Noctis i spółka

Po jakiś 80 godzinach ukończyłem Final Fantasy XV. Kolejne 20 (plus/minus), spędziłem wykonując zadania poboczne. To co zostało, co nie wymagało zbyt wiele kombinowania, czy posiłkowania się internetem – by nie zacząć rzucać padem. Nie zrobiłem jeszcze wszystkiego. Zostawiłem sobie na przyszłość.

Po tych 100 godzinach grania, wiem że kupienie FFXV to dobra inwestycja. Nie narzekałbym na fabułę, która do ambitnych nie należy ale chyba taki znak czasów. Nie zachwalałbym (nazbyt) postaci. Noctis, Prompto, Ignis i Gladolius (pewno gdzieś błąd zrobiłem) są fajni, dobrze dobrani, zgrani, ciekawie stworzeni i pewno każdy chciałby mieć takich przyjaciół. A gdybym miał oceniać cyferkowo byłbym gdzieś pomiędzy polskimi a zagranicznymi serwisami, takie mocne 8/10.

Piętnasty Final Fantasy ma to do siebie, że wciąga. Gdy zaczynamy zabawę czasem myślimy „a to jeszcze jedno polowanie, jeszcze skończę to zadanie”. Chce się zwiedzać, odwiedzać i szukać. To pierwszy Final, który przestaje korzystać z systemu turowego (nieważne czy klasycznego, ATB, czy czegoś bardziej udającego turowy jak w FFXII). Aktywna walka daje sporo przyjemności. Dla mnie wzmacnia uczucie samego grania – aktywnego uczestniczenia w zabawie. Jest efektowna, choć czasem chaos na polu bitwy i praca kamery sprawią, że człowiek rzuci kilkoma przekleństwami.

Do tego fajny świat, klasyczne nawiązania do serii (przeciwnicy, kuraki, Wegde i Biggs). Świetne projekty, czasem frustrujące lochy. Trochę może zawodzi magia, oraz summony. Te mają fajne animacje, efekty, ale używania ich jest dość problematyczne i niekoniecznie zawsze daje najlepszy efekt. Choć prawda jest taka, że każda kolejna gra z serii Final Fantasy proponowało coś nowego w mechanice. Tłumaczyła to fabularnie i tutaj jest tak samo. Nie zawsze wszystko się sprawdzało.

Na koniec jeszcze jeden minus oraz dwa plusy. Minus za angielską wersję Cidney. Zmieniono imię na Cindy, głos niby nie najgorszy, ale akcent jakby z teksasu (nie znam się to się wypowiem) oraz czasem sposób intonacji niekoniecznie mi podszedł. Poza tym Square Enix, mógł pożyczyć soft engine 2.0 od KOEI.

Plusy za Gentianę, oraz Araneę Highwind. Pierwsza chłodna (nie żebym chciał spoilery robić), wyrachowana i tajemnicza. Mało występuje w grze, ale od czasu do czasu pojawia się znienacka na zdjęciach Prompto – i może dlatego zapada w pamięci.

Druga dołącza gościnnie do drużyny i ponoć ma być grywalną postacią w przyszłości. Nazwisko (Highwind) i broń, którą dzierży w dłoniach tworzą jasne i oczywiste nawiązanie do jednego z bohaterów Final Fantasy VII. Sylwetka, wygląd (oczywiście chodzi o biust) i charakter. Same plusy (i kolejny brak soft engine 2.0). Jedyne czego mi brakuje, to fajnego zdjęcia Aranei w Promptowej kolekcji.

Teraz pozostaje czekanie na dodatkowe historie i to co tam te wszystkie DLC przyniosą. Chętnie wrócę pograć dalej…

2B or not…

20-30 minut, tyle starczyło mi żeby przekonać się do nowego dziecka Platinium Games. Krótkie demo, chwila gry a taki cud szykuje się na marzec 2017 roku. To także taki pierwszy przebłysk i myśli by zakupić coś takiego co się zowie Playstation 4 Pro (fuj!).

Ostatnio staram się śledzić nagłówki. Rzadko kiedy wczytuję się w newsy na temat gier na które czekam. To taki zbędny hype i może gdybym się wahał czy Nier: Automata będzie grą dobrą, przed premierą zacząłbym drążyć temat, oglądać gameplaye i szukać wylewającego się miodu z ekranu.

Tylko, że część tego miodu już spłynęła przy pierwszych grafikach, przy nazwach/nazwiskach. Platinium Games zrobiło kilka fajnych gier, jedną którą sobie bardzo cenię – Metal Gear Rising Revengance – oraz kilka tych o których słyszałem dobrze rzeczy/leżą w kolejce do ogrania – Vanquish, Transformers DevastationAkihiko Yoshida to jeden z moich ulubionych japońskich grafików. Odpowiedzialny za warstwę wizualną takich gier jak Final Fantasy Tactics (także Advance/A2), Vagrant Story, kilku Final Fantasy (XII, XIV, remaków III, IV), Bravely Defauly. Więc już na starcie Nier ma u mnie wielki plus. A także za protagonistkę, 2B.

Demo samo w sobie pokazało mi, że Platinium bardzo dobrze wie jak robić gry akcji. 2B rusza się cudownie – tak samo jak wygląda. Płynnie, zwinnie, szybko. Czuć, że reaguje na każde naciśnięcie przycisku. Do tego świetny klimat, setting jakie lubię, muzyka cudownie pasuje do całości – pewno i na soundtrack się skuszę.

Biorąc pod uwagę że demo Nioh‚a zajęło mi sporo czasu, przez co się wkręciłem. 30 minut z Nierem sprawiło że śnię i marzę o 2B. A kumple z Final Fantasy XV nie pozwolą mi o sobie zapomnieć (DLC nadchodzą). Rok 2017 zapowiada się naprawdę dobre. Szkoda, że tyle dobroci się na siebie nakłada w stosunkowo krótkim czasie.

A tu za rogiem jeszcze remake Final Fantasy XII.

O co tu chodzi?

Nowy wordpress, nowy styl i nowa zagwozdka.

Kompletnie nie wiem jak zrobić szałowe, zmieniające się tła, takie jak można ujrzeć na filmie prezentującym nowego wordpressa. I mimo, że całą moc przerobową mojego umysłu przekierowuję na granie w Final Fantasy XV, to przez jakiś czas będę próbował rozwiązać zagadkę motywu Twenty Seventeen.

Zapewne absolutnie mi to niepotrzebne i tak zmienię na stary – z czasem, ale źle się czuję z tym że czegoś nie wiem.

Listopadowa nuda.

Przychodzi taki czas w roku, że zaczynam smęcić narzekać i nudzić. Kiedyś brak słońca mi nie przeszkadzał a teraz niestety tak – chodzi o światło, nie o temperaturę. Wziąłem się za oglądanie Star Treka, kupiłem nowe talie do commandera i cały czas myślę nad sesjami DnD. Tylko, że nic co angażuje bardziej niż siedzenie na stołku mi nie wychodzi.

No, dobra zacząłem grać w Trochlighta II. I pewno gdyby nie fakt, że gram z bratem rzuciłbym tym w niebyt. Taki marny klon diablo (tak wiem, zrobiony przez ludzi którzy zrobili tam pierwsze czy drugie Diablo). Czegoś bardzo mi tu brakuje. Fabułę omijam, 90% umiejętności też (taki problem nr 1?). Nie oczekuję od tej gry jakiś wielkiej, ambitnej fabuły czy skomplikowanej i wciągającej (!) mechaniki. Chcę mieć przyjemność z biegania i klikania, a takowej nie dostaję. Nie wiem czemu, może za bardzo przyzwyczaiłem się do grania na padzie i PS4 przy okazji Diablo III.

Odłożyłem Dead or Alive Xtreme 3 na półkę – na razie. I wyczekuję Final Fantasy XV. Mam nadzieję że wciągnie mnie… nie za mocno. Nie będę przy nim usypiał i zmuszał się do skończenia. Zapowiada się obiecująco, bo osobiście wolę walkę w stylu action-rpg niż kilku gości którzy stoją i się im polecenia wydaje. Taki znak czasów. Dziwnie mógłby wyglądać klasyczny japoński RPG z walką turową i realistyczną grafiką – a tak ludzie chcieliby by wyglądał remake FFVII. Niestety. Sentymenty, nostalgia, często nie sprawdza się z nowoczesnymi rozwiązaniami.

Przekonał się o tym mój brat, który nie mógł zdzierżyć archaizmów pierwszego, remasterowanego Resident Evil. Sentymenty pozostają. Niektóre rzeczy może się miło wspomina, ale niestety człowiek wie że w 2016 roku da się wiele rzeczy rozwiązać lepiej. A tak człowiek się męczy, wygina i nudzi. Jestem zwolennikiem nowych gier i mimo że na myśl o Final Fantasy XII HD serce mi szybciej bije, to w bardzo wielu przypadkach mówię remasterom zdecydowane nie. Ale o tym może kiedyś indziej.

Draftując Kaladesh

Przez cztery soboty października siedziałem z innymi dziwakami i grałem magicowe turnieje limited. Otwierałem boostery i próbowałem złożyć taką talię by coś ugrać. Bezskutecznie. Co gorsza w moim odczuciu nie wiem co miałbym zrobić by polepszyć swój wynik następnym razem mimo, że z każdym turniejem zauważałem pewne popełniane przeze mnie błędy.

Po pierwszym drafcie przeglądnąłem różne teksty o tym co z czym łączyć, co brać najpierw. Zawsze przy pierwszej paczce pojawia się ten sam problem. Nie mam rare’owego potworka zabijającego na miejscu, nie wiem w jakie kolory pójść. Nawet jak uda mi się wybrać fajną i dobrą kartę to nadal mam mętlik w głowie. Do tego doszedłem do wniosku, że przez 4 tygodnie nawet nie spojrzałem na czarne karty.

Niebieski nie jest moim kolorem. Nie przepadam za nim, nie wiem jak nim grać, a chyba tylko raz udało mi się go ominąć. Nie wiem czy to zły kolor do draftowania w Kaladeshu. Myślę raczej że problem niebieskiego polega na tym jakiego kompana mu dobierzemy.

Idąc dalej myślami mam wrażenie że wszystkie fajne karty mnie omijają, albo ich nie dostrzegam. Ja rozumiem że dobre artefakty, removal jest każdemu potrzebny, ale jeżeli otwieram paczkę a tam go nie ma to już jestem na straconej pozycji, bo szanse że do mnie trafi są niewielkie. Do tego fixing. Nie żebym go bardzo często potrzebował, ale jak już się pojawia to zwykle z nim przychodzi coś ciekawszego.

Brak doświadczenia i koncentrowanie się na tej jednej karcie którą wyciągam – to chyba moje główne problemy. W którymś drafcie, ktoś rzucił hasłem „muszę zbierać coś za 2 many (…)” i wtedy obudziłem się, że większość – niby fajnych – kart kosztuje 4+. Do tego momentu, mogę być martwy. Draftując nie mam pamięci do tego co, plus/minus zabrałem. Nie myślę „oki, kilka stworków dużych mam, to może zacznę brać to mięso armatnie”. Do tego wydaje mi się że w 90% warto przypadku lepiej wziąć removal niż kolejnego stworka (niby)coś dającego.

Tak samo kiedyś próbowałem uczyć się grać w Dead or Alive 5. Bo nauka na analizie własnych błędów jest najlepsza. Tam mi to nie wyszło a tutaj niestety to trochę kosztuje. Przydałby się taki Time Walk (jak na obrazku posta) i możliwość zagrania od nowa.

e-dziewczyny w e-bikini #5

Skończyłem Odin Sphere. Powinienem zabrać się za kolejną grę która leży na półce nie ruszona – nie wiem którą. A że jesienny czas lenistwa się zaczął dla mnie bardzo wcześnie postanowiłem sobie poczekać na Final Fantasy XV, właśnie do 29 listopada (+/-).

Żeby czas zmarnować trochę bardziej efektywnie, oglądam ludzi grających w MtG – bardzo polecam treści wszelakie z MTGGoldfish – czy też sam sobie trochę funowo draftuję w katowickim Flambergu. A i ostatnio siadłem ponownie do Dead or Alive Xtreme 3.

Strata czasu, ale i myśli nie chodzą w tą stronę co trzeba, więc po co za bardzo kombinować. Jako prymitywny przedstawiciel męskiej części społeczeństwa, który zawsze czuł się mentalnie japońskim otaku, całkiem dobrze spędzam czas przy nudnej grze.

Wiele się nie zmieniło od czasu gdy kończyłem swą pierwszą podróż na wyspie Zacka. Nowe stroje – głównie mało ciekawe i takie których wczasowiczki nie lubią. Pose cardy, czyli zmuszanie dziewczyn do wyginania się w specyficzny sposób. Oraz dodatkowy tryb fotograficzny, wykorzystujący wcześniej wspomniane kartki. Do tego ścianki – jak dla prawdziwych celebrytek.

Wbiłem poziom 60 i dostałem opcje kupienia złotego wachlarza. Podwiewa nie tylko włosy, ale także biust i tyłek. Wygląda to tragicznie… i tyle. Tak naprawdę jedyną rzeczą jaka mnie tam jeszcze ciekawi to time stop. Ale do tego trzeba trochę czasu zmarnować.

I chyba właśnie to robię.

Veto?

Mam parę szkiców, postów nienapisanych. Tematów o których chciałem zawsze wspomnieć, lecz jakoś gdy je zaczynam coś się nie klei (pewno kropelka wyschła). Jeden z nich to tekst o Veto!, Szlacheckiej Grze Karcianej.

Nigdy za nim nie przepadałem, ale zawsze chciałem odmiany od MtG. Chwilowej odskoczni, odmiany, resetu. Akurat Veto! okazało się przy okazji taką grą, która pokazuje jak magic jest genialny i jak dobrze do niego wracać. Mechanicznie spójny, jasny tylko czasem drogi (choć tutaj w każdym epitecie lekko oszukuję).

Veto! często próbowało coś tam od gapić od amerykańskiego hitu. Czasem robiło to dobrze, czasem niekoniecznie. Najśmieszniejsza dla mnie historia to ta gdy pewna karta powszechna była droższa, a co za tym idzie lepsza, bardziej przydatna niż wszelkie rarytasy. Ot taki drobny błąd przy projektowaniu – tak słyszałem, akurat to był okres w którym miałem trochę dłuższą przerwę. Do tego częste erraty, sporadyczne bany.

MtG ma już jakieś ćwierć wieku na karku (zbyt leniwy jestem by pytać googli). Zawsze uważałem, że to dzięki latom twórcy wyrobili sobie sposoby jak nie przesadzić, oraz jak z ewentualnym przesadzeniem sobie radzić. Zdarzają się im błędy, ale rzadko.

Veto! powinno starać się iść jak najdalej od MtG. W pewnych założeniach jest inne i to jest w nim fajne. Nie chodzi o bicie oponenta, tylko o przejęcie pewnej puli punktowej. Tutaj powinni rozwijać pomysły które zwiększałyby interakcję pomiędzy graczami. Zmiany jak zmiany, czasem są dziwne, ale ja jestem zawsze za nimi – gorzej że czasem argumentacja siada.

Veto! może jest często niejasne, nierówne. Zwykle brzydkie – jaki budżet, tacy graficy – ale jest dobrą odskocznią w szczególności, że osoby z którymi od czasu do czasu przychodzi mi grywać, grają na luzie.

Dlatego też coraz bardziej planuję zabrać się za infinity. To dopiero będzie odskocznia od Magica.

Po lamersku, o Kaladeshu

Trochę czasu minęło odkąd po raz ostatni grywałem standard aktywnie. Teraz zacząłem zabawę od nowa, na razie w dość małym – elitarnym – gronie, z budżetowymi taliami. I choć w sumie budżet, budżetowi nierówny, to nawet mnie rotacja mocno dotknęła.

Z jednej strony, Voltaic Brawler, to jedyny fajny Human, którego mógłbym dorzucić do własnej talii. Na dodatek musiałbym dodać już trzeci kolor a na tym straciłaby cała talia. Pomijam już fakt, że zagranie tej karty byłoby bardzo trudne.

Z drugiej, karty przedstawione w Kaladeshu nie dają mi żadnego pomysłu na coś nowego i przy tym taniego. Wiem, że jakkolwiek bym nie zaczął wszystko wskazuje na to że musiałbym bawić się od zera. Tak więc nawet próbując złożyć talię z tanich kart, zdaję sobie sprawę że będę musiał trochę wydać – a chciałem tego uniknąć w szczególności, że jak na razie gramy w dość wąskim.

Takie mam ostatnio wrażenie, że gracze niedzielni mają coraz mniej możliwości zabawy w MtG. Na myśl przychodzą mi tylko tępe aggro, oparte na sensownie złożonej krzywej many, oraz tanim removalu. Gdy szukam budżetowych decków, to te może są tańsze od tych topowych, ale do taniości im daleko.

W końcu to nie „taniuśkie zestawiki kart”, tylko „ciut mniej nadwyrężające budżet”. Gdyby popatrzeć na Kaladesh przez pryzmat innych formatów to pewno znalazłbym tutaj o wiele więcej ciekawych kart, w szczególności gdyby przyszło mi składać talię EDH opartą na Sydri, Galvanic Genius.

Niby pełna gra, a chyba to demo

Oglądając ostatniego pro toura trafiłem na reklamę Magic the Gathering Puzzle Quest. Pomyślałem – ściągnę, spróbuję. I tak też zrobiłem. Nawet się wciągnąłem i grało się przyjemnie, aż ciut się wkurzyłem i odinstalowałem.

MtG:PQ jak każda gra free-to-play, zawiera mikropłatności. Czasem zakupy zmieniają tylko drobne rzeczy typu wygląd postaci, przedmiotów, a nie wpływają na balans gry. Lecz takie gry należą do rzadkości. W końcu najlepiej zarabia się gdy człowiekowi za pieniądze pozwala się kupić przewagę. Kup wirtualną walutę. Im więcej tym lepiej. A jak masz jej dużo to łatwiej będzie ci zdobyć mocne karty. Takie przesłanie mają twórcy tej wersji Puzzle Questa. Chyba…

Wiele z tego rozumiem. Takie czasy nastały i w sumie nikt nie każe nam kupować tej dziwnej waluty. Nikt nie każe nam grać online i próbować walczyć z bogaczami którzy mają przepakowane talie. Choć bardzo szczerze mówiąc, to nie kojarzę by ktoś takową talię miał. A może los mi sprzyjał?

Może zbyt mało grałem online. Skupiłem się na kampanii i zrobieniu czego tylko się da, by w sumie dostać jak najwięcej waluty za którą kupię boostery. Wtedy naszła mnie taka myśl; a jak twórcy dodają algorytm sprawiający, że im dłużej gram nie wydając ani dolara coraz gorzej będzie nam wygrać. W końcu to gra na każdym kroku losowa. Szczęście można zmodyfikować. Słabe, bez użyteczne w tej chwili karty będą dochodzić nam na rękę. Komputera kart nie widzimy, więc te mogą się zmieniać na bieżąco, w zależności od potrzeby. Tak samo można zmodyfikować spadające klocki. Suma summarum – nie płacisz, masz mocno pod górkę.

To tylko głupia teoria, która ma usprawiedliwić mój wrodzony brak szczęścia. Niemniej jednak grę odinstalowałem, gdy po kilku, a może nawet kilkunastu próbach zrobienia jednego questu, poczułem się oszukiwany – komputer wygrywał rzutem na taśmę.

Nie mówię że Magic the Gathering: Puzzle Quest to gra zła. Wciąga. Można zagrać partyjkę albo dwie jak się ma chwilę czasu. Ale model free-to-play zawsze będzie kojarzył mi się ze stwierdzeniem pay-to-win. Niestety.