O Ysie ósmym, kilka słów więcej

Skończyłem, przeszedłem po raz pierwszy, na normalnym poziomie trudności. Skończyło się nie tak smutno jak sądziłem, ale z takim klasycznym fantasy twistem. Teraz pozostaje przejść na najwyższym poziomie trudności i poznać prawdziwe zakończenie.

W pewnym sensie jestem z siebie zadowolony. Z minimalną pomocą zrobiłem 51 z 55 osiągnięć, a tym 55 jest platyna, czyli zbierz pozostałe 54. Sądzę, że byłbym w stanie zrobić je bez pomocy, tylko ciut więcej czasu musiałbym poświęcić na granie, a dokładnie rzecz biorąc łowienie ryb. W tym przypadku pojawia się moja ukochana walka ze szczęściem.

Pozostało mi przejście na wyższym poziomie trudności, znalezienie jednego przedmiotu kluczowego, oraz pokonanie opcjonalnego bossa. Do tego jest jeszcze trochę rzeczy do zrobienia niezwiązanych z trofeami. I pewno biorąc pod uwagę zaległości, na razie zostawię je na zaś.

Zastanawia mnie tylko czemu robić rzeczy w stylu prawdziwego zakończenie. Pewno dowiem się gdy przejdę grę, może różni się ona gdzieś tam dalej, może wtedy uronię jakąś łezkę. Może przestanę się krzywić na to co scenarzyści wymyślili na koniec. Jakoś mnie to śmieszy po prostu. Rozumiem, że opcja taka zwiększa czas spędzony przy grze. Ciut sztucznie, ale ponieważ mnie gra nie męczy chętnie przysiądę i o ile będzie się dało, zrobię lekki speed run. Nie chce mi się czekać na poprawione tłumaczenie.

Jeżeli chodzi o fantasy twista, mam tutaj na myśli, to że w fantasy dzięki magii – potężnym magom, bogom – w prosty sposób można robić rzeczy nie mające żadnej logiki, ot cud, potężny czar etc. Może w tym przypadku nie jest to aż takie coś z niczego, ale gdy obraz znika, postać się budzi gdzieś indziej i wszystko jest w porządku to pozostaje taki niesmak.

Wielki plus daję jeszcze za to, że można grać drużyną trzech dziewczyn. Oczywiście Dana i Laxia mają standardowe zbroje fantasy (w przypadku tej drugiej, ów zbroja jest opcjonalna (8.25 zł), ta podstawowa jest normalna), czyli im mniej zakrywają tym lepiej. A tak po prawdzie to tylko ubrania, czy tam ich brak. A ten plus jest za zgrabne tyłki, na które oczywiście nie zwraca się uwagi podczas grania, ale są bardzo istotnym elementem.

Czas wrócić do Celcety na Vicie. Tylko o czym ona była…

Lacrimosa of Dana

Nie umiem jasno określić Ysa VIII, bo to dość specyficzna gra, w którą gra się przyjemnie, mimo że ameryki nie odkrywa. Ostatnio przemierzam wyspę Isle (chyba tak się ona zwie) i nawalam w przyciski.

Jest barwnie, przyjemnie tylko zbliżający się koniec świata przypomina o tym, że musimy coś z tym zrobić. Apokalipsa tuż za rogiem, więc może lepiej pozwiedzać stare rejony, pozbierać surowce i połowić ryby.

Japoński action RPG pełną gębą. Graficznie, muzycznie czy fabularnie nie powala, ale robi doskonale to co każda gra powinna – pozwala się zrelaksować na kilka godzin. Jak dla mnie wszystko tutaj jest bardzo poprawne, lub ciut ponad to.

Walka, czasem wymagająca, ale na tym normalnym poziomie trudności rzadko się zdarzają problemy. Zagadki zmuszają czasem do myślenia, ale to RPG a nie puzzle by przez pół dnia nie móc pójść dalej. Łowienia ryb chyba się prościej zrobić nie da.

Tylko z czasem robi się tak smutno, wzruszająco i człowiek zastanawia się czy gra tego typu to nie najlepszy sposób by przekazać proste wartości jak przyjaźń, koleżeństwo, współpraca.

Nie skończyłem jeszcze gry, ale czeka mnie przejście na wyższym poziomie trudności by zdobyć platynę. Do tego NIS America przyznało się do kiepskiego tłumaczenia (nie znam na tyle angielskiego by się czepiać) i ma to poprawić. Nie sądzę bym zmienił zdanie, bo stare Ysy były pod wieloma względami podobne.

Zawsze dobre, jak na swoje czasy.

 

 

Milcz i bier mamonę!

Dead or Alive 5 w grudniu tego roku ma otrzymać ostatnie kostiumy. Ostatnie DLC a później zespół ma zająć się czymś innym. Pewno ludzie liczą, że chodzi o Dead or Alive 6, a ja sądzę że na razie będą mocno pracować przy Venus Vacation.

Nie powiem, że nie cieszę się z faktu zakończenia ubierania postaci w Dead or Alive 5. Nie wiem ile to już lat trwało i jak rzadko zdarzało się, że DLC było sensowne. Wiem ile kasy na to poszło i czasem myślę, że gdybym aktywnie grał, to bym więcej pieniędzy wrzucił do skarbca KOEI Tecmo.

Może nie w 100% jestem zadowolony z faktu wydanych pieniędzy, ale tłumaczę sobie (oszukuję się), że na ładne rzeczy zawsze warto wydać. Nawet nie raz przeszło mi przez myśl, że gdy wyjdzie Dead or Alive 6, to ciuszki będę kupował na bieżąco. By ludzie mogli na mnie kląć.

I mimo, że wspominam dobrze stare czasy gdy granie w grę, pięcie się na wyżyny i zwiększanie swych umiejętności wystarczało by zdobywać kolejne pierdołkowate dodatki dla postaci (choć w Edge Master Mode w Soul Bladzie zdobywało się nowe bronie), to czasy się zmieniły.

Teraz myślę jak prosty i prymitywny chłop. Ładny ciuszek dla kogoś – kupuję. Bo tylko Hitomi ma prawo do posiadania szafy wypchanej po brzegi.

Patrząc w przyszło, czekam, oszczędzam, bym kiedyś nie zbankrutował.

I (don’t) love this game

Nowe, tegoroczne NBA 2k ciągle mnie drażni. Jak mogę zrozumieć, że twórczy poczynili pewne zmiany by gra stała się bardziej realistyczna, przez co trudniejsza do opanowania i moje narzekanie jest na swój sposób bezcelowe, to próba grania w trybie kariery to droga przez mękę.

I nie chodzi mi o powolny rozwój mojej postaci. Nawet nie przejmuję się tym, że mógłbym wydać normalną kasę by go przyśpieszyć. Na tym mi nie zależy i mogę powoli, do przodu. Ale nie w taki sposób.

Ktoś wymyślił, że grze ma być jakaś fabuła. Podwórkowy gracz trafia do NBA. Może tak czasem dzieje się naprawdę i może to usprawiedliwia czemu ze mnie takie nic. Przy okazji tworzenia postaci wybiera się ulubioną drużynę i tak też zrobiłem. Na swój sposób trafiło na San Antonio Spurs i jakimś cudem ktoś z organizacji mnie podpatrzył na streetballowym turnieju i zaprosił na trening.

W sumie to teraz myślę że mogłem się obijać i trafić gdzieś indziej. Gram w tym SAS, dostaję coraz więcej minut i rzadko tak naprawdę daje coś drużynie. Żeby było jasne, gdy jestem na parkiecie staram się być oszczędny, grać mądrze i w tzw. rankingu +/- być raczej na plus, lub chociaż na niewielki minus.

I tak chłodno kalkulując, drużyna – SAS – nie zmieniała się zbytnio. Nawet w grze jest statystycznie w pierwszej 10 (na 30), więc zastanawia mnie czemu dobry zespół dostaje łomot od największych leszczy. Phoenix, Chicago, Minnesota. Dobra nie grałem jeszcze z Nets, z Dallas raz wygrałem, raz przegrałem. I pewno niesłusznie nazywam ich leszczami, ale gdy drużyna z czołówki, przegrywa z kimś z dołu tabeli, to ujdzie, ale jeżeli ta przegrana to kilka punktów różnicy. A jeżeli mnie pamięć nie myli (a z reguły myli), to z Phoenix przegrałem 19, czy 20 punktami? Jak, nawet na boisku nie byłem 5 minut.

Boli mnie, że San Antonio, tak dobra drużyna leci w dół. Że przeze mnie Pop będzie miał pierwszy, od 20 lat, sezon w którym jego drużyna przegra więcej niż 32 mecze. Boli to jeszcze bardziej, bo wydaje mi się, że wiele z tych meczy jest ustawionych, by móc opowiedzieć fabułę. Pokazać jak to ochroniarz się do mnie nie odzywa, a tu nagle bum i jest najlepszym kumplem. Jak to pewnego dnia poznaję rapera, który na co dzień czyści parkiet. Jak to mój samozwańczy guru robi sobie żarty – które niestety mnie nie śmieszą.

Ostatnie trzy dni grałem bez dźwięku, by nie słyszeć tych dziwnych konwersacji. Jak chcę grać, rozwijać gościa, cieszyć się nie z tego, że moja drużyna dzięki mnie wygrywa, tylko że jak mnie już wpuszczą to robię postępy. Tona rzeczy, które twórcy zrobili jest może i klimatyczna, ale z czasem staje się strasznie nudna.

Zaczynasz mecz, widzisz jak twój awatar wchodzi do szatni – jakieś 30+ sekund z głowy. Siada na stołku przed swoją szafką, w której ma tylko buty, które może zmienic – kontrakt na buty musi być od razu, przecież nie da się grać boso (a skarpetki non stop te same). Zadumany patrzy w wykładzinę i czeka. I czeka. I jakoś mecz minąć nie może, bo nie wyszedł na parkiet. Naciskasz X, by przejść do meczu. Teraz będzie można coś zrobić by drużyna i tak przegrała.
Kolejna cudowna animacja wybiegania z szatni przez korytarze (kolejne 30 sekund z głowy); trafiasz na boisko. Tam by dostać piłkę i sobie porzucać przed meczem, awatar musi trafić dokładnie za linię rzutów za 3 punkty, dokładnie naprzeciwko kosza – a piłki mogą koło oczu mu przelatywać. 45 sekund rzucania i zaczynamy.

Jak już sobie te 5 minut pobiegasz na boisku – bo więcej na początku nie dadzą, to wracamy. Powrót przez korytarze, smutne/radosne miny. Ziomki odpowiednio reagują, a człowieka szlag trafia. I ta sama historia co mecz, tylko czasem ochroniarz, mopiarz, czy ktoś tam inny mało znaczący będzie chciał coś ciekawego powiedzieć.

A jakby te wszystkie przerywniki olać i zrobić bez fabuły, bez cudowania, ot mecz – trening – klikanie po tablicach (prawie jak przeglądarka, menadżer sportowy), by zawierać kontrakty, zdobywać fanów, gadać z menedżerem o transferze. Ale po co, lepiej udawać że człowiek siedział przy grze wiele godzin. Właśnie, siedział.

Stwierdzam, że miarka się przebrała i w NBA 2k grać będę tylko z kimś. Żadnych MyCareer i tracenia czasu na to by się wkurzać. Lepiej ten czas przeznaczę na oglądanie gołych bab, lub pisanie durnych postów na blogu…

… bo raczej na nic pożytecznego i tak nie wykorzystam.

Czas Zodiaków #2

Jakoś ciężko przychodzi mi wyprodukowanie wpisu o tym jak dobrą grą jest Final Fantasy XII The Zodiac Age. A przecież mógłbym o niej opowiadać w samych superlatywach.

10 lat minęło, gra się niewiele zestarzała. Tak jak wtedy, tak i dziś gra się przyjemnie. Historia jest ciekawa, niektórym może wydawać się błaha. Postacie – nie wszystkie – bardzo barwne, a Balthier to dla mnie jedna z kilku wybitnie wykreowanych postaci w grach wideo.

Przerywniki wyglądają (mimo, że poprawiono im tylko rozdzielczość) lepiej niż w wielu współczesnych grach zachodnich. Oczywiście podczas eksploracji terenu otacza nas pustka, ale to tylko remaster. Owszem, ciut przesadzam, bo projekty lokacji są bogate, choć tutaj najlepiej czuć, że to odgrzewany kotlet (ale jakże pyszny).

Mechanicznie także nic nie zmieniono – choć nie jestem pewien czy nie dodano tutaj trybu 4X. System gambitów, czyli możliwość ustawienia zachowań postaci zależnie od sytuacji, nadal świetnie działa i jeżeli zboczymy z drogi, to wypada i tak wziąć sprawy w swoje ręce – umiejętnie dostosować się do lokacji, poprzestawiać gambity lub je wyłączyć. Opcjonalni bossowie potrafią napsuć krwi – chyba, że przeczyta się w internecie co wypada z nimi zrobić. I mimo, że sporo czasu gry tak naprawdę wychylamy gałkę by iść do przodu a postacie same walczą, to godziny spędzone przed ekranem mijają mile – chyba, że jakiś boss akurat uprzykrza nam życie.

Kiedyś rzekłbym, że nie wiem kiedy przekroczyłem 100 godzin ale dziś ciut większą wagę przywiązuję do upływającego czasu. Przy Final Fantasy XII nie mogę narzekać, że go zmarnowałem, mimo że to już trzeci raz kiedy siadłem do tego tytułu. Tym razem zrobiłem o wiele więcej, choć nadal pozostał niedosyt. Chętnie bym kiedyś wrócił, wykręcić takie 100% jakie jest tylko możliwe, ale dwa lata temu to samo mówiłem o Final Fantasy Type-0.

 

Czas zodiaków #1

Lata temu, przy okazji japońskiej premiery Final Fantasy XII w internecie pojawiały się narzekania odnośnie gry. Wtedy też ktoś w jednej z polskich gazet stwierdził, że Ci co grają nie mają czasu pisać w necie, bo ich gra wciągnęła. Tak więc, po jakiś 40 dniach od premiery Final Fantasy XII The Zodiac Age w końcu mogę siąść i ponarzekać. Gra jest bardzo dobra, ale pozachwycam się nią innym razem, pewno w dużo krótszym poście.

Jedyna rzecz która mnie wkurza to losowość. Lata temu, gry były inne. Jest to remaster japońskiego RPGa, więc wielu rzeczy mogłem się spodziewać. Niestety człowiek ma mniej wolnego czasu, a i ilość hobby się powiększyła. Dziś chciałby walczyć z przeciwnikiem i widzieć, że coś robi źle, niż walczyć z brakiem fuksa.

Parę razy chodziłem tam i z powrotem by skrzynka się pojawiła. Skrzynka skrywająca przedmiot, czy umiejętność którą potrzebowałem. Fajnie że skrzynki z Addle i Witherem mają jakieś 20%-40% na pojawienie się. A jak już się pojawiają to dostajemy w nich to, czego szukamy.

Ale są takie przedmioty, które chciałbym mieć. Niestety gdy czytam, że na pojawienie się skrzynki mam 1% szans, to sobie odpuszczam. I może to nie jedyny sposób by zdobyć Zodiac Speara w tej grze, ale jakoś się nie garnę by chodzić tam i z powrotem przez pół dnia – na razie. Kiedyś była to najlepszą broń w całej grze. Wtedy też wielką głupotą było jej zdobycie, bo wypadało nie otworzyć kilku skrzynek by ta znajdująca się w Nabudis zawierała Zodiac Spear. Była to ciut inna wersja FFXII.

W tej, której The Zodiac Age jest remasterem, czyli International Zodiac Job System, można znaleźć kilka lepszych, niewidzialnych przedmiotów. By je dostać, trzeba mieć naprawdę wielkiego fuksa. Szanse, że się na nie trafi wypadają grubo poniżej 1% – zarówno szansa na pojawienie się skrzynki, jak i to że w tej skrzynce znajdziemy przedmiot który byśmy chcieli.

I tak, jest taki super łuk o nazwie tak dziwnej że spamiętać nie mogę. Łuk jest niewidzialny, więc wpakowano go do niewidzialnej skrzynki w miejscu, w którym człowiek przewinie się raz, może dwa. Dodatkowo nawet może tam nie przebiec, bo w sumie nic tam nie ma. Nie znam dokładnie szans procentowych na pojawienie się niewidzialnej skrzynki i trafienie w niej łuku, ale szansa by ot tak go dostać, przypadkiem, graniczy z cudem. Oczywiście ludzie znaleźli na to sposób, tak śmieszny i dziwny, że tylko grzebiąc w plikach/mając znajomości u twórców można na niego wpaść.

Dodam, że ów łuk zebrałem. Działając dokładnie tak, jak pan z youtube’a mówił. Co prawda zadziałał sposób drugi, czy tam trzeci, bo odliczanie 20 sekund było mało efektywne. Do tego wziąłem super tarczę. Jak?

Zabij bossa. Weź skrzynkę z Excaliburem. Wyjdź, wróć. Jak gra zapiszę auto-save’a, wyłącz grę. Włącz, wczytaj auto-save. Wchodź, wychodź z pomieszczenia, aż pojawi się skrzynka. Gdy się pojawi, nie otwieraj. Uderz się sam 10 razy, nie mając żadnej broni ani tarczy w rękach. Przy 9 powinno pojawić się 4 ciosowe kombo, jeśli tak było to – otwórz skrzynkę, dostaniesz pierdołę, chyba Meteorite. Wyjdź z pomieszczenia, wejdź. Będzie skrzynka, otwórz i… tadam! Gendarme. Tego nie wymyśli normalny człowiek.

I to jedyna rzecz na jaką mogę w tej grze narzekać. Głupie, długie, w sumie często niepotrzebne kombinowanie. Bo przecież grę można przejść i olać zdobywanie platyny.

Ale chcę ją zrobić…

Eee… to może kupię Switcha

E3, targi… sam nie wiem czego. Jakoś za nimi nie przepadam. Przechwałki, marketingowy bełkot i trailery, które budują hype. Jasne, gdzieś tam poza tymi prezentacjami jest możliwość pogrania. Nawet jakbym miał pod nosem i mógł pograć, to sądzę że nadal bym podchodził do tego sceptycznie.

Microsoft same cośtam cośtam exclusive, gdzie głównym bohaterem jest karabin. Nie moja bajka, może poza Ori, ale ten ma być na PC więc może kiedyś. Sony pokazało to co już wszyscy widzieli. Dodali tylko, że większość z tych fajnych gier w 2018 roku się pojawi. Jest na co czekać, ale zawiodłem się ciut, bo nie po to o 3 w nocy wstawałem.

Jedyną grą wartą uwagi, będącą zaskoczeniem i na która trafiłem przypadkiem to Mario + Rabbids Kingdom Battle. Wszystko się sprowadza coraz bardziej do tego by Switcha zakupić. Już jakieś gry do ogrania są, coś w przyszłości ma się pojawić, więc czemu by nie.

Mario + Rabbids to gra z gatunku który lubię. Taka konsolowa strategia turowa z lekkim twistem. Do tego wygląda na zabawną, kolorową i z pomysłem. I jak Rabbids designowo mogą mi się nie podobać, to uroku Mario i spółce nigdy nie odmówię.

I jest najważniejsza postać, czyli Yoshi!

Grindowanie jest złe

Siadam ostatnio do Dragon Quest Heroes II. Tak na godzinę, a może pół. Fabularnie grę skończyłem i chciałem zrobić platynę. Tak jak zrobiłem w przypadku jedynki. Chciałem to słowo klucz. Bo może to nie trudna sztuka, tylko walka z własnym szczęściem, którego raczej nie mam.

Gdy przeglądałem poradniki by dowiedzieć się co jak i gdzie, znalazłem wpis w którym ktoś stwierdził, że zrobienie wszystkiego zajęło mu 157 godzin – niecały tydzień wyjęty z życia.

Raz przechodziłem walkę z własnym szczęściem – w przypadku Grand Kingdom. Tam mi się udało. Zrobiłem platynę, trochę to zajęło i na koniec ciut nerwów kosztowało, ale do końca grało się w miarę przyjemnie, mimo że dość schematycznie. Wszystko wtedy polegało na otrzymaniu jednej rzeczy. Przedmiotu, umiejętności. Już nie pamiętam, wiem że była to ostatnia rzecz, która mnie powstrzymywała od wbicia wszystkich trofeów i trochę czasu spędziłem by ją zdobyć.

Problem z DQHII polega na tym, że bieganie i bicie po tej godzinie się nudzi (choć z czasem, na tą godzinę chce się wrócić), a tak wiele rzeczy trzeba tutaj zrobić tak… na siłę. Kilkanaście broni które może wypadną, może nie. Tona pierdołkowatych przedmiotów, które potrzebne są tylko by zapchać listę w encyklopedii. Do tego nabijanie jakiś statystyk, tylko po to by dostać możliwość wyboru, którego i tak się nie wybierze.

Już przy Final Fantasy VII, trochę się zastanawiałem po co to całe maksowanie, by pokonać jakiegoś über bossa po którym dostaje się dokładnie ten sam przedmiot, który przez dwa tygodnie zdobywało się alternatywną metodą. Wiem, że to wszystko kwestia podejścia do sprawy. Kwestia spojrzenia na to z perspektywy czasu i że jak człowiek był młody i to wolnego czasu mu nie brakowało. Wtedy wyzwania także bawiły.

Czasu dziś dalej 24 godziny na dobę, ale możliwości inne. Zamiast 1 gry, 5. Każdą chciałoby się przejść, pograć trochę i już nie ma kiedy wyciskać wszystkiego do końca. Swego czasu ktoś stwierdził, że w Heroes of Might and Magic III będzie grał jak będzie stary i będzie miał czas. Ja wiele gier ostawiam na później, bo przecież kiedyś skończą się te super nowości. Tylko że kupka ciągle rośnie. Człowiekowi nie zawsze się chce grać. Czasem chce zająć się czymś innym.

Zdarza się że mówię, iż platyna powinna być wyzwaniem. I może to jest wyzwanie. Takie japońskie, mówiące o cierpliwości powolnym dążeniu do celu.

A tego mi brakuje nie tylko przy okazji tej jednej gry…

First Press Early Limited Bonus DLC Post

Dziś gra bez DLC to rzadkość. Zawartość dodatkowa zwykle ma na celu przynieść dodatkowy zysk przy małym koszcie produkcji. I tak grając w Dragon Quest Heroes II doszedłem do kolejnych głupich wniosków, jak można by pewne rzeczy zrobić lepiej.

DQHII dało się nabyć w wersji Explorer’s Edition. Kilka dodatkowych broni, za drobną opłatą. Na początku powiedziałem sobie że to bez sensu, ale później okazało się że wersja łysa jest droższa i – skracając historię – dostałem kod na dodatkowe bronie.

Dostałem w sumie to, czego się spodziewałem. Bronie nic wielkiego nie dają. Każda przyda się przez 5 minut, ma jakąś unikatową właściwość (ot 5% więcej złota po przeciwnikach), ale by później nie męczyć się idąc do przodu szybko zmienia się ją na coś lepszego.

I tak właśnie doszedłem do wniosku, że cyfrowe DLC za zakup gry w dzień premiery, czy też niedługo po niej mogłoby być mniej durne, bardziej zachęcające do wydania pełnej kwoty i sensowniej rozwiązane.

Pomysł jest taki, by ów DLCkowe bronie z czasem się rozwijały, lub dało się je zmodyfikować. Niech nie tylko przez 5% czasu gry będą przydatne. Niech ich statystyki powiększają się wraz z poziomem postaci – czy też od poziomu zależą. Lub niech da się je rozwinąć u jakiegoś… kowala. Nie muszą być one tymi najlepszymi w całej grze, ale niech po kilku godzinach będą dalej tymi, które przy wykonywaniu zadań pobocznych się przydają.

Implementacja takiego systemu nie musi być łatwa. Może być czasochłonna i zawsze kosztuje. Z drugiej strony w Dragon Quest Heroes jest już alchemiczny sposób polepszania akcesoriów. Jakby go tylko rozwinąć na bronie… byłoby po kłopocie.

No cóż, marzenia ściętej głowy.

Muzyka ery zodiaków

Jestem przeciwnikiem HD Remakeów, ale czasem przyjdzie taka gra, z której odświeżenia się cieszę. W przypadku Final Fantasy XII Zodiac Age bardziej się cieszę ze ścieżki dźwiękowej i dziś parę słów o tym jakie to głupie i dlaczego trzeba kupić było. Tak jest, już kupiona mimo że wychodzi w połowie lipca.

Final Fantasy XII Original Sountrack, ten z 2006 roku, był pierwszym albumem jaki sprowadziłem z Japonii. Precyzyjniej ujmując – pierwszy japoński album, który kupiłem za granicą. Wcześniej było parę ścieżek dźwiękowych z gier, wydanych w europie i sprzedawanych w Polsce. Na dodatek FFXIIOST kupiłem z chińskiego sklepu, na szczęście takiego, który handluje oryginałami.

Lecz pomińmy długą genezę zakupu soundtracku z Final Fantasy XII, bo to nie teraz jest najważniejsze. Kluczową rolę pełni tutaj Hitoshiego Sakimoto, mój ulubionego kompozytor – autor dźwięków przygrywających w Ivalice (w sumie każdej gry, osadzonej w tym świecie, także Final Fantasy XII). Kompozycje Sakimoto są bardzo rozbudowane i przez ograniczenia sprzętowe Playstation 2 trzeba było czasem je przycinać. Wsłuchując się w materiał zawarty na soundtracku i porównując go z muzyką w grze, tylko głuchy nie wychwyci różnic. Audiofile będą w obu przypadkach skręcać się z bólu, bo to orkiestra samplowana. I mógłbym bronić, że na tym polega pewna oryginalność i styl Sakimoto i pisać inne głupoty, ale nie zamierzam nikogo przekonywać.

Na przeciw oczekiwaniom wszystkich tych muzycznych purystów (słuchających muzyki z mp3ej) wychodzi Square Enix odświeżając ścieżkę dźwiękową do remake’u Final Fantasy XII. Czasy się zmieniają i to co kiedyś było niemożliwe, a także bardzo nieopłacalne dziś staje się standardem.

Kompozycje Hitoshiego Sakimoto zagrane zostaną przez orkiestrę – taką z krwi i kości. A Square Enix wiedząc jaką popularnością cieszą się ich soundtracki nie zmarnuje okazji i wyda Final Fantasy XII Zodiac Age Original Soundtrack w formie Bluray Audio – stało się to już taką tradycją.

Główną zaletą BRA jest  możliwość uzyskania lepszej jakości dźwięku (24bit/96kHz) niż na płycie CD, jednocześnie mogąc zamknąć się w jednej płycie – nośniku. Moje ucho i tak nie wychwyci różnicy, ale jako wielki fanboy Hitoshiego Sakimoto (i poniekąd FFXII/Ivalice/Matsuno) i tak muszę kupić (co już zrobiłem). Fajną opcją BRA jest także towarzyszące muzyce wideo. Każdy utwór ma swoje obrazki, które ilustrują gdzie odtwarzany utwór znajduje się grze.

Świetna okładka edycji limitowanej. Zwykła, to absolutna pomyłka…

Jest także jedna duża wada takiego wydania. Osobiście by puścić muzykę jako tło – obrazu z reguły nie potrzebuję – muszę trochę kabli przepiąć. A bez obrazu nie da się po płycie nawigować. Chyba że na chybił – trafił, lub po prostu puścimy całą od początku do końca (najbardziej sensowne rozwiązanie). Sam korzystam z PS3/4 i nie mam pojęcia jak sprawa się ma w przypadku stacjonarnych odtwarzaczy Blu-ray. Do tego sądzę, że tego typu sprzęt nie jest aż tak popularny.

I mimo pewnych utrudnień mnie takie wydanie pasuje. Zdaje sobie sprawę że przez dziwny nośnik grono odbiorców się zmniejsza. Nawet jeżeli na płycie dodają pełen komplet mp3ek.

Uszy mam dobre, ale daleko mi do audiofila i to zwykle z tej drugiej opcji korzystam. A od czasu do czasu można trochę się pobawić i puścić BRA.