Przygoda z 2B

Nier Automata ukończone. Wszystkie 26 zakończeń. Platyna zrobiona a save’y skasowane – taki wymóg. I co teraz? I w sumie to nie problem gry, bo można siąść i grać od nowa. Save’y skopiowałem przed końcem i mogę wrócić uzupełnić wszystko co się da do 100%. Ale pytania które stawia przed każdym graczem twór Yoko Taro zostaną nierozwiązane.

Generalnie można by próbować zacząć filozoficzną dyskusję na temat fabuły, bo Taro nie myśli dawać jasnych odpowiedzi. Stara się dać powody do myślenia. Ale jako że mam prosty umysł nie mam zamiaru się nad tym rozwodzić. W zbyt wielkim stopniu. Chcę napisać co w tej grze jest takie fajne. W całkowicie losowej kolejności. Może trochę przydługo.

Continue reading „Przygoda z 2B”

Przygoda z 2B

Ulubione kawałki papieru #1

Są w Magicu takie karty, które może nie są zbyt dobre, ale je lubię. Może nie zawsze się sprawdzają, ale tak w 3 taliach na 5 chętnie je włożę. Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie ten pomysł, a to jakiś sposób by odpocząć trochę od grania i zapchać bazę danych.

Zwykle Wizard of the Coast tworząc kolejny blok, czy dodatek wymyśla sobie jakąś serię. Różnie je łączą, lecz zazwyczaj to 5 (lub więcej) kart, które mają coś wspólnego – część nazwy i podobne działanie. Często zdarza się tak, że jedna z tych kart jest lepsza, bardziej przydatna niż pozostałe (np. Cryptic Command).

Gdy WotC tworzyli i wydawali pierwszy zestaw talii do formatu EDH, stworzyli serię Vow of. Aurę w każdym z pięciu kolorów. Jedną jedną jej cechą wspólną, jest buff o +2/+2 (w przypadku zielonej aury +3/+3) oraz jakiś dodatkowy atrybut.

Generalnie na tym etapie to nic ciekawego. Nigdy nie przepadałem za aurami, bo te częściej znikają niż dają jakiś efekt. Krity z takowymi zostają usunięte jak szybko to się da. A i zwykłe podniesienie statystyk rzadko bardzo zwiększa szanse na wygranie gry.

Ich druga zasada to ta dzięki której stają się bardziej przydatne, zaczynają błyszczeć. Mówi ona, że stworek na który zostaje rzucana aura nie może atakować nas, lub obieżyświatów których kontrolujemy. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie co nam to w ogóle daje, olśnienie przyszło po latach gdy podczas lokalnej ligi EDH, udało mi się skutecznie powstrzymać Kaalię od wrzucania na stół wszelkiej maści upierdliwego ustrojstwa.

Właśnie w EDH Vow ofy przydają się najbardziej, bo tam każda karta która może być użyta na kilka sposobów jest o wiele lepsza niż taka która ma tylko jedno zastosowanie.

I w sumie im dłużej patrzę na tą serię, tym coraz bardziej zdaję sobie sprawę jak przeciętna ona jest i jak mocno od archetypu naszej talii, oraz talii z którymi przyjdzie się nam zmierzyć zależy czy będą one przydatne.

Ulubione kawałki papieru #1

Aż szkoda biegać

Sposób w jaki 2B się porusza sprawia, że nie czasem zastanawiam się czy nie lepiej lekko wychylić gałkę i po prostu iść do przodu. To jak patrzenie na modelkę na wybiegu, tak trochę w zwolnionym tempie.

I tylko świadomość upływającego czasu, które człowiek nie ma zbyt wiele zmusza mnie do wciśnięcia R2 by przyśpieszyć. Niemniej jednak od czasu do czasu, by zaspokoić swe prymitywne ja pozwalam 2B pochodzić. Pięknie, z gracją.

Aż szkoda biegać

Czorny Samuraj

Poprawność polityczna czasem sięga zenitu. Po skończeniu (chyba) – fabularnie – Nioha wędruję jako Czorny Samuraj. Zmieniłem wygląd na jedną z postaci którą spotyka się po drodze. Postać, która wywołała lekki uśmiech na mych ustach i delikatne zdziwienie.

Zdaję sobie sprawę, że Nioh czerpie z historii Japonii tyle ile mu się podoba, dorzucając to co uważa za słuszne. Fabuła jest prosta – jeden zły goniony jest przed dobrego. Zły dobremu coś zabrał a przy okazji całej pogonii ratujemy świat.

I mimo, że Nioh nie fabułą stoi to pojawienie się czarnoskórego samuraja, który mówi prawie perfekcyjnie po Japońsku wywołało u mnie specyficzną reakcję. Może twórcy bali się, że pewien serwis oceni grę źlę, bo brak tam czarnych – specjalnie nie podaję nazwy serwisu bo nie chcę robić reklamy.

Z drugiej strony, ów czarnoskóra postać nie przeszkadza. Bo co to, kolejny przeciwnik na drodze, którego należy pokonać. A czy on jest biały, zielony, różowy czy czarny jakie to ma znaczenie.

Chyba po prostu bije ze mnie ukryty rasista.

Czorny Samuraj

Nier jak Gigi

Nier:Automata zakupiony. Nie załapałem się już na limitowaną edycję, choć w sumie to może i lepiej. Teraz mam jakieś 12 dni na skończenie Nioha. I mogę zacząć bawić się w Gigiego. Chyba, że coś pozmieniają w zachodnim wydaniu gry.

Gigi to anime które w połowie lat 90 XX wieku dało się oglądać w telewizji. Wtedy nikt nie wiedział co to anime i w sumie traktował Japoński serial animowany z włoskim dubbingiem oraz polskim lektorem jako kolejną bajkę dla dzieci. Kluczową rzeczą w całym serialu była obsesja głównego bohatera na punkcie majteczek (białych). Gigi – w oryginale Kappei, ale kto wtedy myślał że ktoś może imię zmienić – biegał po szkole i podpatrywał dziewczęta. Ślinił się na widok majtek. No oczywiście był świetnym sportowcem, ale to bez znaczenia.

Tak więc Gigi gdyby istniał, byłby wniebowzięty grając w nowego Nier’a. 2B, jakkolwiek filozoficznie może brzmieć imię głównej bohaterki, ma to co Gigi lubi najbardziej. Krótką spódniczkę, oraz białe majteczki. Do tego jest zwinna, gibka i walcząc o przetrwanie nie zastanawia się czy czasem nie zaświeci (nie gołym) tyłkiem. 17 letni Gigi dostałby ślinotoku grając – a może by i krew z nosa pociekła. Dla Gigiego zdobycie trofeum polegającego na 10 krotnym zajrzeniu pod spódniczkę nie byłoby problemem. Byłoby to pierwsze zdobyte trofeum w grze, bo dla Gigiego patrzenie pod spódniczkę to chleb powszedni. Tylko, że Gigi nie istnieje a trofeum tak.

Mam takie wrażenie, że majtki w Nierze stały się problemem i tematem dyskusji ważniejszym niż to czy nowa gra Platinium Games jest po prostu dobra. Yoko Taro (twórca gry), zagląda codziennie w internet i się śmieje.

Cytując starego tweeta (tłum. DualShockers)

“About 2B’s butt uproar, a lot of bold pictures have been uploaded. Since it’s troublesome to gather them all, I’d like you to zip them and deliver them weekly.”

można dojść do wniosku, że Taro podjudza tylko do dyskusji, kierując się zasadą nieważne co mówią, ważne by mówili.

Ja coraz bardziej czuję się kupiony. Jak pisałem wcześniej – przez demo – gra mi się spodobała, a im więcej białych majteczek widzę, tym coraz bardziej czuję się zachęcony do zabawy.

Z majtkami będzie jak z fizyką biustu w Dead or Alive 5 – skupiając się na grze, przestaniemy je dostrzegać.

PS. Obrazek w nagłówku ukradziony od Nasu Cosplay’s

Nier jak Gigi

Nauka cierpliwości

Tak ostatnio wygląda moja zabawa z Niohem. W sumie to prawie od samego początku tak wyglądała. Bo Nioh to gra w której nie wypada się śpieszyć. Ewentualnie należy śpieszyć się powoli. Nie żebym się na tym znał, ale pewno trzeba połączyć jakiś jing i jang by coś tam coś.

Grając w Nioha, rzucam mięsem często. A im więcej rzucam, tym… jeszcze więcej rzucam. Umieranie to podstawa. Kwestia tego co z każdej śmierci wyniesiemy. Może wypadałoby przed każdą sesją gry zaparzyć sobie dzbanek melisy i przy każdej kapliczce wypić kilka łyków. Tylko czy melisa nie opóźni naszych reakcji?

Najzwyczajniej w świecie, wypada nauczyć się być cierpliwym. Grać na spokojnie. Do tego przyda się trening refleksu. A im dłużej nad tym myślę, to widzę że coraz bardziej cofamy się w czasie. Kiedyś prawie każda gra wymagała nauki. Po pierwsze, ginąć uczyliśmy się co przed nami. Po drugie, uczyliśmy się pokonywać pewne schematyczne wyzwania. Po trzecie, pady nie były tak wytrzymałe więc tym bardziej należało mieć tony cierpliwości. Choć będąc dzieckiem, człowiek cierpliwość brał z ciekawości i chęci podejmowania wyzwania. A i czas mu mijał inaczej.

Tak więc pomiędzy kolejnymi łacińskim słowami, czerpię przyjemność z poznawania japońskich mitycznych stworzeń. A dokładnie wizji jaką mieli twórcy – pewno w miarę sensownej bo przecież to ich rodzima historia. Owszem, klasyczni przeciwnicy znani z każdej gry z elementami fantasy się zdarzają – szkielety, pająki – ale cała reszta bywa magiczna. Kodamy, cudowne duszki pomagające nam w podróży. Duchowi zwierzęcy towarzysze wspierający nas w boju. Do tego William Adams czyli postać, którą kierujemy macha zgrabnie kataną. Albo dwoma. A i jakaś Fuku się pojawia, pokazując że także magom onmyo zbyt duże ilości ubrania przeszkadzają w czarowaniu.

I tak ostatnio tańczę z przeciwnikami licząc, że to ja pierwsze im nadepnę na stopę. Historia jest prosta. Wykonanie bardzo dobre a przyjemność – poza chwilami kompletnej złości – duża. Ktoś może zarzucić, że były podobne gry ostatnimi laty. Podobne jeżeli chodzi o mechanikę gry. Ale klasyczne fantasty to łykam tylko na sesjach Dungeons & Dragons.

Czyli rzadko…

Nauka cierpliwości

e-dziewczyny w e-bikini #7

Rzekłbym że moja przygoda z Dead or Alive Xtreme 3 kończy się tutaj – choć pewno to nie jest prawdą.

Mógłbym zrobić więcej i pewno jeszcze czasem przysiądę by poskakać na wyspie Zacka. Niemniej jednak w ciągu ostatnich dwóch dni udało mi się osiągnąć jedną z tych rzeczy które chciałem – Hitomi wzięła wszystkie bilety prawie z automatu.

Zaskoczyło mnie to bardziej niż 6 pudeł w lotka. Później przyszedł już tylko zawód, bo w sumie cały trud jaki zafundowała mi losowość tej gry miało wynagrodzić zaledwie kilka, niezbyt smacznych minut. Te 4 filmy z tańcem na rurze pokazują jak bardzo ktoś chciałby z tego zrobić grę erotyczną ale a) nie mógł, b) nie potrafił. A może jedno i drugie na raz.

Bardziej cieszą mnie te sceny na plaży. Niektóre filmy z codziennego odpoczynku wyglądają mniej sztucznie, ciekawiej. Nie mam zamiaru się powtarzać przy tym poście i narzekać na DoAX3, bo z tych 150-160 godzin, tak 60-70% czasu akurat spędziłem miło.

Na koniec postanowiłem nagrać wszystkie sceny z Event Paradise Hitomi w najlepszym stroju jaki dostała i z fryzurą do której przekonałem się już przy okazji Dead or Alive 5 Last Round.

Teraz gdy każde kolejne stroje są coraz głupsze, mniej plażowe i jak to przyszło ostatnio – płatne, będę przypatrywał się z boku. Nadchodzi Nioh, Nier: Automata a i parę starych gier samych się nie przejdzie. Kupka wstydu rośnie i chciałbym ją ciut spowolnić.

Liczę, a może raczej marzę o tym bym w Dead or Alive Xtreme 3 znalazł tak za pół roku coś, co sprawi że siądę do gry znowu i poświęcę jej kilka dni (w sensie sumarycznym godzinowym).

Marzyć zawsze można…

e-dziewczyny w e-bikini #7

e-dziewczyny w e-bikini #6

145 godzin (bez kilku minut). Tyle czasu spędziłem na plaży Zacka. W dziwnym wirtualnym świecie gdzie fizyka płata figle, a cyfrowym dziewczynom nigdy kostium nie spada choć się rozwiązał. Narzekać zawsze można, ale fakt że tyle czasu spędziłem przed tym tytułem dziwi – mnie samego najbardziej.

Od dawna mam taką teorię do płyt CD, albumów które kupuje w ciemno, prawie kompletnie nie wiedząc czego się spodziewać, że za kasę jaką wydałem muszę znaleźć tam coś co mi się spodoba. Może przy Dead or Alive Xtreme 3 sam się oszukuję i ciągle szukam. A może ponieważ to niezobowiązujący tytuł, który można włączyć na chwilę bezmózgiego grania ciągle do niego wracam.

Osiągnąłem 110 – maksymalny – poziom i spytany czy mam coś jeszcze do zrobienia w tej grze odpowiedziałem „gram by sobie na cycki popatrzeć”. Owszem mogę starać się nabić maksymalny poziom każdą z dziewczyn, wypełnić garderobę do rozpuku, ale liczę że z czasem przyjdzie to samo.

Na razie mierzę się z ostatnimi filmami Hitomi. Ja rozumie, że chyba żadna kobieta nie chciałaby dostać takiego zaproszenia, ale czuję że twórcy specjalnie zrobili tak niskie prawdopodobieństwo wzięcia zaproszenia na pole dancing by zarobić na kuponach sprzedawanych w Playstation Store.

I mimo, że złamałem się i kupiłem dodatkowe kostiumy za prawdziwą gotówkę, to na kupony nie zamierzam wydawać kasy – pomijam fakt, że na nie japońskim koncie pewno ich w ogóle nie dostanę.

Chciałbym, by kiedyś powstało Dead or Alive Xtreme 4 i by twórcy włożyli w nie trochę więcej serca/czasu/pieniędzy.

Pomarzyć zawsze można…

つづく

 

e-dziewczyny w e-bikini #6

Aether Revolt nadciąga

Nie piszę dużo o MtG bo się nie znam, ale raz na kwartał jadę do Katowic by pomachać kartonikami przy okazji turnieju przedpremierowego. Wybieram ten bez spiny, bo należę do graczy którzy się chcą bawić a nie osiągnąć cuda.

Pisząc te słowa mam pewne déjà vu. Bo w sumie moje magicowe przygody toczą się od prereleasu do prereleasu – z małymi draftowymi wyskokami. Tak więc, przed takowym zaczyna się moje karciane życie.

I tu naszła mnie taka refleksja. Wszyscy gracze, a w szczególności fanatycy i handlarze ślinią się na prezentację nowych kart, wszędzie pada hasło spoiler i jak w przypadku innych sztuk (artystycznych) spoilery są nie wskazane to tutaj, każdy chce zobaczyć co Wizards of the Coast stworzyło. Twórcy i tak na dwa tygodnie przed premierą oficjalnie pokazują wszystkie karty i zanim je dostaniem do rąk to widzimy czego możemy się spodziewać, więc co to za spoiler. To raczej preview. Zapowiedź dawkowana w kawałkach, czy też budowanie hype’u. Nie spoiler.

Gdyby przyszedł taki dzień, że ktoś by pomyślał aby turniej przedpremierowy robiony był bez pokazywania wcześniej jakichkolwiek kart, to każdy wyciek -grafika, fragment tekstu, kawałek ramki – byłby spoilerem. Zresztą czy to nie byłoby o wiele ciekawsze doświadczenie? Człowiek siada do 6 paczek i musi każdą kartę przeczytać, zrozumieć nowe mechaniki, poszukać synergii. Tak to w sieci jeszcze przed przedpremierą pojawiają się podsumowania, poradniki i cenniki. Jak grać, które karty są dobre i co składać, oraz na czym można zarobić (o zgrozo!).

Internet to zło, tak wiele rzeczy przez niego traci urok. W sumie to ciekawe jak wyglądały turnieje Magic the Gathering, zanim na świecie zapanował powszechny dostęp do informacji.

Aether Revolt nadciąga

Noctis i spółka

Po jakiś 80 godzinach ukończyłem Final Fantasy XV. Kolejne 20 (plus/minus), spędziłem wykonując zadania poboczne. To co zostało, co nie wymagało zbyt wiele kombinowania, czy posiłkowania się internetem – by nie zacząć rzucać padem. Nie zrobiłem jeszcze wszystkiego. Zostawiłem sobie na przyszłość.

Po tych 100 godzinach grania, wiem że kupienie FFXV to dobra inwestycja. Nie narzekałbym na fabułę, która do ambitnych nie należy ale chyba taki znak czasów. Nie zachwalałbym (nazbyt) postaci. Noctis, Prompto, Ignis i Gladolius (pewno gdzieś błąd zrobiłem) są fajni, dobrze dobrani, zgrani, ciekawie stworzeni i pewno każdy chciałby mieć takich przyjaciół. A gdybym miał oceniać cyferkowo byłbym gdzieś pomiędzy polskimi a zagranicznymi serwisami, takie mocne 8/10.

Piętnasty Final Fantasy ma to do siebie, że wciąga. Gdy zaczynamy zabawę czasem myślimy „a to jeszcze jedno polowanie, jeszcze skończę to zadanie”. Chce się zwiedzać, odwiedzać i szukać. To pierwszy Final, który przestaje korzystać z systemu turowego (nieważne czy klasycznego, ATB, czy czegoś bardziej udającego turowy jak w FFXII). Aktywna walka daje sporo przyjemności. Dla mnie wzmacnia uczucie samego grania – aktywnego uczestniczenia w zabawie. Jest efektowna, choć czasem chaos na polu bitwy i praca kamery sprawią, że człowiek rzuci kilkoma przekleństwami.

Do tego fajny świat, klasyczne nawiązania do serii (przeciwnicy, kuraki, Wegde i Biggs). Świetne projekty, czasem frustrujące lochy. Trochę może zawodzi magia, oraz summony. Te mają fajne animacje, efekty, ale używania ich jest dość problematyczne i niekoniecznie zawsze daje najlepszy efekt. Choć prawda jest taka, że każda kolejna gra z serii Final Fantasy proponowało coś nowego w mechanice. Tłumaczyła to fabularnie i tutaj jest tak samo. Nie zawsze wszystko się sprawdzało.

Na koniec jeszcze jeden minus oraz dwa plusy. Minus za angielską wersję Cidney. Zmieniono imię na Cindy, głos niby nie najgorszy, ale akcent jakby z teksasu (nie znam się to się wypowiem) oraz czasem sposób intonacji niekoniecznie mi podszedł. Poza tym Square Enix, mógł pożyczyć soft engine 2.0 od KOEI.

Plusy za Gentianę, oraz Araneę Highwind. Pierwsza chłodna (nie żebym chciał spoilery robić), wyrachowana i tajemnicza. Mało występuje w grze, ale od czasu do czasu pojawia się znienacka na zdjęciach Prompto – i może dlatego zapada w pamięci.

Druga dołącza gościnnie do drużyny i ponoć ma być grywalną postacią w przyszłości. Nazwisko (Highwind) i broń, którą dzierży w dłoniach tworzą jasne i oczywiste nawiązanie do jednego z bohaterów Final Fantasy VII. Sylwetka, wygląd (oczywiście chodzi o biust) i charakter. Same plusy (i kolejny brak soft engine 2.0). Jedyne czego mi brakuje, to fajnego zdjęcia Aranei w Promptowej kolekcji.

Teraz pozostaje czekanie na dodatkowe historie i to co tam te wszystkie DLC przyniosą. Chętnie wrócę pograć dalej…

Noctis i spółka