Re Make

Gdy patrzę na żółć wylewającą się z monitora zawartą w wielu komentarzach dotyczących informacji na temat remake’u Final Fantasy VII dochodzę do wniosku, że chyba jestem jedynym człowiekiem na globie którego cieszy to, co Square Enix do tej pory pokazało.

Nie mam zamiaru przytaczać konkretnych wypowiedzi, ani wywoływać osób, ale chcę odnieść się do pewnej ogólnej niechęci ludzi, do tego jak twórcy remake’ują Final Fantasy VII.

Boże?! Co oni z tym zrobili?

Oczekiwanie, że przy pierdylariach poligonów do wykorzystania, cudownej fizyce i super silnikach graficznych, doczekamy się walki gdzie trzy postacie stoją w rzędzie i delikatnie się kołyszą jest idiotyczne (choć z tą fizyką, jakimiś SoftEngine’ami 2.0 (specjalnie dla Tify) i cudami na patyku mogłoby to epicko wyglądać… oczywiście).

Czasy się zmieniają i trzeba pewne rzeczy robić inaczej. Ludzie którzy grali w słynną siódemkę mają dziś po 25+ lat (w końcu sama gra już jest pełnoletnia). Trzeba znaleźć potencjalnych nowych odbiorców tego klasyka, bo wielu z tych którzy FFVII ograli, po nią już nie wróci.

Biorę jeszcze pod uwagę fakt, że najgłośniej krzyczą Ci (i chyba tylko oni krzyczą), którzy są przeciwni zmianom. Do tego wydawać się może, że jest ich tak wiele, a to nieprawda – bo czym jest 100, czy 1000 osób przy założeniu że gra musi (!) sprzedać się w kilku milionach egzemplarzy.

Ci krzyczący fani najbardziej muszą zrozumieć, że nie można tej samej gry tak samo odebrać dziś. Grafika była dostosowana do czasów – powiedzmy, że na swój sposób umowna. Wyobraźnia dopowiadała sobie drugą połowę tego, czego kiedyś pokazać się nie dało.

Jak Cloud będzie wyglądać przebrany za kobietę? Jak delfin będzie wyrzucać Clouda na rusztowanie? Takie rzeczy przez nierealną grafikę, pewną śmieszność gestów, zachowań itp. były wtedy świetne.

Już wtedy się śmiano z miecza Chmurka, czy długiej “kosy” Sephirota (gdzie on ją chował; a może smarował nią chleb). Tylko, że 20 lat temu takie rzeczy przechodziły, bo nic nie wydawało się realne. Tak więc czy realne jest to, że kilku żołnierzy Shin-Ra, czy potworów będzie stało vis a vis naszych śmiałków i czekało na swoją kolej – aż im się pasek naładuje?

Na razie tak naprawdę niewiele wiemy o nowym systemie walki. Ktoś tam dopatrzył się ładującego paska na dole ekranu. Twórcy wspomnieli o połączeniu ATB z walką w czasie rzeczywistym. Walka zręcznościowa (patrz Kingdom Hearts, Final Fantasty Type-0), sprawia że bardziej czujemy iż gramy. Więcej robimy, mocniej się angażujemy – działamy. Wiele “klasycznych” Finali w pewnym momencie zamieniało się w nawalanie iksa. Atak, atak, atak, atak, atak, atak. Kto patrzył na ATB? Naciskał X (oczywiście mowa tutaj o PSXowej wersji gier), aby odpalić atak tylko jak przyszła kolej jednego z bohaterów. Z czasem ilość walk wymagających jakiegokolwiek zaangażowania malała. X, X, X, X, X… Cure? Nie, przeżyję! X!.

W kawałakach? To co DLC będą? Każda płytę trzebą będzie osobno?

Oj, teraz ja poleciałem z koksem, mnie może to też się nie podoba, ale czy to znaczy że robią źle i są pierwsi którzy chcą wyciągnąć kasę na jednej grze? Zresztą nikt nie powiedział, że jak dojdziemy do dawnego końca pierwszej płyty. Tej pewnej pamiętnej sceny z Forgotten City (tak to się zwało?), cały nastrój legnie przez wielki komunikat.

If you want to know how the story goes furter please buy second chapter for only €59.99.

Press X to proceed to Playstation Store

Square Enix próbuje to jakoś tłumaczyć, a ja sądzę że chcą podejść trochę mocniej postawić na make niż re (wiem, sam się oszukuję). Chcą dorobić do historii pewne wątki poboczne. W końcu powstało kilka gier w tym uniwersum – Crisis Core, Dirge of Cerberus – więc czemu by tak nie zrobić historii powstania Avalanche, wpleść w to historię Barreta, tego jak trafił na Tifę – duży DLC/osobna gra. Opowiedzieć coś więcej o Yuffie – mały DLC. A może nawet przetrawić od początku wspomniane wcześniej gry i stworzyć coś na kształt Trylogii Final Fantasy XIII.

Nie wiem czy warto – czy jest czego – się bać. Wypada tylko wyczekiwać tego co pokaże przyszłość a na koniec pokazać swoje zdanie wydając lub nie pieniądze na grę.

Ja bardzo się cieszę na wygląd (ok, Barret coś schudł), na bardziej zręcznościową walkę – Final Fantasy Type-0 to jedna z niewielu gier, którą ostatnio bardzo miło wspominam i myślę że kiedyś do niej wrócę. Pewno kupię, bo jestem takim sobie fanbojem. I myślę, że tak samo bym krzyczał jakbym zobaczył że masakrują Final Fantasy Tactics czy Vagrant Story. Tylko starałbym się nie robić tego publicznie lub ewentualnie poczekać, aż gra wyjdzie.