Lochy, prowadzenie i różne oczekiwania

Uwielbiam Dungeons & Dragons. Nie wiem dokładnie czemu, ale dla mnie inne gry fabularne w klimatach fantasy mogą nie istnieć. Bo co fajniejszego może być od bicia potworów, rozwoju postaci i ratowania dziewic z zamków.

Problem tylko w tym, że wolałbym sam siąść po stronie gracza. Niestety będąc bardzo wybrednym bytem ziemskim, by zagrać sobie w D&D 5ed. sam musiałem stać się mistrzem gry. Nigdy nie byłem dobrym prowadzącym, moje przygody rzadko mnie samego przekonywały, a w trakcie prowadzenia zwykle coś się sypało.

I mimo, że nie pierwszy raz prowadzę jakąś sesję, to ostatnio próbując coś zrobić, ktoś skutecznie mi to uniemożliwia. Stary się robię. Zrzędliwy. Graczy zmienić powinienem. Pewno tak, tylko że to tak samo trudne jak znalezienie MG, który by chciał prowadzić.

Jak już piszę o tym biciu potworów itd. to dochodzę do wniosku, że sam się zagalopowałem. Mało tego, gdzieś z moich sesji uciekł klasyczny dungeon crawling. Nie mówiąc już że dziewic nie ma, tak samo jak jednorożców.

Lubię D&D, kocham tworzyć postacie – bardziej od strony mechanicznej, więc zapisuję tonę kart postaci. Chciałbym w niego grać, ale chyba zwykle ja i gracze mijamy się z wyobrażeniem sesji.

A może za dużo kombinuję z fabułą, może wypada zacząć robić sesje w bardzo starym stylu. Wejść do miasta, powiedzieć że tam gdzieś jest loch w którym jest straszny stwór i że dają dużo za ubicie dziada.

Prowadzenie dla innych MG

Od tegorocznego eRPrGowego Maratonu na którym w końcu ustawiłem się po drugiej stronie stolika, zacząłem prowadzić Dungeons and Dragons. Jestem zauroczony piątą edycją mimo, że mechaniki z niej nie używam zbyt wiele. Lecz poza lenistwem w poznawaniu zasad przeraża mnie inna rzecz z którą się spotkałem.

Bo ja gram inaczej w gry fabularne

To grający, doświadczeni mistrzowie gry, którzy próbują narzucić na sesji swoją wizję gry. Dla mnie D&D zawsze miało być odskocznią od sesji Zewu Cthulhu i Dzikich Pól. Sesji świetnych fabularnie, lecz mocno przegadanych. Nie chodzi o to żebym narzekał, bo taka specyfika tamtych światów i na nią przystaję. Z czasem jednak, człowiek ma ochotę odetnąć, zagrać w coś bardziej bezmózgiego. Ot co.

Niestety zdarzają się tacy gracze, którzy nie łapią konwencji. Uważają że ich sposób prowadzenia jest tym jedynym słusznym. Nie mówię nie odgrywaniu postaci na moich sesjach, ale jakoś krzywię się po, gdy po fakcie czuję że gracz, który na codzień bywa MG stara się zrobić wszystko by przygoda zrobiła się jego wersją… przygody.

Taka konwencja chłopie. Bijesz i tyle.

Może jestem jakimś hipokrytą, bo lata temu gdy jeszcze bawiłem się trzecią edycją D&D, narzekałem że mam graczy grających bez pomysłu. „Biję tego najbliżej”. Tyle razy to słyszałem, że czasem myślałem by kazać im zrobić listę rzutów na kartce a później szybko przelecieć walkę. Sesja końzyłaby się po godzinie i można by sobie pójść do domu.

Dziś już podchodzę do tego inaczej. Sam nie potrafię cudownie opisywać co robi przeciwnik, jak reaguje na ciosy, więc „biję” uznaję i się nie krzywię. D&D to system stworzony do heroicznych czynów w światach fantasy, a cóż innego mógł bohater robić jak nie bić potwory, ratować księżniczki i zdobywać uznanię zwykłych chłopów.

50/50

Chciałbym by każdy gracz zrozumiał że moje sesje są dalekie od ideału, jaki kiedyś sobie w głowie ustaliłem. Ciężko w grze, gdzie to gracze aktywnie kreują świat i wydarzenia dało się zrobić idealny podział na walkę i fabułę. Chciałbym kiedyś by jedna na 5 sesji była właśnie taka. Pogadamy, poodgrywamy a jak już tym zaczniemy się nudzić to będziemy się bić. A gdy walka zacznie nas nużyć, spotkamy na swej drodze jakąś ciekawą postać i będziemy mogli wrócić do odgrywania.