Hype i marazm?

Czy też odwrotnie. Wygrzebałem stary wpis, bo tych szkiców leży sporo i postanowiłem wypełnić pole treści. Z jednej strony jakoś ostatnio pisanie mi nie idzie, z drugiej jak tak siadłem, to czuję potrzebę rozruszania palców. Bo na Monster Hunterze pracują trochę inaczej.

Tak więc gdzieś po kolei. Monster Hunter najwięcej czasu mi zabiera. Świetnie się gra i pewno by się lepiej grało, gdyby tak poza koleżkotem można było pobiegać ze znajomymi. Niestety wielu z nich należy do rasy panów i muszą jeszcze czekać tak z pół roku. Do tego wyszło Into the Breach. Świetny roguelike, który już w pierwszej misji śmiał pokazać mi napis GAME OVER. Tak więc jak nie poluję na potwory, staram się zabijać kosmitów. Choć nie bronić ludzi przed nimi, czasem skutecznie odpychając od budynków.

Pomiędzy MHW i ItB siadam by trochę poukładać sobie sesję Dungeons & Dragons. Takie krążenie po lochach, bicie potworów i zbieranie skarbów. Jakoś czasem nie potrafię odmówić gdy mnie proszą. W szczególności teraz, gdy po Maratonie eRPeGowym mam wzmożone chęci. Tworzenie nie idzie zbyt wybitnie, pewno jak zwykle obudzę się z ręką w nocniku i nie będę w 100% zadowolony.

A reszta leży. Kompletny brak chęci. Tyle roboty, a tak mało czasu. Tylko jakby nie patrzeć tyle w sufit.

This are voyages…

Kolejna edycja eRPeGowego Maratonu za mną, czy też nami. Tym razem pokusiłem się o małą odmianę i postanowiłem poprowadzić jakieś scifi. Choć Star Trek Adventures może do końca czystym sience fiction nie jest, to chodziło głównie o odskocznie od fantasy lochów. Dla mnie i dla graczy.

Gdy zadeklaruję, że coś zrobię to w zwyczaju mam tego się trzymać. Chęci na prowadzenie z czasem malały a na koniec została mi tylko nadzieją, że nie będzie chętnych na granie. W końcu chętni się zjawili, oczywiście niewiele wiedzieli o uniwersum, co w sumie wiele nie przeszkadzało. Grunt, że byli otwarci na pomysły, dociekliwi i chętni do kombinowania.

Dawno jako mistrz gry się tak dobrze nie bawiłem. Zasługa graczy, tych co kombinowali dobrze i tych co starali się przekombinować. Gdy inżynier postanowił rozłożyć łazik (z założenia taki duży, mogący przewieść kilka osób, trochę dużego sprzętu), by ponownie złożyć go przeniesieniu części za most, przez który nie byłby wstanie przyjechać miałem łzy w oczach.

Z drugiej strony się mogę się mu nie dziwić. Ja w końcu wiem co będzie dalej. On stara się kombinować by do samego końca mieć potrzebny sprzęt. Niemniej jednak sesja zachęciła mnie by na kolejny maraton, pomyśleć nad kolejnymi przygodami tam gdzie nie dotarł żaden człowiek.

Choć, może raczej tam gdzie dotarł, bo na jakiejś stacji kosmicznej.

Polowania czas

Dawno, dawno temu na trochę innym Playstation, polowałem na potwory. Było, ciężko, schematycznie i tak naprawdę nigdy nie doszedłem do końca. Wciągająca i wkurzająca rozrywka. Teraz po latach Monster Hunter wraca na konsolę Sony i dzięki temu ponownie mogę spróbować swoich sił.

I znowu wciągnęło. Może nie tak samo jak 10 lat temu wersja na Playstation Portable ale raczej nie ze względu na grę tylko na człowieka. Wszystko tutaj gra. Nawet poziom trudności jest jakiś taki inny. Nie pamiętam dobrze jak to było kiedyś, ale Palico (czy też Koleżkot) dużo ułatwiają sprawę. A może po prostu jeszcze nie spotkałem tych wielkich, złych i trudnych przeciwników.

Choć to też nie do końca prawda. Rathian i Rathalos już gdzieś tam latają. Kirin też gdzieś się kręci – choć tylko widziałem, że mam takowe zadanie. Rathalos swego czasu zabił mnie dwoma ciosami, ale był tylko przelotem a ja wcale na niego nie polowałem – wtedy. A dziś zabrałem się za quest ubicia Rathianki (bo to chyba samica). I nie wiem czy się cieszyć czy płakać, ale poszło jakoś tak w miarę łatwo.

Więcej czasu zajęło mi jej znalezienie niż pokonanie. Te 10 sekund powyżej to tylko fanfary po wykonanym zadaniu. Ku memu zdziwieniu (napiszę to po raz n-ty) bardzo prostym zadaniu. Może obniżenie poziomu trudności to sposób na przyciągnięcie większej ilości osób, albo mi się tylko wydaje.

Pewno wszystko to wina zmieniających się czasów i wymagań graczy. A może tego, że Nioh nauczył mnie cierpliwości. W Monster Huntera gra się świetnie. Na razie staram się robić krótkie sesje – bo oczy bolą po zmianie monitora. Do tego jakoś nie mogę przekonać się do grania online, mimo że na każdym kroku gra mnie do tego zachęca.

Nie wiem czy starczy mi cierpliwości na ubicie wszystkiego. Czy zanim skończę fabułę nie rzucę grą w kąt. I mimo, że znam takich co mówią, że to taka gra do której wraca się na questa lub dwa od czasu do czasu to ja jakoś nie potrafię grać w trzy gry na przemian – chyba że mowa o konsoli przenośnej i stacjonarnej.

Niemniej jednak, polowanie niech trwa.

Czego nauczyłem się dzięki Infinity

Trochę trwało, ale w końcu się udało poruszać figurkami po stole. Właśnie, poruszać, porzucać kostkami, pogdybać. A później doszedłem do wniosku, że miły zestaw dla dwóch graczy i że maluje się fajnie, ale później to już tylko woda z mózgu. Choć faktycznie, takowy trzeba mieć, by woda się zrobiła.

Odkryłem (na nowo), że malowanie może być relaksujące. Gdy wszystko się dobrze skleja, gdy zgrabne tyłki kobitek maluje się pędzlem i nawet jeżeli całość nie wychodzi tak jakby się o tym marzyło, to malowanie figurek jest przyjemną sprawą. Chyba, że okazuje się że ręka nie schodzi się z tułowiem, że te antenki co się do głowy przyczepia jednak wypada jakoś dziwnie założyć, lub w ogóle tego nie robić. Wypadkowa jest taka, że 90% czasu to przyjemność, 10% to rzucanie mięsem. Finalny efekt niezadowalający, ale nie od razu Rzym zbudowano i łudzę się, że w przyszłości będzie coraz lepiej.

Następnie utwierdziłem się w przekonaniu, że przyswajanie zasad i ich próba wytłumaczenie innym to drogą przez mękę. Przynajmniej dla mnie. Do tego okazało się, że zestaw szybkich zasad, który dodawany jest do Operation Icestorm, to uproszczona wersja tego co w podręczniku z zasadami można znaleźć. Nie wszystko jest takie jasne i gra zaczyna się robić dziwna. Gdy już później siadłem, by przeczytać zasady ich ogrom mnie przytoczył. A jak sobie uświadomiłem, że jestem jedynym, który próbuje je pojąć i nie będzie komu ich zweryfikować.

Wszystko to sprawiło, że wiem czemu nigdy wcześniej nie zgrałem w grę figurkową/bitewną. Teraz mam ciut więcej motywacji, lecz zbyt wiele rzeczy dookoła mnie skutecznie od tego odciąga.

e-dziewczyny w e-bikini #13

Nowy strój dla Ayane, która jakby nie było nie dołączyła do mojego haremu w Dead or Alive Xtreme Venus Vacation, kusi by ponownie zacząć grindować VC do gaczczy (czy jakkolwiek to się odmienia). I właśnie tych kilka magicznych słów grind, gatcha, VC sprawia, że klikanie straciło dla mnie sens.

Ba, nawet dziś uruchomiłem DoAXVV. Dostałem jakiś bonus, kilka VC za majtańca i spróbowałem swojego szczęścia, a może raczej nieszczęścia. Wróżkowa Ayane nie dołączyła do składu. Ale co się dziwić, przecież nie chodzi o to by komuś coś tak po prostu dać.

Właśnie cała losowość w tej grze to rzecz która najbardziej może zniechęcić. W sumie to nikt nigdy nie ukrywał, że szanse na otrzymanie stroju SSR wynoszą poniżej 1%, a ja pewno mam ich kilka. Tylko zwykle nie te które człowiek by chciał.

Dawno temu wysnułem taką teorię (spiskową), że jak nie wyda się normalnej kasy w grze free to play, to gra sprawia, że górka pod którą brniemy staje się coraz bardziej stroma. Taki system pewno w miarę łatwo stworzyć i nie trzeba nikomu o tym mówić, a Ci co bardziej sfrustrowani – i bardzo chcący – w końcu wydadzą gotówkę.

I dochodzę w ten sposób do prostego wniosku. Może poza tą całą gaczczą pozwolić ludziom wszystko kupić za kasę, normalne, zwyczajne jeny. Nie wiem czy to nie byłoby lepsze.

A ja, jak znam siebie już kilka razy bym się pozbył trochę gotówki.

Czekając na Monster Huntera

Dziś, może jutro. Kto to wie kiedy dojdzie. Ostatnio coraz bardziej zawodzę się na wszelkich spedytorach. Może powoli budzą się w nowym roku, a może tak bardzo zeszli z ceny, że teraz się odkopać z ilościami nie mogą. Jak na razie to tylko kurierzy z krwi i kości są jeszcze oki.

Czekając na Monster Huntera, odłożyłem Zeldę. Gdzieś mnie zmęczyła. Wiele tam wspaniałych rzeczy, świetnie się gra(ło) i myślę, że wrócę, ale z różnymi rzeczami myślałem a później to się kończyło jak zwykle. Nie przekreślam Breath of the Wild bo to naprawdę świetna gra. Podejrzewam, że powinienem był skupić się bardziej na misjach fabularnych i dążyć do końca. Może jest później jakaś możliwość cofnięcia się do ostatniego save’a, lub grania w świecie bez Ganona.

Po drodze rzuciłem też DoAXVV. Przestało dla mnie mieć to sens. Po tym jak wyrzuciłem 12500 VC na Hitomiową gatczę i nie dostałem nic wartego uwagi, stwierdziłem że podziękuję. Dla mnie te kilka miesięcy to czas gdy taka jakby przeglądarkowa gra free to play kończy żywot. Może gdyby ktoś wymyślił trochę inny system zdobywania ciuchów, który nagradzałby po prostu granie, dalej bym codziennie siadał na chwilę albo dwie.

Gdzieś tam jeszcze próbuję bawić się betą MTGAreny. Jak już tym rzucę to może coś więcej napiszę – a jestem niedaleki od przejścia w tryb spoczynku. Magic to świetna gra, dobrze przeniesiona na komputer broni się tym czy wersja papierowa. Choć mam wrażenie, że w wersji papierowej mam mniej szczęścia niż w tej cyfrowej.

Teraz czeka mnie jeszcze wymyślenie jakiejś sesji, nauka jakiegoś dziwnego systemu, oraz dowiedzenie się o co chodzi w Infinity. Boję się tylko, że Monster Hunter zepsuje wszystkie plany.

Ale to może dobrze…

e-dziewczyny w e-bikini #12

Sam sobie się dziwię, że jeszcze w to klikam i czuję, że wpis nr 12, powstaje tylko pod pretekstem pokazania kolejnego obrazka Hitomi.

I pewno nie powinienem już pisać dalej, bo krótki wstęp i wyciągnięta na ziemi laska powinna wystarczyć, ale jest taka jedna rzecz która chodzi mi po głowie od bardzo dawna. W sumie przyszła do niej, gdy twórcy postanowili zrobić Christmas Event i dać możliwość wylosowania mikołajowego kostiumu – raczej mało kąpielowego.

I nie żebym miał coś przeciwko przebierankom, fetyszom i pobudzaniu wyobraźni. Może to jedna z tych rzeczy, które przyciągają mnie do Dead or Alive – nie tylko tych extreme, tylko jakoś chciałbym (życzenia, marzenia) by nie zmuszać kobitek do biegania w futrze po plaży.

Tak samo syrenowy strój, w wersji SR (super rare, bo szczęścia na SSR mi brakuje widnieje jako obrazek wpisu) ma wiele wizualnych zalet, ale czy w tym da się grać w siatkówkę. Wiadomo tło – plaża, basen – siatkówka to tylko dodatki do tego by popatrzeć na Hitomi.

Choć ja już sam nie wiem, czy tylko nie klikam w opcje i na nic tam nie patrzę.

NMW #2: RIX Prerelease

Jestem zadowolony. Zresztą zwykle dobrze się bawię podczas prereleasu. Czasem lepiej a czasem lepsiej. Ponieważ prerelease Rivals of Ixalan był dla mnie w pewnym sensie przełomowym, postanowiłem napisać o nim 5, czy 10 zdań.

Pierwszy raz odkąd biorę udział w turniejach przedpremierowych zdarzyło mi się wygrać więcej gier, niż ich przegrać. Na cztery gry, przegrałem tylko jedną, a przy tej przegranej miałem tak sympatycznego przeciwnika, że byłem bardziej zadowolony z gry, niż czasem gdy wygrywam.

Dodatkowo pewnym sukcesem jest to, że po otwarciu paczek dość standardowo miałem wielki dylemat co ja mam z tych kart złożyć – co niestety, ostatnio zdarza się coraz. Brak tzw. bomb, dużych stworów chyba coraz mniej drukują (w moich boosterach, bo Ixalanowe dinozaury potrafią gryźć (w sensie mają dużego powera)) i chyba tylko na brak removalu nie mogę narzekać.

Z czasem okazało się, że RIX jak jego prekursor może wygrywać szybko, małymi stworami z dziwnymi umiejętnościami. I tak Goblin Pirat, wyglądający jak małpa, był dla mnie taką commonowa bombą. Oczywiście sam wszystkich gier nie wygrał, ale był dość kluczowym elementem podczas każdej z nich. Do tego dziewczyna szamana, która przyzywa kolegów gdy atakuje. Niby chucherko, ale potrafi zrobić zamieszanie gdy wpada na stół w odpowiednim momencie.

Co tu dużo gdybać. Magicowy rok dobrze się dla mnie zaczął. Nic to nie znaczy, co najwyżej cieszy.

A ten czas leci

Nie robię postanowień noworocznych. Nie lubię, choć jedyny kołcz jakiego słucham stwierdził kiedyś że się powinno, najwyżej nie wyjdą – pewno o tym pisałem. Do tego chciałem by 77 wpis na blogu był jakiś fajny. Nie będzie, bo jakie to ma znaczenie.

Taki niebieski serwis społecznościowy czasem przypomina mi, że kiedyś coś tam napisałem (czasem udostępniłem). Dziś powiedział, że dwa lata temu (plus/minus, bo wspominał nie dokładnie o tym samym, ale prawie) napisałem ostatnią recenzję płyty z muzyką do gry (choć akurat to album z aranżacjami). Piszę recenzję bo wiem, że brak mi wiedzy by móc obiektywnie oceniać i pisząc cokolwiek w tej recenzji wiem, że to bardzo subiektywna opinia.

Słuchając zwykle próbuję znaleźć coś dobrego w płycie, dać się przekonać że warto było wydać pieniądze – tak, sam siebie. Wtedy też miałem świadomość, że może ktoś przeczytać mój wywód więc raczej starałem się nakreślić czego może spodziewać się podczas słuchania i żeby mimo mych pochwalnych/krytycznych słów sam zastanowił się nad wydaniem pieniędzy.

Było to jakieś dwa lata temu. Pojechałem po To Far Away Times: Chrono Trigger & Chrono Cross Arrangement Album i do dziś dnia, od czasu do czasu mówię sobie, że napisałbym kolejną. Czasem nawet wiem czego, ale jakoś nigdy nie mogę się za to zabrać.

Może za kolejne dwa lata.

Oddech dziczy…

To moja pierwsza przygoda z Linkiem. Gra roku 2017 według 80% serwisów. A jak nie gra roku, to taka która plasuje się zwykle w najlepszej 5. Jedna z najlepiej ocenianych gier w historii. A że kupiłem Switcha by grać, a gier zbyt wiele na niego nie ma, to wypadało w końcu kupić The Legend of Zelda: Breath of the Wild, by przekonać się samemu co w niej jest takiego cudownego.

Po 3 godzinach wiele nie mogę powiedzieć. Mam dystans do gier z otwartym światem, bo niby dają swobodę, dużo do robienia ale z czasem człowiek dochodzi do wniosku, że i tak jest mocno ograniczony, że to wszystko pozory. To samo zadanie po raz nasty – no nie dokładnie to samo, ale jaka różnica czy przynoszę grzybki czy ziółka. Wszystko staje się nudne i monotonne.

Słyszałem wiele dobrych słów o Zeldzie. Często powtarzano, że to inne podejście do gier open world, że nie dają nam wszystkiego na tacy i że generalnie jest świetnie. Na razie przyznam, że cieszy mnie eksploracja, zaskakują niektóre rozwiązania. Graficznie jest ślicznie a sterowanie bardzo responsywne, choć jeszcze się w nim gubię.

Czuję się trochę przytłoczony całością, ale dobrze się bawię. Z jednej strony nie chciałbym spędzić setek godzin grając, ale jeżeli będzie to przyjemnie spędzony czas, to co tam.