym chcieć. Jakieś pół pomysłu na przyszłość się pojawiło i Dziwny Mag podróżuje z nimi. Albo oni za nim.

Na razie ważne jest to, że nadal czuję chęć prowadzenia. Mam takich graczy, którzy chcą i choć jest ich tylko dwóch, to lepiej mieć dwóch zawsze gotowych na durną sesję ze słabym mistrzem.