Czego nauczyłem się dzięki Infinity

Trochę trwało, ale w końcu się udało poruszać figurkami po stole. Właśnie, poruszać, porzucać kostkami, pogdybać. A później doszedłem do wniosku, że miły zestaw dla dwóch graczy i że maluje się fajnie, ale później to już tylko woda z mózgu. Choć faktycznie, takowy trzeba mieć, by woda się zrobiła.

Odkryłem (na nowo), że malowanie może być relaksujące. Gdy wszystko się dobrze skleja, gdy zgrabne tyłki kobitek maluje się pędzlem i nawet jeżeli całość nie wychodzi tak jakby się o tym marzyło, to malowanie figurek jest przyjemną sprawą. Chyba, że okazuje się że ręka nie schodzi się z tułowiem, że te antenki co się do głowy przyczepia jednak wypada jakoś dziwnie założyć, lub w ogóle tego nie robić. Wypadkowa jest taka, że 90% czasu to przyjemność, 10% to rzucanie mięsem. Finalny efekt niezadowalający, ale nie od razu Rzym zbudowano i łudzę się, że w przyszłości będzie coraz lepiej.

Następnie utwierdziłem się w przekonaniu, że przyswajanie zasad i ich próba wytłumaczenie innym to drogą przez mękę. Przynajmniej dla mnie. Do tego okazało się, że zestaw szybkich zasad, który dodawany jest do Operation Icestorm, to uproszczona wersja tego co w podręczniku z zasadami można znaleźć. Nie wszystko jest takie jasne i gra zaczyna się robić dziwna. Gdy już później siadłem, by przeczytać zasady ich ogrom mnie przytoczył. A jak sobie uświadomiłem, że jestem jedynym, który próbuje je pojąć i nie będzie komu ich zweryfikować.

Wszystko to sprawiło, że wiem czemu nigdy wcześniej nie zgrałem w grę figurkową/bitewną. Teraz mam ciut więcej motywacji, lecz zbyt wiele rzeczy dookoła mnie skutecznie od tego odciąga.

Lista życzeń

Gdy po raz kolejny na jednym ze sklepów dodałem sobie coś do wishlisty, doszedłem do wniosku, że ta cała lista to wielka głupota. Gdzie nie popatrzę to takowa się nie zmniejsza, a nawet często jest tak, że z niej nie korzystam, lub korzystam rzadko.

Zwykle sprawa wygląda tak samo. Lista życzeń to taka kupka rzeczy, które bym chciał, ale aktualnie mnie nie stać. Gdy przychodzi czas, że mogę na coś kasę wydać, to zwykle dokładnie w tym samym momencie coś wychodzi. Tak więc nie sięgam po staroć, tylko po nowość.

Przy okazji gdy kupuję, widzę coś innego co bym mógł chcieć. A że dziś, sklepy internetowe stworzone są tak by analizować co kupujemy, przeglądamy i gdzie klikamy, to wchodząc na stronę główną wiedzą co nam podetknąć pod nos.

I tak sobie myślę – fajne, może kiedyś kupię – i dodaję do listy życzeń. Leży, kurzy się. Bywa też tak, że z czasem znika kompletnie ze sklepu, czy też pojawia się taki nieładny napis Out of Print.

Wtedy człowiek dochodzi do wniosku, że mógł kupić stare zamiast kupować to nowe. Ale jakoś nigdy nie uczy się na błędach. Czasem czuję się jak trener pokemonów, który zbiera także znaczki oraz monety i także chce je mieć wszystkie.

Tylko mało co do pokeballa wsadzę.

Owijając w bawełnę #2

Czas. Precyzyjny pomiar sprawia, że minuta to minuta, ale czasem się dłuży, czasem leci zbyt szybko. Raz chcemy by coś już się skończyło, innym chcielibyśmy by trwało wiecznie.

Jakoś tak niektórzy uparli się, by ich twór trwał co najmniej 2 godziny. Dziś często trwa więcej. 150-180 minut staje się normą. I gdy tak podziwiasz te dwie godziny lub więcej, zwykle się nudzisz, chłoniesz po kawałku.

A gdy już wchłoniesz to masz to uczucie, że mogło być krócej. Że nigdy nie byłeś reżyserem/montażystą/scenarzystą, ale znalazłbyś sposoby by uciąć kilkanaście minut. Czasem nawet ciachnąłbyś połowę. Myślisz, wtedy byłoby super.

Chwytasz się kolejnego dzieła. Oglądasz. Znowu przerywasz w połowie i mówisz, że wrócisz dnia kolejnego. Historia prosta, powtarza się do chwili gdy trafisz na takie dwie godziny gdzie mimo dłużyzn i monotonii siedzisz z przyjemnością i stwierdzasz, że było warto. Ba nawet spędziłbyś kolejne dwie godziny.

Ale takie rzeczy zdarzają się rzadko.

Owijając w bawełnę #1

Mam taki nałóg. Skośnooki, niski i zwykle płaski. Czasem owinięty w bawełnę, czasem bez niej. Niestety jak każdy nałóg i ten kosztuje. A jak przystało na skośne rzeczy, te są drogie.

No i tak później wszystko sprowadza się do myślenia, które nigdy nie daje dobrego rezultatu. Czy mi to potrzebne, czy aby warto aż tyle zapłacić.

Zwykle uważam, że za dobre rzeczy warto płacić, czasem nawet niemałe pieniądze. Do tego, wolę płacić tam gdzie należy a nie myśleć, że wspieram kapitana z opaską na oku i jego załogę.

Do tego dochodzi lenistwo. Jasne, że pewnych rzeczy nie potrzebuję 24 godziny na dobę, ale czasem jak mam ochotę rzucić okiem, skorzystać to wolę zrobić to szybko, bez problemów, nerwów i tracąc czas.

Tylko gdy ma człowiek tak wiele potrzeb, często odwrotnie proporcjonalnie do zasobów, zaczyna myśleć, wartościować i tak mijają mu całe dnie.

I nigdy do sensownych wniosków nie dochodzi.

WordPress, Jetpack, hosting.

Przyszło mi ostatnio zarzucać na nowo wordpressa. Stary, porzucony pomysł, który po przeanalizowaniu wszystkich mediów społecznościowych wydaje się jedynym słusznym rozwiązaniem. Tak więc nowa instalacja wordpressa, jetpack i poszukiwanie motywu. I jak pierwszy krok i trzeci jakoś przeszły, drugi dał mi ciut do myślenia.

Jetpack, to taki plugin moloch. Daje różne bajery, a że było ich wiele, bywały ciekawe, to od dawna zarzucałem i się cieszyłem że jest. Od dłuższego czasu bywały też z jetpackiem problemy. Aby uzyskać kompletną funkcjonalność pluginu, wypada połączyć go z kontem na wordpress.com. Daje trochę bajerów, takich działających w tle, więc człowiek tak do końca nie jest pewien co mu to daje, ale jak dają to się cieszy.

I tu się pojawił problem. W skrócie, połączenie wymaga dostępu do pewnego pliku na serwerze z zewnątrz. WordPress jest na tyle popularny, że hakierzy próbują się dobić to tego pliku i mój usługodawca hostingowy po jakiejś tam akcji postanowił się zabezpieczyć i zablokować do niego dostęp.

Do niedawna wszystko byłoby w porządku, bo jetpack się łączył, uruchamiał i może nie działał w 100% tak jak powinien – choć tego nie wiedziałem, bo jak pisałem wcześniej to takie bajery działające niewidocznie – to kilka funkcji, które tu i tam używam działały. Lecz po aktualizacji do wersji 5.0 (chyba) jak się nie podłączy, to się nie włączy. I koniec.

Zacząłem poszukiwania by stwierdzić czy da się to jakoś ominąć. Owszem znalazłem, działało ale nie dawało mi spokoju to rozwiązanie. Daje ono dostęp do wspominanego pliku wszystkiemu, a to nie jest zbyt rozważne. Niby jakiś dodatek coś tam blokuje, ale że moja wiedza jest taka mikra, spróbowałem, ale na dłuższą metę wolę nie ryzykować.

Analizując wszystko doszedłem do wniosku, że wypada zrezygnować z jetpacka. Po pierwsze przeglądnąłem ustawienia. Czuję że bez tych bajerów przyśpieszających (aby na pewno) i kilku upiększaczy się obejdę, lub znajdę jakiś zamiennik. Po drugie wolę nie zadzierać z firmą hostującą. Nie płacę dużo a dostaję tyle ile potrzebuję – w tej chwili.

 

Może kiedyś, jak stanę się sławnym bloggerem, to sięgnę do portfela by nie musieć się zbytnio przejmować pierdołami.

#bujururu

To taki tag, który lubię używać na instagramie. Robię to często, czasem zapomnę. I w sumie nawet dziś nie mam pojęcia o co z tym bujururu chodzi. Chyba sam sobie to słowo jakoś interpretuję.

Z tego co pamiętam to pojawia się ono gdzieś w Final Fantasy VIII. Ja tego z FF8 nie pamiętam, ale swego czasu wspomniał mi o tym mój przyjaciel i chyba on pierwszy tego użył –  tak z 15+ lat temu. Od tego czasu interpretuję to jako takie „bla bla bla”. Pitolenie o niczym.

Czyli w sumie jak treści na tym blogu i na moim instagramie. W sumie to jak we wszystkich durnych serwisach społecznościowych. 99% to bezsens, głupota i brak jakichkolwiek wartości. Jasne czasem można się pośmiać, odprężyć i przeczytać o niczym, ale co za dużo to nie zdrowo.

Udostępniając na instagramie publicznie doświadczam jak głupi jest ten świat i jak mocno polega na tym jakie dodamy tagi do zdjęcia. Np. ostatnio wrzuciłem zdjęcie starej maszyny do szycia firmy łucznik. Napisałem parę głupich słów i dodałem taga #archer. Logiczne – łucznik = archer. A tu jakiś expertarchery polubił wpis. Z ciekawości wchodzę na profil i patrzę a tam nic z szyciem, tylko ludzie bawią się w Robin Hooda.

Zresztą po wklejeniu zdjęcia rośliny w zlewce z tagiem #techno uświadomiłem sobie właśnie jak wielkie znaczenie mają tagi. Kiedyś zastanawiałem się po co ich tyle dawać. Po co wymyślać hektolitry słabych synonimów. Wszystko dla jakiś lajków. Człowiek nabija się z coachingu, to go jakieś zagraniczne pseudo-coache polubią.

Ja rozumiem, że ludzie są wzrokowcami, czasem po prostu coś może się im podobać, czasem nie. Rzucą lajkiem bo kliknięcie ich nie kosztuje, a radość w sercu postującego się pojawia. Tylko z czasem przestały mnie cieszyć losowe lajki. Dziś czekam na tych kilku co się przewijają regularnie. Reszta fajnie że jest, ale to nie to samo co było na początku.

Od kiedy zacząłem zabawę z webmasteringiem (a było to jeszcze przed popularyzacją web 2.0) zawsze starałem się zgłębiać nowe technologie. Z czasem za wolno pojmowałem w stosunku do rozwoju i dziś, to ja nie wiem co się dzieje. Generalnie lata temu zakładałem konto na facebooku, czy twitterze głównie z ciekawości – wtedy nie rozumiałem o co chodzi, dziś dziwię się że snsy są tak popularne. A im dłużej istnieją tym pojawia się na nich coraz więcej chwastów. Reklamy, banerki, propozycje postów/grup/stron kują po oczach.

Jak to dobrze że można zapłacić jakieś 200 zł rocznie, postawić wordpressa i mieć świadomość, że nikogo się nie zmusza do czytania tych wszystkich bzdur. Ktoś musi chcieć celowo tutaj wejść by to przeczytać.

Jaki ten ktoś (Ty?) musi być znudzony…