This are voyages…

Kolejna edycja eRPeGowego Maratonu za mną, czy też nami. Tym razem pokusiłem się o małą odmianę i postanowiłem poprowadzić jakieś scifi. Choć Star Trek Adventures może do końca czystym sience fiction nie jest, to chodziło głównie o odskocznie od fantasy lochów. Dla mnie i dla graczy.

Gdy zadeklaruję, że coś zrobię to w zwyczaju mam tego się trzymać. Chęci na prowadzenie z czasem malały a na koniec została mi tylko nadzieją, że nie będzie chętnych na granie. W końcu chętni się zjawili, oczywiście niewiele wiedzieli o uniwersum, co w sumie wiele nie przeszkadzało. Grunt, że byli otwarci na pomysły, dociekliwi i chętni do kombinowania.

Dawno jako mistrz gry się tak dobrze nie bawiłem. Zasługa graczy, tych co kombinowali dobrze i tych co starali się przekombinować. Gdy inżynier postanowił rozłożyć łazik (z założenia taki duży, mogący przewieść kilka osób, trochę dużego sprzętu), by ponownie złożyć go przeniesieniu części za most, przez który nie byłby wstanie przyjechać miałem łzy w oczach.

Z drugiej strony się mogę się mu nie dziwić. Ja w końcu wiem co będzie dalej. On stara się kombinować by do samego końca mieć potrzebny sprzęt. Niemniej jednak sesja zachęciła mnie by na kolejny maraton, pomyśleć nad kolejnymi przygodami tam gdzie nie dotarł żaden człowiek.

Choć, może raczej tam gdzie dotarł, bo na jakiejś stacji kosmicznej.

Lochy, prowadzenie i różne oczekiwania

Uwielbiam Dungeons & Dragons. Nie wiem dokładnie czemu, ale dla mnie inne gry fabularne w klimatach fantasy mogą nie istnieć. Bo co fajniejszego może być od bicia potworów, rozwoju postaci i ratowania dziewic z zamków.

Problem tylko w tym, że wolałbym sam siąść po stronie gracza. Niestety będąc bardzo wybrednym bytem ziemskim, by zagrać sobie w D&D 5ed. sam musiałem stać się mistrzem gry. Nigdy nie byłem dobrym prowadzącym, moje przygody rzadko mnie samego przekonywały, a w trakcie prowadzenia zwykle coś się sypało.

I mimo, że nie pierwszy raz prowadzę jakąś sesję, to ostatnio próbując coś zrobić, ktoś skutecznie mi to uniemożliwia. Stary się robię. Zrzędliwy. Graczy zmienić powinienem. Pewno tak, tylko że to tak samo trudne jak znalezienie MG, który by chciał prowadzić.

Jak już piszę o tym biciu potworów itd. to dochodzę do wniosku, że sam się zagalopowałem. Mało tego, gdzieś z moich sesji uciekł klasyczny dungeon crawling. Nie mówiąc już że dziewic nie ma, tak samo jak jednorożców.

Lubię D&D, kocham tworzyć postacie – bardziej od strony mechanicznej, więc zapisuję tonę kart postaci. Chciałbym w niego grać, ale chyba zwykle ja i gracze mijamy się z wyobrażeniem sesji.

A może za dużo kombinuję z fabułą, może wypada zacząć robić sesje w bardzo starym stylu. Wejść do miasta, powiedzieć że tam gdzieś jest loch w którym jest straszny stwór i że dają dużo za ubicie dziada.