Odyseja Mariana

Jak mówi stare porzekadło Konsole Nintendo kupuje się dla gier Nintendo. I coś w tym jest. Choć myślę, że tak samo warto kupić PS4, dla exclusive’ów na tą konsolę.

I w sumie cieszę się, że kupiłem Switcha, bo może Super Mario Odyssey ma jakieś (raczej drobne) wady, ale jak dla mnie zasłużenie dostaje maksymalne (lub prawie maksymalne) oceny.

W sumie to za samego Toada – w wersjach nastu – można temu dać 20/10. Postać składa się z kilku kształtów, ale jej animacja i charakter(y) zawsze poprawia mi humor. I w sumie to dla mnie największa zaleta SMO – poprawa nastroju.

Super Mario Odyssey to prosta gra do przejścia. Kilka godzin zabawy  i można odłożyć na półkę. Co prawda ten czas wypchany jest zawartością po brzegi. Napakowano tutaj wiele różnych mechanik, dzięki przejmowaniu różnych stworków na planszy. Kombinowania dla chcącego jest bez liku. Wytrwali mają co robić po napisach końcowych. Pojawia się jeszcze więcej znajdziek a przy nich trzeba się jeszcze więcej nakombinować.

Może mówię tak nad wyrost, bo sam ledwo zacząłem odkrywać światy po uratowaniu Księżniczki. Nie ukrywam, robienie tego dla samej satysfakcji niekoniecznie mnie pociąga, ale chyba w tej chwili tak ogólnie niewiele mi się chce. Choć mimo wszystko uważam, że to genialna gra i pewno ot tak jej w kąt nie rzucę.

Myślę, że w graniu przeszkadza tutaj też ta jedna wada jaką gra posiada. Wiele ruchów można zrobić tylko używając Joy-Conów. Jakoś nie wyobrażam sobie grania na Switchu machając całą konsolą – trybie przenośnym, a kupka wstydu wcale się nie pomniejsza, więc myślę by zabrać się za coś innego.

Może jak w robienie zdjęć w DoA, tutaj będę uwieczniał Toada.