A Innistrad był taki fajny

Pierwsza karta, jaką pokazali magicy z wybrzeża zepsuła całą fajność Innistradu. Był gotyk, wilkołaki, wampiry, ludzie i anioły. Walka o przetrwanie, dominacje. Niestety, nie mogli się powstrzymać i musieli dorzucić durne elementy z kiepskiego fantasy.

Nigdy jakoś nie przywiązywałem wielkiej wagi do klimatu. Znaczenie dla mnie miały mechaniki i konkretne karty. Czy były one fajne, czy dało się nimi grać. Tylko że akurat w przypadku Innistradu (tego poprzedniego i tego nowego), świat przedstawiony, klimat i grafiki mają dla mnie duże znaczenie.

Zmutowane anioły (biedna Bruna). Fuzje rodem z Dragon Balla. Wilkołaki zmieniające się w dziwne potwory a nie ludzi. Ktoś oszalał. Ok, może takich cudów fantasy nie widziało (a może widziało, nie znam się), ale dlatego akurat Innistrad? Nie mogły sobie elfy mutować, stały by się bardziej męskie, czy jakoś tak. Czy ten fioletowy mackowaty stwór musiał akurat przenieść się do świata nad którym czuwały długonogie anioły (bez przesady, aż tak pięknych grafik im tam nie zrobili).

I jak pewne mechaniki mi się podobają, to łączenia dwóch kart w jedną (meld) – a razem tych fuzji jest chyba tylko trzy – nie rozumiem kompletnie. Przez to Gisela (fajny art) i Bruna są bardzo spłycone. Jedna taka ciut lepsza vanilla creature, która pewno w jakimś aggro zagra (cena nawet na to wskazuje). Druga zbyt droga do standardu, w EDH może gdzieś zagrzeje miejsce. Ale czy nie można było zrobić czegoś fajniejszego?

Wiem pokazali dopiero 20% kart a ja już narzekam. Grafiki trzymają poziom, choć przez ten emrakulowy fiolet, trochę traci się urok świata. Znajduję tam kilka fajnych kart, takich grywalny, pomysłowych. Ale takie zepsucia Innistradu to Wizardsom nie wybaczę.

Magiczne znudzenie

Chochlikowa liga EDH chyli się ku końcowi, został jeden turniej i na swój sposób się z tego cieszę bo mejdżik się mi przejadł. Smaczny był to czas, ale jeżeli nawet się lubi zupę pomidorową to należy czasem zjeść rosół.

Próbowałem kiedyś dać sobie spokój z MtG, ale doszedłem do wniosku że mnie za bardzo bawi granie by tak po prostu z tego rezygnować. Owszem czasem przychodzi czas zniechęcenia i znudzenia (tak jak teraz), ale nadal to świetna gra. Pierwszym powodem dla którego chciałem rozstać się z tą karcianką była jej strona finansowa. Nowe karty, wydawanie kasy na boostery i ciągłe powiększanie kolekcji i ulepszanie talii zapędziło mnie w kozi róg, z którego chwilę zajęło mi wyplątanie się.

Później przyszła drobna stagnacja. Ludzie przerzucili się na inne gry i prawie nie było z kim grać. W sumie to najlepszy powód by skończyć zabawę z MtG, ale niestety przyplątał się jeden taki losowy gość, co jednak chciał grać i powoli wszystko zaczęło się ponownie rozkręcać.

Po 12 tygodniach grania w turniejach EDH, plus grania okazjonalnie standardu i EDH coraz mniej mam ochotę sięgać po talię. Miarka się przebrała. Znowu marzę o posortowaniu tego co mi leży na półkach, o pozbyciu się karty niepotrzebnych i możliwości zajęcia się czymś innym.

MtG to taka choroba. Człowiek siada przed kartami, talią, komputerem i szuka. Myśli co zmienić, co kupić. Osobiście jestem zwolennikiem zmian całkowitych. Tworzenia całkiem nowych talii. Granie długo jedną staje się zbyt nudne. Tak samo dzieje się gdy w środowisku w którym gram nic się nie zmienia.

Do tego polubiłem ostatnio Veto!. Głupią grę, z brzydkimi grafikami i toną niejasnych zasad, przy której czasem mocno się denerwuję. Dla mnie to dobra odskocznia od EDH, bo tutaj mało kto próbuje się mocno skręcać by wygrywać z innymi.