Monster Hunter … End?

Nadal uważam, że to świetna gra mimo, iż po 180 godzinach czuję znużenie. Nie wiem czy jak przyjdzie Yakuza 6, to kompletnie porzucę polowanie, choć myślę że z czasem będę wracał.

Bo MHW to świetna gra. Pisałem o tym nie raz. Przez wiele czasu jest przystępna, ale teraz stała się dla mnie zbyt wymagająca. Gdy siadam na godzinę, czy też dwie wpadam na questa i kończy się on porażką to na początku jestem… lekko zawiedziony.

Tylko gdy z 5 zadań jakie wykonam w tym czasie uda mi się skończyć dwa i w tych dwóch tak naprawdę nie dostaję nic, dzięki czemu mógłbym rozwinąć broń/zbroję czuję, że zmarnowałem tylko czas.

Jakoś nie chce mi się szukać zespołu do grania. Takiego gdzie ludzie grają sensownie, nie giną głupio – choć myślę, że mało kto chce ginąć, ot czasem tak się dzieje. A samemu, mimo że potwór jest słabszy to zawsze długa zabawa. Co prawda wkurzać się można wtedy tylko na siebie.

Dodatkowo mam takie wrażenie, że po tych 180 godzinach gry nie czuję, że mógłbym jeszcze zrobić coś co by mi bardzo pomogło. Mógłbym poszukać jakiegoś super zestawu, który pewne rzeczy by mi ułatwił, ale przez losowość w wypadaniu przedmiotów, czuję że musiałbym spędzić bardzo dużo czasu przy farmieniu.

Tak więc chyba dam Kiryu szansę…

…może z przebłyskami na MHW.

Już 100 godzin poluję…

I ciągle na te same potwory. I właśnie to jest rzecz najbardziej zadziwiająca w Monster Hunter World (choć pewno w każdym MH jest podobnie). Po przejściu linii fabularnej, praktycznie nie ma gada/płaza, którego byśmy jeszcze nie zlali, a człowiek jakoś nadal gra.

Monster Hunter World sprzedał się fenomenalnie. Półtora miesiąca i 7.5 miliona kopii gry trafiło w ręce (lub na dyski) graczy. Capcom spodziewał się, że w Japonii gra się sprzeda świetnie – zresztą nie tylko Capcom. Sony wiedziało, że takiej gry potrzebuje by więcej PeeSCzwórek zagościło pod japońskimi dachami. Ale, że reszta świata tak mocno się zainteresowała tym tytułem może dziwić.

Gra jest wymagająca, owszem w wielu kwestiach uproszczona w stosunku do wersji, którą pamiętam z czasów PSP. Niemniej jednak nie da się skończyć gry nawalając w przyciski bez myślenia. Trzeba się trochę nabiegać, nakombinować, czasem trochę pogrindować/pofarmić. Czas mija i człowiek w końcu przechodzi fabułę. W połowie już przestało mnie obchodzić o co chodzi, a ponoć to pierwsza odsłona w która fabuła jako tako jest. Tylko po co – nie wiem.

Pomaga fakt, że w 90% przypadków zawsze jest z kim grać, nawet jak nie ma się kumpli z tą samą konsolą i grą. Do tego 70% z nich to Azjaci. Jedni wymiatają, inni tylko ścierają kurz. Są i tacy co kurz ściera ich. Grunt, że w każdej misji można wysłać SOS Flare i poprosić o pomoc. Nie wiem jak dziś wygląda pomoc przy zadaniach niskiego poziomu, ale bicie wszystkich Starożytnych Smoków w szczególności tych w wersji tempered to kwestia sekund by znaleźć kompanów.

Granie multi zwykle bardzo pomaga. Widać, że twórcom bardzo zależało na tym by nie bawić się samemu. Przy wybieraniu misji trzeba się więcej natrudzić by ograniczyć się do siebie samego. Ciągłe – co prawda niewymagane – bycie online sprawia, że co chwilę widzimy kto dołączył do tej samej sesji co my. Rekordy na Arenie biją „pary”, bo samemu zawsze będzie gorzej. Niestety zdarzają się też mniej przyjemne chwile, ale to jakaś kropla w morzu.

I tak 100 godzin minęło a ja codziennie siadam, robię questa albo dwa. Zamiast robić coś sensownego, konstruktywnego i twórczego, biegam za tymi sami potworami. Nadal to świetny sposób na spędzenie wolnego czasu.

Szkoda tylko, że księżniczka Zelda dalej nieuratowana.

Hype i marazm?

Czy też odwrotnie. Wygrzebałem stary wpis, bo tych szkiców leży sporo i postanowiłem wypełnić pole treści. Z jednej strony jakoś ostatnio pisanie mi nie idzie, z drugiej jak tak siadłem, to czuję potrzebę rozruszania palców. Bo na Monster Hunterze pracują trochę inaczej.

Tak więc gdzieś po kolei. Monster Hunter najwięcej czasu mi zabiera. Świetnie się gra i pewno by się lepiej grało, gdyby tak poza koleżkotem można było pobiegać ze znajomymi. Niestety wielu z nich należy do rasy panów i muszą jeszcze czekać tak z pół roku. Do tego wyszło Into the Breach. Świetny roguelike, który już w pierwszej misji śmiał pokazać mi napis GAME OVER. Tak więc jak nie poluję na potwory, staram się zabijać kosmitów. Choć nie bronić ludzi przed nimi, czasem skutecznie odpychając od budynków.

Pomiędzy MHW i ItB siadam by trochę poukładać sobie sesję Dungeons & Dragons. Takie krążenie po lochach, bicie potworów i zbieranie skarbów. Jakoś czasem nie potrafię odmówić gdy mnie proszą. W szczególności teraz, gdy po Maratonie eRPeGowym mam wzmożone chęci. Tworzenie nie idzie zbyt wybitnie, pewno jak zwykle obudzę się z ręką w nocniku i nie będę w 100% zadowolony.

A reszta leży. Kompletny brak chęci. Tyle roboty, a tak mało czasu. Tylko jakby nie patrzeć tyle w sufit.

Polowania czas

Dawno, dawno temu na trochę innym Playstation, polowałem na potwory. Było, ciężko, schematycznie i tak naprawdę nigdy nie doszedłem do końca. Wciągająca i wkurzająca rozrywka. Teraz po latach Monster Hunter wraca na konsolę Sony i dzięki temu ponownie mogę spróbować swoich sił.

I znowu wciągnęło. Może nie tak samo jak 10 lat temu wersja na Playstation Portable ale raczej nie ze względu na grę tylko na człowieka. Wszystko tutaj gra. Nawet poziom trudności jest jakiś taki inny. Nie pamiętam dobrze jak to było kiedyś, ale Palico (czy też Koleżkot) dużo ułatwiają sprawę. A może po prostu jeszcze nie spotkałem tych wielkich, złych i trudnych przeciwników.

Choć to też nie do końca prawda. Rathian i Rathalos już gdzieś tam latają. Kirin też gdzieś się kręci – choć tylko widziałem, że mam takowe zadanie. Rathalos swego czasu zabił mnie dwoma ciosami, ale był tylko przelotem a ja wcale na niego nie polowałem – wtedy. A dziś zabrałem się za quest ubicia Rathianki (bo to chyba samica). I nie wiem czy się cieszyć czy płakać, ale poszło jakoś tak w miarę łatwo.

Więcej czasu zajęło mi jej znalezienie niż pokonanie. Te 10 sekund powyżej to tylko fanfary po wykonanym zadaniu. Ku memu zdziwieniu (napiszę to po raz n-ty) bardzo prostym zadaniu. Może obniżenie poziomu trudności to sposób na przyciągnięcie większej ilości osób, albo mi się tylko wydaje.

Pewno wszystko to wina zmieniających się czasów i wymagań graczy. A może tego, że Nioh nauczył mnie cierpliwości. W Monster Huntera gra się świetnie. Na razie staram się robić krótkie sesje – bo oczy bolą po zmianie monitora. Do tego jakoś nie mogę przekonać się do grania online, mimo że na każdym kroku gra mnie do tego zachęca.

Nie wiem czy starczy mi cierpliwości na ubicie wszystkiego. Czy zanim skończę fabułę nie rzucę grą w kąt. I mimo, że znam takich co mówią, że to taka gra do której wraca się na questa lub dwa od czasu do czasu to ja jakoś nie potrafię grać w trzy gry na przemian – chyba że mowa o konsoli przenośnej i stacjonarnej.

Niemniej jednak, polowanie niech trwa.