#100

Czasem siadam przed edytorem wordpressowym i próbuję coś pisać. Nigdy to nie jest dobre, ale często jest tak, że nie piszę dalej. Czasem zostaje szkic i sobie leży. Nie raz go przypadkiem usuwam i w sumie nie żebym tego żałował, bo bywa tak, że lepiej zacząć od nowa.

I pewno nie powinienem robić 100 wpisu mówiącego o tym jaki on szczególny i specjalny jest, bo jest setnym a z drugiej strony czemu nie. Mój blog widział wiele bzdur i mimo, że czasem myślę, iż fajnie byłoby pisać z sensem i na temat to zastanawiam się – po cholerę.

Setny wpis będzie tym kolejnym do którego siadam by po prostu pomęczyć klawiaturę, palce i oczy. By wstawić sobie Hitomi w obrazek wyróżniający. By ten jeden jedyny czytelnik stracił trochę czasu.

Żadnych podsumowań. Żadnych postanowień. Bo zwyczajnie mi się nie chce. Zbyt długo już miewam ochotę by wprowadzać zmiany. Zbyt wiele razy próbowałem startować od nowa i sprawić by chęci przemieniły się w coś realnego. Żaden kołcz nie musi mówić mi, że czekając na cud niczego się nie doczekamy. Będzie co ma być i tyle.

Pozdrawiam mojego jedynego czytelnika i mam nadzieję, że go kiedyś czymś zaskoczę.

Owijając w bawełnę #2

Czas. Precyzyjny pomiar sprawia, że minuta to minuta, ale czasem się dłuży, czasem leci zbyt szybko. Raz chcemy by coś już się skończyło, innym chcielibyśmy by trwało wiecznie.

Jakoś tak niektórzy uparli się, by ich twór trwał co najmniej 2 godziny. Dziś często trwa więcej. 150-180 minut staje się normą. I gdy tak podziwiasz te dwie godziny lub więcej, zwykle się nudzisz, chłoniesz po kawałku.

A gdy już wchłoniesz to masz to uczucie, że mogło być krócej. Że nigdy nie byłeś reżyserem/montażystą/scenarzystą, ale znalazłbyś sposoby by uciąć kilkanaście minut. Czasem nawet ciachnąłbyś połowę. Myślisz, wtedy byłoby super.

Chwytasz się kolejnego dzieła. Oglądasz. Znowu przerywasz w połowie i mówisz, że wrócisz dnia kolejnego. Historia prosta, powtarza się do chwili gdy trafisz na takie dwie godziny gdzie mimo dłużyzn i monotonii siedzisz z przyjemnością i stwierdzasz, że było warto. Ba nawet spędziłbyś kolejne dwie godziny.

Ale takie rzeczy zdarzają się rzadko.

Owijając w bawełnę #1

Mam taki nałóg. Skośnooki, niski i zwykle płaski. Czasem owinięty w bawełnę, czasem bez niej. Niestety jak każdy nałóg i ten kosztuje. A jak przystało na skośne rzeczy, te są drogie.

No i tak później wszystko sprowadza się do myślenia, które nigdy nie daje dobrego rezultatu. Czy mi to potrzebne, czy aby warto aż tyle zapłacić.

Zwykle uważam, że za dobre rzeczy warto płacić, czasem nawet niemałe pieniądze. Do tego, wolę płacić tam gdzie należy a nie myśleć, że wspieram kapitana z opaską na oku i jego załogę.

Do tego dochodzi lenistwo. Jasne, że pewnych rzeczy nie potrzebuję 24 godziny na dobę, ale czasem jak mam ochotę rzucić okiem, skorzystać to wolę zrobić to szybko, bez problemów, nerwów i tracąc czas.

Tylko gdy ma człowiek tak wiele potrzeb, często odwrotnie proporcjonalnie do zasobów, zaczyna myśleć, wartościować i tak mijają mu całe dnie.

I nigdy do sensownych wniosków nie dochodzi.