Ulubione kawałki papieru #1

Są w Magicu takie karty, które może nie są zbyt dobre, ale je lubię. Może nie zawsze się sprawdzają, ale tak w 3 taliach na 5 chętnie je włożę. Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie ten pomysł, a to jakiś sposób by odpocząć trochę od grania i zapchać bazę danych.

Zwykle Wizard of the Coast tworząc kolejny blok, czy dodatek wymyśla sobie jakąś serię. Różnie je łączą, lecz zazwyczaj to 5 (lub więcej) kart, które mają coś wspólnego – część nazwy i podobne działanie. Często zdarza się tak, że jedna z tych kart jest lepsza, bardziej przydatna niż pozostałe (np. Cryptic Command).

Gdy WotC tworzyli i wydawali pierwszy zestaw talii do formatu EDH, stworzyli serię Vow of. Aurę w każdym z pięciu kolorów. Jedną jedną jej cechą wspólną, jest buff o +2/+2 (w przypadku zielonej aury +3/+3) oraz jakiś dodatkowy atrybut.

Generalnie na tym etapie to nic ciekawego. Nigdy nie przepadałem za aurami, bo te częściej znikają niż dają jakiś efekt. Krity z takowymi zostają usunięte jak szybko to się da. A i zwykłe podniesienie statystyk rzadko bardzo zwiększa szanse na wygranie gry.

Ich druga zasada to ta dzięki której stają się bardziej przydatne, zaczynają błyszczeć. Mówi ona, że stworek na który zostaje rzucana aura nie może atakować nas, lub obieżyświatów których kontrolujemy. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie co nam to w ogóle daje, olśnienie przyszło po latach gdy podczas lokalnej ligi EDH, udało mi się skutecznie powstrzymać Kaalię od wrzucania na stół wszelkiej maści upierdliwego ustrojstwa.

Właśnie w EDH Vow ofy przydają się najbardziej, bo tam każda karta która może być użyta na kilka sposobów jest o wiele lepsza niż taka która ma tylko jedno zastosowanie.

I w sumie im dłużej patrzę na tą serię, tym coraz bardziej zdaję sobie sprawę jak przeciętna ona jest i jak mocno od archetypu naszej talii, oraz talii z którymi przyjdzie się nam zmierzyć zależy czy będą one przydatne.

Magiczne znudzenie

Chochlikowa liga EDH chyli się ku końcowi, został jeden turniej i na swój sposób się z tego cieszę bo mejdżik się mi przejadł. Smaczny był to czas, ale jeżeli nawet się lubi zupę pomidorową to należy czasem zjeść rosół.

Próbowałem kiedyś dać sobie spokój z MtG, ale doszedłem do wniosku że mnie za bardzo bawi granie by tak po prostu z tego rezygnować. Owszem czasem przychodzi czas zniechęcenia i znudzenia (tak jak teraz), ale nadal to świetna gra. Pierwszym powodem dla którego chciałem rozstać się z tą karcianką była jej strona finansowa. Nowe karty, wydawanie kasy na boostery i ciągłe powiększanie kolekcji i ulepszanie talii zapędziło mnie w kozi róg, z którego chwilę zajęło mi wyplątanie się.

Później przyszła drobna stagnacja. Ludzie przerzucili się na inne gry i prawie nie było z kim grać. W sumie to najlepszy powód by skończyć zabawę z MtG, ale niestety przyplątał się jeden taki losowy gość, co jednak chciał grać i powoli wszystko zaczęło się ponownie rozkręcać.

Po 12 tygodniach grania w turniejach EDH, plus grania okazjonalnie standardu i EDH coraz mniej mam ochotę sięgać po talię. Miarka się przebrała. Znowu marzę o posortowaniu tego co mi leży na półkach, o pozbyciu się karty niepotrzebnych i możliwości zajęcia się czymś innym.

MtG to taka choroba. Człowiek siada przed kartami, talią, komputerem i szuka. Myśli co zmienić, co kupić. Osobiście jestem zwolennikiem zmian całkowitych. Tworzenia całkiem nowych talii. Granie długo jedną staje się zbyt nudne. Tak samo dzieje się gdy w środowisku w którym gram nic się nie zmienia.

Do tego polubiłem ostatnio Veto!. Głupią grę, z brzydkimi grafikami i toną niejasnych zasad, przy której czasem mocno się denerwuję. Dla mnie to dobra odskocznia od EDH, bo tutaj mało kto próbuje się mocno skręcać by wygrywać z innymi.

Proxowa ewolucja

Moje podejście do proxów (czyli zastępników oryginalnych kart, figurek etc.) mocno ewoluuje. Nigdy nie byłem ich zwolennikiem, ale czasem sam ich używam. Karty w drodze, trudno dostępne. Przesyłka kosztuje i jednej karty nie warto zamawiać. Z drugiej strony jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Albo chociaż powinno się.

Dawno, dawno temu

Jak zaczynałem zabawę w MtG to grałem tym co miałem. Nawet nie pomyślałem żeby coś drukować i udawać że “mam kartę”. Piękne czasy kiedy myślałem, że kolekcjonerski aspekt MtG jest rewelacyjny. Czas kiedy w madżiku się zakochałem. I dziś wiem, że było to zauroczenie, które zepsół internet i gracze (aka trejdeży).

Po co zbierać, otwierać i liczyć że wpadnie coś fajnego do talii/kolekcji, jak wszystko można kupić. Z reguły wychodzi taniej niż próba szukania pojedynczych kart. Cały jeden dodatek to zwykle koszt podobny do booster boxa. A jak nietrudno zauważyć, kart rzadkich (MR/R) jest w zestawie więcej niż boosterów w boxie.

Nie wiesz czy to gra dla Ciebie

„Drukuj wszystko jak leci”. Tak powiedziałem kiedyś kumplowi. Co prawda na dzień dzisiejszy ilość proxów w jego talii równa się zero, to pomysł o drukowaniu czego się da, z perspektywy czasu był… w miarę dobry.

Nie da się ukryć, Magic the Gathering to gra droga, nie na polskie warunki (czy też, rzadko kiedy). Jak tu wytłumaczyć nastolatkowi, że ma wydać jakieś 500+ złotych na dobrą talię i wcale nią świata nie zwojuję. Jasne, niektórych stać, ale to wyjątki, albo ludzie którzy poza MtG świat nie widzą (i nie mówię że to źle).

Tak więc kiedy ludzie już w MtG grać nie chcieli a jeden z nich właśnie się zafascynował, pokazałem mu EDH. Dałem pograć starterem i powiedziałem „złóż własne, choćby w pełni sproxowane; przetestuj karty i z czasem kup co potrzebujesz”. Jest to jakaś metoda.

Papierki czy karty, jeden czort!

Sam gdy dziś proxóję, to mam jedną zasadę. Jeżeli karta którą zmieniam papierkiem jest droga, zbyt droga w stosunku do jej przydatności i pałer lewelu, nie proxuję. Bo i tak nie kupię.

Dziś jak widzę w pełni sproxowaną talię, to reaguję alerginiecznie. Może nie powinienem. Może ten jeden raz szukałem kogoś do grania, a teraz już tego nie robię, bo mam z kim grać. Patrzę na to z innej perspektywy. Sam posiadam jeszcze jakieś proxy (przed pisaniem tego tekstu je wycinałem), ale następny deck planuję złożyć bez nich. Chciałbym by wszyscy grali tym co mają.

Przysięga Zen

Popatrzyłem na nowe karty wymyślone przez Wizards of the Coast. Zawiodłem się. Przeczytałem artykuł tłumaczący jak postawał znaczek bezkolorowej many. Nie przekonali mnie. Tak więc postanowiłem wyrazić swoją opinię o nadchodzącym Oath of the Gatewatch.

Jedna mała deklaracja wstępna. Nie gram standardu, a limited grywam bardzo rzadko. Karty, które zobaczyłem oceniam z perspektywy moich talii do EDH, oraz sensu użyteczności gdziekolwiek. Nie jestem ekspertem, więc cokolwiek napiszę, to tylko moje amatorskie zdanie.

Colorless shit

Artykuł mówiący o bezkolorowej manie to taki marketingowy tekst, który ma na celu przekonać nas, że to co nam chcą sprzedać jest super! Że kasa, którą wydamy nie pójdzie na marne i będziemy się super bawić. I jak w sumie jestem przekonany że grając w MtG super się będziemy bawić, to jakoś nie kupuję tekstu o sensowności bezkolorowej many. Wmawianie, że kiedyś trzeba było pokazać różnicę pomiędzy bezkolorową i ogólną maną, a ponoć pokazanie tego na przykładzie eldrazich i całej tej pustki to podkreślenie także czym eldrazi są, mnie nie przekonuje. No i co teraz.

Możemy przedrukować tonę lądów, by zmienić 1 na romb. Super mniej roboty dla R&D! Zaoszczędzimy!

O! tak ja to odbieram. Nie wiem, może za bardzo się nastawiłem na to źle. Możę w praniu wyjdzie, że to nawet fajne i nie ma na co narzekać. Ale mnie się to nie widzi i mam nadzieję że na OGW się skończy ta głupia zabawa w szósty “kolor” many.

3/3 white Angel creature token with flying

Tak, tak. To jest bardzo durne. Pewno nikt z tym problemu nie ma, tylko ja. Lubię tokeny dodawane do boosterów. Uważam że to sensowne się nimi posługiwać, a te dwustronne, wymyślone na potrzeby Commandera to już szczyt geniuszu. Ale jak widzę że z Angel 4/4 with flying robią wersję mniejszą to zaczynam się zastanawiać po co? Ok, to jedna karta, nie widzę dla niej użytku u siebie, ale tak czy siak jakoś mnie to wkurzyło (no przesadzam trochę). Uważam że zielony wilk zawsze powienen zostać 2/2, bestia 3/3, anioł 4/4 itp. itd. Czasem zmiany rozumiem, ale jeżeli tylko zmieniają się statystyki to jest… głupie. Tak wiem, głupie, jak moje argumenty.

Przysięgam że jak kumple wpadną to…

Jak zobaczyłem pierwszego Oath of… to wiedziałem że będzie ich więcej. Ktoś się nimi cieszył, ale dla mnie te karty są strasznie mało użyteczne. Widziałem w standardzie talie które miały kilka planeswalkerów, ale chyba nigdy nie widziałem ich wszystkich na raz na stole. Sądzę, że te przysięgi to taki zapychacz boosterów. Ktoś fabularnie pomyślał że to będzie spoko i wsadził do zestawu.

Jakieś dobre słowo by się przydało

Magic to Magic. On chyba zawsze będzie fajny, bo nawet najgorsze zmiany nie są wstanie zepsuć zabawy z gry jaką Magic dostarcza. To co mi w zestawie się podoba, to nowe dwukolorowe, lądy uncommonowe. Do EDH będą jak znalazł. Nowe man-landy. General Tazri, jest tani (w piniondzach) a pozwala stworzyć pięciokolorową talię do EDH. Oraz większość wielekolorowych kart.

Oh! Oh! Oh! It’s magic!

Cholerny Magic

Magic the Gathering działa jak narkotyk. Fajna gra, z czasem okazuje się że coraz mocniej wyniszcza portfel. Pewno niewielki procent ludzi staje się jego dilerami, którzy i z grania jak i sprzedawania, czy wymiany kart czerpią korzyści. Ten narkotyk nie każdego chwyta. Niektórzy mocno się mu opierają, ale są tacy którzy uwielbiają otwierać boostery. Chwilka niepewności, emocje i… okazuje się, że to kumpel wyciągnął coś dobrego, coś na co tak bardzo liczyłeś.

Pauper, tani magic!

Taki sobie żebrak. Czyli wariant gry opierający się na używaniu tylko kart powszechnych (common). I tu pojawia się problem, w jakim formacie tego wariantu użyjemy. “Pauper Classic, to nie pauper”, powiedział ostatnio właściciel Flamberga. I miał 200% racji. Całe stwierdzenie zgadza się z tym z czym sam się spotkałem. Pauper Classic to nie tania opcja w mtg.

Bo jak tanio grać w mtg, jak na deck wydaje się ponad 100 zł (cena z którą się spotykałem, za kompletny deck, złożony na podstawie archetypu, gdy dolar kosztował ciut powyżej 3 zł). Owszem da się złożyć coś tańszego, ale często jest to mocno niegrywalne. Szanse ma się wtedy, kiedy przeciwnikowi talia się zatnie (a to przy dobrych deckach nie zdarza się zbyt często). Ktoś powie, “100 zł, ile to dziś warte”. I może mieć trochę racji, w sumie to jednorazowy wydatek.

Pewnym pozornie tańszym wyjściem jest granie Paupera Standard. Na starcie wydamy jakieś 30 zł (czasem może ciut więcej), ale standard to format rotujący i od czasu do czasu musimy wymienić kilka kart – a czasem to może i cały deck. Ktoś powie “tak czy siak z czasem wydam ponad 100 zł aby w to grać” – a i owszem, zgodzę się w 100%, ale…

Według mnie poza gdybaniem czy lepiej raz wydać dużo, czy wydając po trochu wydać sumarycznie więcej, granie formatu rotującego jest lepsze. Mnie pewne rzeczy szybko nudzą, gdy są powtarzalne. MtG trzyma mnie od kilku lat, właśnie dzięki temu że wychodzą nowe karty. Na początku cieszyła mnie gra, zbieranie kart i obrazki. Dziś bym powiedział że jest dokładnie na odwrót. Gram mniej (choć nie tak do końca), masowe zbieractwo także mi przeszło, a grafiki na kartach są coraz lepsze.

Tani magic! To grajmy w EDH!

Największy kryzys przyszedł, kiedy po kliku latach grania w Paupera Classic znudziła się połowa graczy. W końcu coś się odrodziło, ale nie pauper. Czy ten ma szanse odżyć, jak fenix? Nie wiem. Wiem tyle, że jeżeli ktoś nie dysponuje gotówką jako taką, to za mtg nie powinien się brać.

Teraz oświęcimska scena skupiła się na EDH. W ostatnim miesiącu przybyło kilka osób – sam się nawet tego nie spodziewałem. Wielu gra dla zabawy, deckami które nie cudują, ale od czegoś trzeba zacząć. A że EDH to format zaskakujący, to pozornie słaba talia może zaskoczyć.

To taka trochę paranoiczna sprawa. Chcieli grać ludzie tanio, a zaczynają bawić się w taki format, gdzie o tanim graniu mowy nie ma. Oczywiście, wszystko to kwestia umowna i można by bawić się w tanie EDH, ale po co, jak i tak na to się kasę wydaje.
Czytaj dalej Cholerny Magic