Proxowa ewolucja

Moje podejście do proxów (czyli zastępników oryginalnych kart, figurek etc.) mocno ewoluuje. Nigdy nie byłem ich zwolennikiem, ale czasem sam ich używam. Karty w drodze, trudno dostępne. Przesyłka kosztuje i jednej karty nie warto zamawiać. Z drugiej strony jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Albo chociaż powinno się.

Dawno, dawno temu

Jak zaczynałem zabawę w MtG to grałem tym co miałem. Nawet nie pomyślałem żeby coś drukować i udawać że “mam kartę”. Piękne czasy kiedy myślałem, że kolekcjonerski aspekt MtG jest rewelacyjny. Czas kiedy w madżiku się zakochałem. I dziś wiem, że było to zauroczenie, które zepsół internet i gracze (aka trejdeży).

Po co zbierać, otwierać i liczyć że wpadnie coś fajnego do talii/kolekcji, jak wszystko można kupić. Z reguły wychodzi taniej niż próba szukania pojedynczych kart. Cały jeden dodatek to zwykle koszt podobny do booster boxa. A jak nietrudno zauważyć, kart rzadkich (MR/R) jest w zestawie więcej niż boosterów w boxie.

Nie wiesz czy to gra dla Ciebie

„Drukuj wszystko jak leci”. Tak powiedziałem kiedyś kumplowi. Co prawda na dzień dzisiejszy ilość proxów w jego talii równa się zero, to pomysł o drukowaniu czego się da, z perspektywy czasu był… w miarę dobry.

Nie da się ukryć, Magic the Gathering to gra droga, nie na polskie warunki (czy też, rzadko kiedy). Jak tu wytłumaczyć nastolatkowi, że ma wydać jakieś 500+ złotych na dobrą talię i wcale nią świata nie zwojuję. Jasne, niektórych stać, ale to wyjątki, albo ludzie którzy poza MtG świat nie widzą (i nie mówię że to źle).

Tak więc kiedy ludzie już w MtG grać nie chcieli a jeden z nich właśnie się zafascynował, pokazałem mu EDH. Dałem pograć starterem i powiedziałem „złóż własne, choćby w pełni sproxowane; przetestuj karty i z czasem kup co potrzebujesz”. Jest to jakaś metoda.

Papierki czy karty, jeden czort!

Sam gdy dziś proxóję, to mam jedną zasadę. Jeżeli karta którą zmieniam papierkiem jest droga, zbyt droga w stosunku do jej przydatności i pałer lewelu, nie proxuję. Bo i tak nie kupię.

Dziś jak widzę w pełni sproxowaną talię, to reaguję alerginiecznie. Może nie powinienem. Może ten jeden raz szukałem kogoś do grania, a teraz już tego nie robię, bo mam z kim grać. Patrzę na to z innej perspektywy. Sam posiadam jeszcze jakieś proxy (przed pisaniem tego tekstu je wycinałem), ale następny deck planuję złożyć bez nich. Chciałbym by wszyscy grali tym co mają.

eSeNeS

Zmarnowałem wczoraj trochę czasu by zobaczyć z czym się je tego instagrama. Zakosiłem tableta by móc założyć konto, a później dowiedziałem się że w sumie to musiałbym zakupić (najlepiej) chytry telefon, że coś tam zrobić.

No nic, jak już straciłem czas by założyć konto, to wypada poszukać czy nie da się tego jakoś obejść. Google przyjacielem każdego internauty, więc spytałem i odpowiedź dostałem. Wrzuciłem fotkę, coś tam dopisałem i jest.

Wiem, czasy sie zmieniają, ludzie nie lubią już czytać i wolą popatrzeć na jakieś zdjęcie. I jak to na studiach mi powiedzieli:

Obraz, wart jest tysiąca słów

Po czym dodali, że wykres wart jest tysiąca obrazów. Tak więc, sądzę że ewolucja mediów społecznościowych pójdzie w kierunku matematycznym.

Nie wiem po co tyle SNSów. Pewno tylko chodzi o to, że jedne się nudzą a drugie na starcie wydają się atrakcyjne – bo inne, wykorzystujące nowe technologie.

Odwlekane porządki

Niedawno nabyłem wersję papierową książki Marcina Borkowskiego. Natchnęło mnie to do napisania posta, którego proces tworzenia był… odwlekany. Tak jak tytułowe porządki i tak jak to o czym dalej.

O boshe, będzie narzekał że żyje

Tak, tak. Właśnie o to chodzi. Popatrzyłem na leżącą książkę na stoliku i poczułem, że tytuł jest jak mój aktualny stan. Wszystko zostawiam na później. Tłumaczę, że mam coś innego do roboty i że jak to się w końcu skończy to będzie lepiej. Wypieram jedno drugim. Motywacja na to pierwsze gdzieś znikła i leży w kolejce.

Zawsze (magicznie) przy pewnych okazjach pojawia się myśl że miałem coś zrobić. Pierwsze z brzegu. WordPress. Ile to ja razy chciałem przerobić stronę Oświęcimskiego Klubu Fantastyki. Pewno tyle samo ile lat istnieje po reaktywacji. Pomysłów tona, ale za każdym razem coś nie styka.

Lutownicę trzeba.

Cholerne karty, gdzie ja je dałem

W Magic the Gathering gram od lat kilku. Z czasem kart zbiera się coraz więcej. Więcej pudełek, więcej szukania. I jakimś cudem, zwykle coś wsiąka. Prób posprzątania, poukładania, posortowania podejmowałem kilka. Bezskutecznie. Nadal przy każdej okazji konstrukcji decku pojawia się ta sama myśl.

Najłatwiej by było najzwyczajniej w świecie je wszystkie wywalić. Problem by znikł. Ale sentymenty na to nie pozwalają.

Plany… nierealne

Ferie z fantastyką się minęły. Mówiłem (sobie), że jak ten cały galimatias się skończy to zrobię to czy tamto. Obiecałem komuś kampanię w D&D. Miała powstać strona na FB poświęcona najwytrwalszemu graczowi MtG jakiego znam. Za figurki się zabrać mam. Znowu ta strona, znowu te karty.

Gdybym przeszukał kłębki pamięci, to pewno bym coś jeszcze znalazł. Nie wspominając jednego z postów wcześniej. Właśnie dlatego nie lubię postanowień noworocznych.

Niemniej jednak, jeżeli się coś zacznie dziać, to wiedz że coś się dzieje

Przysięga Zen

Popatrzyłem na nowe karty wymyślone przez Wizards of the Coast. Zawiodłem się. Przeczytałem artykuł tłumaczący jak postawał znaczek bezkolorowej many. Nie przekonali mnie. Tak więc postanowiłem wyrazić swoją opinię o nadchodzącym Oath of the Gatewatch.

Jedna mała deklaracja wstępna. Nie gram standardu, a limited grywam bardzo rzadko. Karty, które zobaczyłem oceniam z perspektywy moich talii do EDH, oraz sensu użyteczności gdziekolwiek. Nie jestem ekspertem, więc cokolwiek napiszę, to tylko moje amatorskie zdanie.

Colorless shit

Artykuł mówiący o bezkolorowej manie to taki marketingowy tekst, który ma na celu przekonać nas, że to co nam chcą sprzedać jest super! Że kasa, którą wydamy nie pójdzie na marne i będziemy się super bawić. I jak w sumie jestem przekonany że grając w MtG super się będziemy bawić, to jakoś nie kupuję tekstu o sensowności bezkolorowej many. Wmawianie, że kiedyś trzeba było pokazać różnicę pomiędzy bezkolorową i ogólną maną, a ponoć pokazanie tego na przykładzie eldrazich i całej tej pustki to podkreślenie także czym eldrazi są, mnie nie przekonuje. No i co teraz.

Możemy przedrukować tonę lądów, by zmienić 1 na romb. Super mniej roboty dla R&D! Zaoszczędzimy!

O! tak ja to odbieram. Nie wiem, może za bardzo się nastawiłem na to źle. Możę w praniu wyjdzie, że to nawet fajne i nie ma na co narzekać. Ale mnie się to nie widzi i mam nadzieję że na OGW się skończy ta głupia zabawa w szósty “kolor” many.

3/3 white Angel creature token with flying

Tak, tak. To jest bardzo durne. Pewno nikt z tym problemu nie ma, tylko ja. Lubię tokeny dodawane do boosterów. Uważam że to sensowne się nimi posługiwać, a te dwustronne, wymyślone na potrzeby Commandera to już szczyt geniuszu. Ale jak widzę że z Angel 4/4 with flying robią wersję mniejszą to zaczynam się zastanawiać po co? Ok, to jedna karta, nie widzę dla niej użytku u siebie, ale tak czy siak jakoś mnie to wkurzyło (no przesadzam trochę). Uważam że zielony wilk zawsze powienen zostać 2/2, bestia 3/3, anioł 4/4 itp. itd. Czasem zmiany rozumiem, ale jeżeli tylko zmieniają się statystyki to jest… głupie. Tak wiem, głupie, jak moje argumenty.

Przysięgam że jak kumple wpadną to…

Jak zobaczyłem pierwszego Oath of… to wiedziałem że będzie ich więcej. Ktoś się nimi cieszył, ale dla mnie te karty są strasznie mało użyteczne. Widziałem w standardzie talie które miały kilka planeswalkerów, ale chyba nigdy nie widziałem ich wszystkich na raz na stole. Sądzę, że te przysięgi to taki zapychacz boosterów. Ktoś fabularnie pomyślał że to będzie spoko i wsadził do zestawu.

Jakieś dobre słowo by się przydało

Magic to Magic. On chyba zawsze będzie fajny, bo nawet najgorsze zmiany nie są wstanie zepsuć zabawy z gry jaką Magic dostarcza. To co mi w zestawie się podoba, to nowe dwukolorowe, lądy uncommonowe. Do EDH będą jak znalazł. Nowe man-landy. General Tazri, jest tani (w piniondzach) a pozwala stworzyć pięciokolorową talię do EDH. Oraz większość wielekolorowych kart.

Oh! Oh! Oh! It’s magic!

Shin 6?

Ponoć robienie postanowień noworocznych ma jakiś sens. Bo to niby cele do których możemy dążyć. Ponoć najlepiej je robić na początku roku, bo wtedy w ogóle się komuś chce je realizować. Jakiś kołcz mógłby powiedzieć, że postanowienie noworoczne to dalekosiężne plany na najbliższe 12 miesięcy (choć nie wiem czy mógłby tak powiedzieć, bo ja żadnego kołcza nie spotkałem, tak sobie tylko gdybam). A jak to jest naprawdę każdy sam wie.

Od lat mnie pytają i od lat nie robię. Bo to nie ma sensu. Wszystko się po drodze zmiania, człowiek ma lenia i z tego stanu nie wyjdzie ot tak. Pewno, coś tam sobie postanawiam, ale nauczony latami poprzednimi wiem, że i tak mi nie wychodzi.

Lightning Vuitton

Tak, to moje pierwsze niepostanowienie noworoczne. Zawsze przychodzi taka chwila, przy okazji której mówię sobie, że muszę skończyć wszystkie finale trzynastki. Super by było zrozumieć o co tam chodzi, a jeszcze lepiej jakby udało się napisać artykuł o muzyce z serii. Myślę tak od wielu lat, ale co mam poradzić że od niedawna lepiej mi się gra na PS4, niż PS3.

Do tego dochodzi fakt, że jakoś wolę czasem chwycić się za jakąś nowość, nieraz coś bardziej bezmózgiego, niż siedzieć i próbować kumać co się dzieje i kto to L’Cie i Fal’Cie i… te inne lucki. No i jeszcze Trylogia Final Fantasy XIII to nie jedyna gra (gry?), które chciałbym skończyć.

Muramasowa Platyna

Muramasa Rebirth, czy jak ja wolę Oboromuramasa to cudowna gra, w której brakuje mi tylko (pytanie czy faktycznie tylko), trzech trofeów do platyny, oraz kilku aby mieć 100%. Gra posiadająca najlepsze DLC jakie kiedykolwiek kupiłem. Gra z najcudowniejszą muzyką stworzoną ostatnimi laty (ranking osobisty). Gra w którą mega przyjemniej się gra. Chyba że ktoś każe grać na Fury Mode. Ludzie przechodzą, to czemu ja miałbym nie.

I tu pojawia się coś, na co kiedyś bym nie śmiał narzekać. Brak czasu (wolnego). Każdy ma go tyle samo, ale jakoś żal mi siedzieć i próbować non-stop. Muszę skreślić z listy jakieś zainteresowania (np. pisanie durnego bloga), wtedy będę miał więcej chwil na granie (a i może kasy). Tylko, że to takie samo pitolenie jak to o postanowieniach noworocznych, no i wszystkiego mi po trochu żal.

Kupka wstydu

To nie kupka, to wielkie, ogromne, śmierdzące kupsko! Tej nigdy nie zlikwiduję i nawet nie mam zamiaru, ale jak już wcześniej pisałem są takie gry, które warto by było skończyć. Ot Life is Strange. Jakoś nie mogę się podnieść. Chyba zabiły mnie zbyt duże odstępy wydawania odcinków. Uncharted 1-3 – mógłbym zagrać na PS4 (na PS3 też), ale płytę ruszyłem tylko po to by zagrać ß trybu wieloosobowego Uncharted 4 (tak, tak, zmarnowałem czas). Dodatek do Wiedźmina, a także platyna w Wiedźmaku czekają i może sobie poczekają.

Cholewcia, ile czasem bym dał by powrócić do dzieciństwa, kiedy to czas nie był deficytem. Kiedy faktycznie człowiek nie miał co robić.

Czy to nowy rok, czy stary. Czy piszemy 2015 czy 2016, od tego jaką datę zapisujemy nic się zmienia.

Powinienem ruszyć dupę, zanim cały dzionek pójdzie na straty!

Cholerny Magic

Magic the Gathering działa jak narkotyk. Fajna gra, z czasem okazuje się że coraz mocniej wyniszcza portfel. Pewno niewielki procent ludzi staje się jego dilerami, którzy i z grania jak i sprzedawania, czy wymiany kart czerpią korzyści. Ten narkotyk nie każdego chwyta. Niektórzy mocno się mu opierają, ale są tacy którzy uwielbiają otwierać boostery. Chwilka niepewności, emocje i… okazuje się, że to kumpel wyciągnął coś dobrego, coś na co tak bardzo liczyłeś.

Pauper, tani magic!

Taki sobie żebrak. Czyli wariant gry opierający się na używaniu tylko kart powszechnych (common). I tu pojawia się problem, w jakim formacie tego wariantu użyjemy. “Pauper Classic, to nie pauper”, powiedział ostatnio właściciel Flamberga. I miał 200% racji. Całe stwierdzenie zgadza się z tym z czym sam się spotkałem. Pauper Classic to nie tania opcja w mtg.

Bo jak tanio grać w mtg, jak na deck wydaje się ponad 100 zł (cena z którą się spotykałem, za kompletny deck, złożony na podstawie archetypu, gdy dolar kosztował ciut powyżej 3 zł). Owszem da się złożyć coś tańszego, ale często jest to mocno niegrywalne. Szanse ma się wtedy, kiedy przeciwnikowi talia się zatnie (a to przy dobrych deckach nie zdarza się zbyt często). Ktoś powie, “100 zł, ile to dziś warte”. I może mieć trochę racji, w sumie to jednorazowy wydatek.

Pewnym pozornie tańszym wyjściem jest granie Paupera Standard. Na starcie wydamy jakieś 30 zł (czasem może ciut więcej), ale standard to format rotujący i od czasu do czasu musimy wymienić kilka kart – a czasem to może i cały deck. Ktoś powie “tak czy siak z czasem wydam ponad 100 zł aby w to grać” – a i owszem, zgodzę się w 100%, ale…

Według mnie poza gdybaniem czy lepiej raz wydać dużo, czy wydając po trochu wydać sumarycznie więcej, granie formatu rotującego jest lepsze. Mnie pewne rzeczy szybko nudzą, gdy są powtarzalne. MtG trzyma mnie od kilku lat, właśnie dzięki temu że wychodzą nowe karty. Na początku cieszyła mnie gra, zbieranie kart i obrazki. Dziś bym powiedział że jest dokładnie na odwrót. Gram mniej (choć nie tak do końca), masowe zbieractwo także mi przeszło, a grafiki na kartach są coraz lepsze.

Tani magic! To grajmy w EDH!

Największy kryzys przyszedł, kiedy po kliku latach grania w Paupera Classic znudziła się połowa graczy. W końcu coś się odrodziło, ale nie pauper. Czy ten ma szanse odżyć, jak fenix? Nie wiem. Wiem tyle, że jeżeli ktoś nie dysponuje gotówką jako taką, to za mtg nie powinien się brać.

Teraz oświęcimska scena skupiła się na EDH. W ostatnim miesiącu przybyło kilka osób – sam się nawet tego nie spodziewałem. Wielu gra dla zabawy, deckami które nie cudują, ale od czegoś trzeba zacząć. A że EDH to format zaskakujący, to pozornie słaba talia może zaskoczyć.

To taka trochę paranoiczna sprawa. Chcieli grać ludzie tanio, a zaczynają bawić się w taki format, gdzie o tanim graniu mowy nie ma. Oczywiście, wszystko to kwestia umowna i można by bawić się w tanie EDH, ale po co, jak i tak na to się kasę wydaje.
Czytaj dalej Cholerny Magic

Kop w dupę!

Ostatnia aktualizacja na stronie zbiórki na grę zwaną roboczo Project Phoenix informuje, że finalny produkt będzie gotowy na początku 2018 roku. Później jeszcze tylko pół roku testów i… No właśnie chyba już nic.

Chcemy zrobić grę, tylko nie mamy na to pieniędzy

Więc w sumie to czemu nie poprosić o to ludzi. Project Phoenix wymyślił sobie wiele rzeczy sprytnie. Bardzo dobrze przeprowadzona zbiórka, nie da się ukryć – znane nazwiska, jakiś pomysł na grę (trochę pojechali na sentymentach ludzi). Wszystko cacy. Kasa spłynęła i coś tam robili (ponoć). Z czasem okazało się, że brakuje im programisty i w sumie to gra jako taka nie jest nawet zaczęta.

Ja rozumiem, że w RPG ważny jest scenariusz. Ładna grafika nie zaszkodzi. Dobrze jak jest jakaś muzyka i dźwięki. Fajnie jak mamy ciekawą mechanikę. Ale jakoś nigdy bym nie pomyślał by tak zaczynać zabawę bez programisty (choć widziałem ludzi chcących tworzyć grupy suberskie, którzy szukali tłumacza/y – proste i jakże oczywiste). Ale jak widać wszystko się da zrobić – można przecież namalować obraz nie mają pędzla (tak jest, sprayem).

Pewno do 2018 roku co jakiś czas pojawi się aktualizacja, która przypominać mi będzie, że jakąś kasę w to włożyłem, ale czy, powiedzmy w 2019 roku będę miał jeszcze jakąkolwiek ochotę w to zagrać – pewno rzucę okiem. Hiroaki Yura stracił w moich oczach trochę – programisty nie ma, a ten sobie figurki do W40k maluje. Oczywiście, żartuję. Niemniej jednak zawiedzony jestem. Nie tylko tą zbiórką.

Oddajcie moje pieniądze!

Mógłbym się rzucać, prosić, grozić. Tak jak to robią niektórzy. Refund please czy jakoś tak. Ale ja od dawna zdawałem sobie sprawę że crowdfunding to nie preorder, czy pożyczka (co najwyżej bezzwrotna). To trochę jak granie w lotka cały czas tymi samymi numerami. Jak się ma lat 20, czy 30 to szóstka cieszy, można się “zabawić”. Ale jak po 30 latach się trafi, to… pewno dalej się człowiek cieszy. Choć krócej – o ile z radości zawału się nie dostanie.

Soczek z jabłek!

Lata temu, gdy w Krakowie zaczepiło mnie dwóch punków (tak mniej więcej wyglądali) jeden z nich rzekł: “może dorzucisz się na soczek z jabłuszek”. Uśmiechnąłem się i rzuciłem im jakimś drobnym – lubię szczerość. Do tego chcieli się podzielić.

Crowdfunding pełną gębą! I to jeszcze przed kickstarterem.

Re Make

Gdy patrzę na żółć wylewającą się z monitora zawartą w wielu komentarzach dotyczących informacji na temat remake’u Final Fantasy VII dochodzę do wniosku, że chyba jestem jedynym człowiekiem na globie którego cieszy to, co Square Enix do tej pory pokazało.

Nie mam zamiaru przytaczać konkretnych wypowiedzi, ani wywoływać osób, ale chcę odnieść się do pewnej ogólnej niechęci ludzi, do tego jak twórcy remake’ują Final Fantasy VII.

Boże?! Co oni z tym zrobili?

Oczekiwanie, że przy pierdylariach poligonów do wykorzystania, cudownej fizyce i super silnikach graficznych, doczekamy się walki gdzie trzy postacie stoją w rzędzie i delikatnie się kołyszą jest idiotyczne (choć z tą fizyką, jakimiś SoftEngine’ami 2.0 (specjalnie dla Tify) i cudami na patyku mogłoby to epicko wyglądać… oczywiście).

Czasy się zmieniają i trzeba pewne rzeczy robić inaczej. Ludzie którzy grali w słynną siódemkę mają dziś po 25+ lat (w końcu sama gra już jest pełnoletnia). Trzeba znaleźć potencjalnych nowych odbiorców tego klasyka, bo wielu z tych którzy FFVII ograli, po nią już nie wróci.

Biorę jeszcze pod uwagę fakt, że najgłośniej krzyczą Ci (i chyba tylko oni krzyczą), którzy są przeciwni zmianom. Do tego wydawać się może, że jest ich tak wiele, a to nieprawda – bo czym jest 100, czy 1000 osób przy założeniu że gra musi (!) sprzedać się w kilku milionach egzemplarzy.

Ci krzyczący fani najbardziej muszą zrozumieć, że nie można tej samej gry tak samo odebrać dziś. Grafika była dostosowana do czasów – powiedzmy, że na swój sposób umowna. Wyobraźnia dopowiadała sobie drugą połowę tego, czego kiedyś pokazać się nie dało.

Jak Cloud będzie wyglądać przebrany za kobietę? Jak delfin będzie wyrzucać Clouda na rusztowanie? Takie rzeczy przez nierealną grafikę, pewną śmieszność gestów, zachowań itp. były wtedy świetne.

Już wtedy się śmiano z miecza Chmurka, czy długiej “kosy” Sephirota (gdzie on ją chował; a może smarował nią chleb). Tylko, że 20 lat temu takie rzeczy przechodziły, bo nic nie wydawało się realne. Tak więc czy realne jest to, że kilku żołnierzy Shin-Ra, czy potworów będzie stało vis a vis naszych śmiałków i czekało na swoją kolej – aż im się pasek naładuje?

Na razie tak naprawdę niewiele wiemy o nowym systemie walki. Ktoś tam dopatrzył się ładującego paska na dole ekranu. Twórcy wspomnieli o połączeniu ATB z walką w czasie rzeczywistym. Walka zręcznościowa (patrz Kingdom Hearts, Final Fantasty Type-0), sprawia że bardziej czujemy iż gramy. Więcej robimy, mocniej się angażujemy – działamy. Wiele “klasycznych” Finali w pewnym momencie zamieniało się w nawalanie iksa. Atak, atak, atak, atak, atak, atak. Kto patrzył na ATB? Naciskał X (oczywiście mowa tutaj o PSXowej wersji gier), aby odpalić atak tylko jak przyszła kolej jednego z bohaterów. Z czasem ilość walk wymagających jakiegokolwiek zaangażowania malała. X, X, X, X, X… Cure? Nie, przeżyję! X!.

W kawałakach? To co DLC będą? Każda płytę trzebą będzie osobno?

Oj, teraz ja poleciałem z koksem, mnie może to też się nie podoba, ale czy to znaczy że robią źle i są pierwsi którzy chcą wyciągnąć kasę na jednej grze? Zresztą nikt nie powiedział, że jak dojdziemy do dawnego końca pierwszej płyty. Tej pewnej pamiętnej sceny z Forgotten City (tak to się zwało?), cały nastrój legnie przez wielki komunikat.

If you want to know how the story goes furter please buy second chapter for only €59.99.

Press X to proceed to Playstation Store

Square Enix próbuje to jakoś tłumaczyć, a ja sądzę że chcą podejść trochę mocniej postawić na make niż re (wiem, sam się oszukuję). Chcą dorobić do historii pewne wątki poboczne. W końcu powstało kilka gier w tym uniwersum – Crisis Core, Dirge of Cerberus – więc czemu by tak nie zrobić historii powstania Avalanche, wpleść w to historię Barreta, tego jak trafił na Tifę – duży DLC/osobna gra. Opowiedzieć coś więcej o Yuffie – mały DLC. A może nawet przetrawić od początku wspomniane wcześniej gry i stworzyć coś na kształt Trylogii Final Fantasy XIII.

Nie wiem czy warto – czy jest czego – się bać. Wypada tylko wyczekiwać tego co pokaże przyszłość a na koniec pokazać swoje zdanie wydając lub nie pieniądze na grę.

Ja bardzo się cieszę na wygląd (ok, Barret coś schudł), na bardziej zręcznościową walkę – Final Fantasy Type-0 to jedna z niewielu gier, którą ostatnio bardzo miło wspominam i myślę że kiedyś do niej wrócę. Pewno kupię, bo jestem takim sobie fanbojem. I myślę, że tak samo bym krzyczał jakbym zobaczył że masakrują Final Fantasy Tactics czy Vagrant Story. Tylko starałbym się nie robić tego publicznie lub ewentualnie poczekać, aż gra wyjdzie.