Hype i marazm?

Czy też odwrotnie. Wygrzebałem stary wpis, bo tych szkiców leży sporo i postanowiłem wypełnić pole treści. Z jednej strony jakoś ostatnio pisanie mi nie idzie, z drugiej jak tak siadłem, to czuję potrzebę rozruszania palców. Bo na Monster Hunterze pracują trochę inaczej.

Tak więc gdzieś po kolei. Monster Hunter najwięcej czasu mi zabiera. Świetnie się gra i pewno by się lepiej grało, gdyby tak poza koleżkotem można było pobiegać ze znajomymi. Niestety wielu z nich należy do rasy panów i muszą jeszcze czekać tak z pół roku. Do tego wyszło Into the Breach. Świetny roguelike, który już w pierwszej misji śmiał pokazać mi napis GAME OVER. Tak więc jak nie poluję na potwory, staram się zabijać kosmitów. Choć nie bronić ludzi przed nimi, czasem skutecznie odpychając od budynków.

Pomiędzy MHW i ItB siadam by trochę poukładać sobie sesję Dungeons & Dragons. Takie krążenie po lochach, bicie potworów i zbieranie skarbów. Jakoś czasem nie potrafię odmówić gdy mnie proszą. W szczególności teraz, gdy po Maratonie eRPeGowym mam wzmożone chęci. Tworzenie nie idzie zbyt wybitnie, pewno jak zwykle obudzę się z ręką w nocniku i nie będę w 100% zadowolony.

A reszta leży. Kompletny brak chęci. Tyle roboty, a tak mało czasu. Tylko jakby nie patrzeć tyle w sufit.

Prowadzenie dla innych MG

Od tegorocznego eRPrGowego Maratonu na którym w końcu ustawiłem się po drugiej stronie stolika, zacząłem prowadzić Dungeons and Dragons. Jestem zauroczony piątą edycją mimo, że mechaniki z niej nie używam zbyt wiele. Lecz poza lenistwem w poznawaniu zasad przeraża mnie inna rzecz z którą się spotkałem.

Bo ja gram inaczej w gry fabularne

To grający, doświadczeni mistrzowie gry, którzy próbują narzucić na sesji swoją wizję gry. Dla mnie D&D zawsze miało być odskocznią od sesji Zewu Cthulhu i Dzikich Pól. Sesji świetnych fabularnie, lecz mocno przegadanych. Nie chodzi o to żebym narzekał, bo taka specyfika tamtych światów i na nią przystaję. Z czasem jednak, człowiek ma ochotę odetnąć, zagrać w coś bardziej bezmózgiego. Ot co.

Niestety zdarzają się tacy gracze, którzy nie łapią konwencji. Uważają że ich sposób prowadzenia jest tym jedynym słusznym. Nie mówię nie odgrywaniu postaci na moich sesjach, ale jakoś krzywię się po, gdy po fakcie czuję że gracz, który na codzień bywa MG stara się zrobić wszystko by przygoda zrobiła się jego wersją… przygody.

Taka konwencja chłopie. Bijesz i tyle.

Może jestem jakimś hipokrytą, bo lata temu gdy jeszcze bawiłem się trzecią edycją D&D, narzekałem że mam graczy grających bez pomysłu. „Biję tego najbliżej”. Tyle razy to słyszałem, że czasem myślałem by kazać im zrobić listę rzutów na kartce a później szybko przelecieć walkę. Sesja końzyłaby się po godzinie i można by sobie pójść do domu.

Dziś już podchodzę do tego inaczej. Sam nie potrafię cudownie opisywać co robi przeciwnik, jak reaguje na ciosy, więc „biję” uznaję i się nie krzywię. D&D to system stworzony do heroicznych czynów w światach fantasy, a cóż innego mógł bohater robić jak nie bić potwory, ratować księżniczki i zdobywać uznanię zwykłych chłopów.

50/50

Chciałbym by każdy gracz zrozumiał że moje sesje są dalekie od ideału, jaki kiedyś sobie w głowie ustaliłem. Ciężko w grze, gdzie to gracze aktywnie kreują świat i wydarzenia dało się zrobić idealny podział na walkę i fabułę. Chciałbym kiedyś by jedna na 5 sesji była właśnie taka. Pogadamy, poodgrywamy a jak już tym zaczniemy się nudzić to będziemy się bić. A gdy walka zacznie nas nużyć, spotkamy na swej drodze jakąś ciekawą postać i będziemy mogli wrócić do odgrywania.