e-dziewczyny w e-bikini #16

Czekając na Dead or Alive 6, romansuję z wirtualnymi pięknościami na plaży, przy basenie a i czasem w sypialni… czy czymś takim. Klikam w jednym celu. Prostej, prymitywnej rozrywki i uczty dla moich oczu.

Teraz jak już wylosowałem Lei Fang mógłbym sobie darować na jakiś czas, w szczególności, że trafiłem na swego rodzaju ścianę i pozostaje mi teraz grindować. A, że po skończeniu Hollow Knighta nie mam wiele chęci na zbyt wiele to po prostu odpalam Venus Vacation i przenoszę się w ciepłe miejsce na piaszczystą plażę.

Bo kto nerdowi zabroni marzyć i romansować. Tak łatwiej, człowiek nie dostanie po łbie. Co najwyżej pośmieje się z pomysłowości ubierania kobiet w wielkie czekoladowe serca.

Do tego, poszukałem ostatnio googlami i znalazłem innych geeków tłumaczących co się gdzie tam robi i po co, przy tych dziwnych nowych eventach. Człowiek widzi jakiś dodatkowy cel, poza oglądaniem piękności.

Basen ma za sobą, ale trzeba było się spryskiwaczem napryskać by było bardziej przejrzyście.

Wcześniej jeszcze trafiłem SSRow kostium dla Kokoro. Nie jest zły, ale jakoś wolę te, które wyglądają bardziej klasycznie. Nacieszyłem oko i kokoro. Nie pierwszy raz to napiszę, ale kreatywność projektantów mnie czasem zaskakuje.

Wiem, że nawet są tacy co wymyślają prawdziwe dziwne kostiumy kąpielowe i myślą, że ktoś będzie je ubierał. Ale tegoroczny, walentynkowy hit w DoAXVV mnie zabił. Rozumiem jeszcze wstążki z zeszłego roku. Na swój sposób mi się podobały bo miały proste przesłanie.

A tu co, mam się najeść bym nie miał później ochoty na… cokolwiek?. Ciężki z pełnym brzuchem i toną cukru we krwi powodującą wydzielenie insuliny i senność (czy jakoś tak).

Choć w sumie, można zawsze olać czekoladę i zacząć od schrupania nadzienia.

Chyba muszę pomyśleć o jakieś galerii.

Skacząc żukiem… nie na czterech kołach.

Czasem jest tak, że kupię grę na promocji, lub dostanę za darmo i później żałuję, że nie mogę kupić drugi raz. Czy też, mam tyle rzeczy do kupienia, że nie mogę dać na tym samym produkcie dać komuś zarobić ponownie. Pierwszą taką grą była Remeber Me. Ale tutaj miałem szansę dać zarobić twórcą kupując na premierę Life is Strange, a później Vampyra czyli ich kolejne produkcje.

Teraz zabrałem się za Hollow Knighta, kupując go w promocji mimo, że sam nie kosztował jakiś kokosów. Dałem ledwo 30 zł i uważam, że ta gra jest warta o wiele więcej.

Grając z czasem uświadomiłem sobie, że to nie moja druga metroidvania. Gdzieś tam będąc berbeciem grałem w Adventure Island IV, czy Milon Secret Castle, które bym do tego gatunku podciągnął. Chodzisz pomiędzy lokacjami, często piętrowymi. Zdobywasz nowe umiejętności dzięki czemu w starych możesz coś otworzyć, znaleźć nowe przejście. Nie ukrywam, że gatunek ten bardzo mi się spodobał.

Hollow Knight o jedna z takich gier, gdzie trzeba czasem umieć wykręcić combo skacząc przed siebie w celu ominięcia przeszkód i przy tym leci wiele przekleństw, ale kiedy już się wszystko uda satysfakcja jest przeogromna. Tak samo przy walkach z bossami. Jedna zajęła mi jakieś 7 godzin.

Oczywiście chodzi o to, że tyle raz podchodziłem, że sumarycznie tyle czasu na to zeszło. Najlepsze w tym jest to, że mimo iż z czasem pojawiała się frustracja i zastanawiałem się o co chodzi, byłem w miarę spokojny (przy innych grach rzucałem padem, czy kląłem na potęgę). Nawet zacząłem myśleć czy jedna kropka życia więcej, czy też ciut mocniejsza broń by mi pomogły, ale im dłużej grałem tym bardziej dochodziłem do wniosku, że po prostu muszę przejść tą walkę i tyle

Fabularnie, to nie mam zielonego pojęcia o co chodzi. W sumie to nie wiem czy jest jakaś fabuła. Jest jakiś świat – nawet fajny – ale czy fabuła, nie wiem. Może to jedna z tych gier, gdzie wszystko trzeba wyczytać między wierszami, interpretować? Nie przeszkadza mi to. Grunt, że po prostu się dobrze gra. Że człowiek czuje postęp – choć nie ukrywam, że już zdarzyło mi się utknąć, raz musiałem się wspomóc internetem. Za każdym razem, gdy trafiałem w nieznane, chęć eksploracji trzymała mnie przy grze.

To także, pierwsza gra od dawna w którą po prostu mogę grać cały czas. Oki, przesadzam, ale kilka pierwszych dni takie było (zresztą jakbym mógł grać cały czas, nie pisałbym tego posta). Teraz staram się robić także inne rzeczy, ale naprawdę na początku byłem wciągnięty. Zresztą te 7 godzin które wspomniałem wcześniej, to czas wycięty z jednego dnia – dwóch, bo 30 minut po północy w końcu mi się udało. Wróciłem na ławeczkę (savepoint) i wraz z głównym bohaterem odpocząłem wyłączając Switcha.

W Hollow Knightcie podoba mi się oprawa graficzna. Twórcy (aż 2, plus dwóch dodatkowych po tym, jak udało im się zebrać kasę na kickstarterze) nie poszli w 3d (no jakoś tak mają małe zespoły, myślę że to jednak więcej roboty), nie chwycili się też pixelartu, a ten często jest bardziej art niż fajny jak dla mnie, tylko zrobili przecudną, może nie zawsze ultra szczegółową (a to też zaleta) grafikę 2d, jak to czasem się mówi – ręcznie rysowaną.

Przez styl, z początku miałem łezkę w oku atakując przeciwników. Smutne żuczki niby atakowały, ale wyglądały tak sympatycznie i ponuro, że bardziej im współczułem. Uwielbiam uwalniać robaki ze słoików. Gdy taki jest w pobliżu piszczy, już się w serduszku coś robi i chęć pomocy wzbiera na sile. Zwykle nie tak łatwo do nich dojść, ale odwiedzanie kolonii do której trafiają po uwolnieniu sprawia mi radochę (i wcale nie chodzi o te monety, które rzuca starszyzna).

Aż tylu ich na razie nie mam, ale nawet jak skończę grę, to wrócę by uwolnić wszystkich.

Cudowna to gra. Owszem, nie powiem by była idealna, ale w każdej, nawet w tej najbardziej kochanej można znaleźć głupoty, które nam przeszkadzają. Zapłaciłem jakieś 60% ceny, ale wiem że jeżeli chciałbym (a chciałbym, ale może nie teraz) dać twórcom zarobić to mógłbym kupić sobie wersję na PS4. A może kiedyś uda im się wydać wersję pudełkową. Wtedy bardzo chętnie zakupię. Albo wymyślą kolejny majstersztyk – czego im życzę.

Tylko czy wtedy nie będę już wyrzucał kasy na ciuszki do DoA6?

Arena po raz kolejny

Gdy siadłem kilka dni temu do (MtG) Areny doszedłem do wniosku, że ten okres gdy wychodzi nowy dodatek to mój ulubiony. Od dłuższego czasu nie grałem standardu ze względu na logistykę i chęci wydawania kasy na karty. Do tego, gdy ludzie dostają nowe karty a profesjonaliści jeszcze nie zagrali swoich cudownych turniejów, tzw. meta się jeszcze nie ustaliła i każda kolejna gra to walka przeciw czemuś innemu.

Oczywiście bywają talie stare, dobrze znane, z drobnymi zmianami. Ale jest też sporo nowości. Niestety wiem, że ten stan rzeczy nie utrzyma się wieki, a później będzie coraz nudniej.

Dokładnie zacznie się to, co w Magicu mnie zawsze męczyło i wkurzało. Powtarzalność i znudzenie. Do tego Arena nie pozwala zbytnio na częste zmiany talii. A ja lubię grać czymś nowym, często niestety przyjdzie wydać wszystkie wildcardy na karty potrzebne do jakiejś specyficznej konstrukcji, która nie będzie się sprawdzać a przecież bez sensu tak non stop przegrywać. Do tego, nie ma jakiejś metody by przywrócić choćby część zużytych dzikich kart. Przez co zaczyna się grind i coraz więcej godzin spędzonych przed Magiciem.

Dlatego też myślę, że daruję sobie dalszą zabawę. Czas z gumy nie jest a nawet kilka partii MtG to czas kiedy mógłbym robić coś innego. Pewno nie zacznę, ale przez te 8 lat zabawy moje podejście do gry się zmieniło. Kiedyś myślałem że to fajna gra, gdzie ludzie sami wymyślają to i tamto. Później odkryłem, że lepiej skopiować coś z internetu. Że lepiej kupić pojedyncze karty niż boostery. I choć te nadal lubię otwierać, to ilość kart kompletnie nieprzydatnych rośnie z każdą paczką. A co gorsza, ciężko cokolwiek z nimi zrobić.

Magic mnie nie opuści, bo to zbyt dobra zabawa – od czasu do czasu. Zostanę przy papierkach i EDH, oraz kolekcjonerstwie. Przez lata sam mówiłem, że karcianka na komputerze to nie karcianka, a teraz gram… w tą JPGówkę. Po prostu musimy znaleźć jakiś kompromis w tym związku.

Bo Hitomi będzie zła.

Oj moje pieniądze #3

Ostatnio klikam w Venus Vacation. Tak bez spiny. Od zdobywam co się tam zdobędzie, biorę tę/tą gaczczę i liczę że i tak nic nie wylosuję. Chyba dobrze, że prawie nic tam nie rozumiem, bo jeszcze zrozumiałbym co robię i się wciągnął.

I tak chciałem we wpisie o cyfrowym pięknie i sztucznych piersiach napisać o tym jak śmiać mi się chce i jak bardzo jestem zażenowany podejściem serwisów do Dead or Alive 6 i tego, że jednak nie będzie tak stonowane jak zapowiadali, że nadal stroję będą pokazywać trochę ciała, że biust dalej będzie falował. Ale się powstrzymałem i zmieniłem tytuł.

Czasem chwytam się już za klawiaturę by stanąć w obronie dobrego mordobicia. By wyrzucić z siebie emocje i powiedzieć co o tych ludziach sądzę. Cieszę się, że w ostateczności tego nie robię, ale żałuję że chwytam się na te clickbejtowe tytuły licząc, że ktoś kiedyś napisze tam coś sensownego.

I mimo, że Yohei Shimbori w jednym z wywiadów powiedział, że nie będzie na starcie (a później… kto wie) trybu fotograficznego, to ja nadal mam zamiar wydać pieniądze, górę pieniędzy.

Gdybym powiedział, że nie rozumiem jak można takie głupoty pisać bym skłamał. Rozumiem, że nie chodzi prawdę, rzetelność, czy sensowne podejście do sprawy tylko o to by ludzie czytali a później swą opinię opierali tylko i wyłącznie o wycinek informacji o produkcie.

Gdybym zaczął zastanawiać się jak można wstydzić grać w grę, w której kobiece postacie są ładne i seksowne, to też bym się skłamał. Tylko co w tym złego, że jestem starym dziadem i lubię popatrzeć sobie na ładne rzeczy. Zresztą pisałem o tym nie raz, że gdy człowiek skupi się na grze, na próbie wygrani to szczegóły tracą na znaczeniu.

Kiedyś byłem bardziej zaangażowany w internetowe dyskusje. Wtedy też byłem bardziej trolowaty, pisałem byle co i gdzie popadnie. Nic nie wnosiłem do dyskusji. Dziś wiem, że nawet jakbym miał co powiedzieć, to rzadko kiedy jest sens cokolwiek pisać.

I dlatego lepiej jak pójdę sobie coś pograć.

Nie wiem czy mi się chce

Zanim jeszcze zacząłem grać w drugą Yakuzę Kiwami miałem taki plan by zrobić w niej platynę. Ambitny, bo taka zabawa zajmuje dużo czasu. Do tego jeszcze nie wiem do końca, jak mocno bym klął przy mahjongu, czy karaoke próbując zrobić te kilka misji z nimi związanych.

I chyba właśnie największy problem to ten czas. Czas, kiedy zamiast pisać bzdur na blogu mógłbym kończyć historię rozbudowy Kamurocho Hills. Czas kiedy zamiast nawalać w guzik na klawiaturze, mógłbym opanowywać zasady mahjonga czy wyklepywać kombinacje w kolejnej piosence na karaoke.

Do końca stycznia, czyli potencjalnego nadejścia Kingdom Heartsa III jeszcze jest trochę czasu. Ja nawet nie wiem czy aktualnie chce zabrać się za cokolwiek innego. Jakoś przeraża mnie perspektywa kilku rzeczy w Yakuzie. Czuję, że albo fuksem pójdzie szybko, albo będę długo starał się zrobić kilka rzeczy przy których mój mały rozumek nie da rady.

Seria Yakuza jest świetna. Wyborne postaci, ciekawa historia. Cała reszta dodatków i mini gier często umila nam zabawa głównie dlatego, że nie musimy ich robić aby grę skończyć. A ja ją skończyłem. Nie tak jak sobie kiedyś postanowiłem jakiś czas temu.

Ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Skrytykuję Smasha, bo w sumie mogę.

Z końcem 2017 roku kupowałem Legend of Zelda Breath of the Wild, czyli grę roku 2017. Sprawdziłem co w niej jest takie dobrego i w sumie rozumiem czemu ktoś może stawiać ją na piedestale. Z końcem 2018 roku zakupiłem Super Smash Bros Ultimate, grę która mimo że wyszła z początkiem grudnia (2018), jest najlepiej sprzedającą się grą na amazonie w roku 2018. No szacun, ale…

Właśnie. Kupiłem, ale nie na amazonie, więc nie dorzuciłem się do tej statystyki. Wcześniej byłem raczej niechętny, bo tak zwykle reaguję na hype, a ten był potężny (bardzo potężny). Nigdy nie miałem okazji grać w którąkolwiek wcześniejszą cześć, więc nie rozumiałem o co tyle zachodu, ale o dobrych recenzjach postanowiłem, że sprawdzę na własnej skórze o co w tym całym Super Smash Bros Ultimate chodzi.

No i wiele nie pograłem, ale czuję się na razie zawiedziony. Nie czuję by gra kiedykolwiek wytłumaczyła mi co mam robić i jak. Nie proszę się o super porady i taktyki, ale nawet przed pierwszą walką nie znalazłem prostego poradnika (aka tutoriala). Ba do sterowania trochę musiałem się dokopywać. Tak więc zacząłem grać i… poczułem, że komuś chyba nie zależy by mnie zachęcić do zabawy. Lub ktoś uznaje, że SSBU nie kupi ktoś kto nigdy w Smasha nie grał.

Może po prostu Nintendo zatrzymało się w latach 90, XX w. jeżeli chodzi o tworzenie gier. Jasne, przesadzam bo technicznie to nie mam nic do zarzucenia, tylko chciałbym zobaczyć króciutki filmik tłumaczący że jak nacisnę “B” to… zrobię to i tamto.

I to chyba największy zarzut jaki mam do tej gry. Bo to, że czasem nie daję sobie rady w trybie fabularnym, że odkrywam po omacku to przeżyję. Tylko walcząc częściej ginę przez przypadek. Czasem wygrywam i w sumie nie wiem czemu. Bywa tak, że wchodzę do walki i nic nie mogę zrobić, albo tak, że po 5 ciosie wygrywam… w obu przypadkach niekoniecznie wiem co się dzieje.

Chciałbym czasem nie musieć szukać w internecie o co chodzi. Chciałbym wejść do gry online i czuć, że jedyne co sprawia że przegrywam/wygrywam to moje umiejętności a nie jakiś los, szczęście czy przypadek.

Na koniec dodam, że nie pograłem jakoś dużo, choć tak z 35-50% tego czasu spędziłem przy jednej walce w trybie fabularnym. Miałem już wyrzucić konsolę, grę i pada. Ale nie wyrzuciłem, walkę przeszedłem i może jeszcze coś pogram.

Bo, żal tak 250 zł wydać i nic z tym nie zrobić…

Gry losowe mnie nie lubią

Wiadomo, że gdy nam nie idzie wypada na coś narzekać. Ja zawsze narzekam na szczęście, a raczej jego brak. I tak w MtG, nawet mając całkiem niezły deck, gdzieś nie dochodzi akurat coś dobrego. Ja tam nie mówię o tej jednej idealnej karcie, ale zwykle dochodzi po prostu to co jest najbardziej niepotrzebne.

Dziś, grając w Yakuzie Kiwami 2 w mahjonga kiedy zacząłem zbierać klocki by coś ugrać, próbując to zrobić jakoś logicznie – choć nie ukrywam, że dalej daleko mi do kompletnego zrozumienia tego co się na stole dzieje – dostawałem oczywiście nie to co trzeba. Ba nawet gdy odrzuciłem jakiś klocek, to za chwilę dostawałem taki, że gdybym tego nie zrobił to miałbym ładny komplecik.

Ah to moje szczęście. Dobrze, że chociaż ostatnio Tamaki w DoAXVV dostałem.

e-dziewczyny w e-bikini #15

No i sam nie wiem jak ostatnim razem się zarzekałem i kiedy miałem wrócić do tych wirtualnych fantazji. Pewno sporo czasu zajęło mi podążanie za Jade, ale też jakoś nie miałem przekonania by sięgać po Dead or Alive Xtreme Venus Vacation ponownie. No i przełamałem się. Pewno widok fajnych ciuszków, zachęcił mnie by spróbować ponownie klikadła. I tak się stało.

Tu książka, tam karty. Zacząłem Yakuzę Kiwami 2 i czasem próbuję zagrać parę gier na Arenie a i chwilę na Wakacje Wenusianek znajdę. Ponieważ przesiadłem się na komputer stacjonarny, to z tą zabawą jest lepiej. Drażni jedynie tempo wczytywania, ale gdy ściera się kurze, można od czasu do czasu podejść, kilka razy kliknąć, zetrzeć półeczkę i znowu coś kliknąć. Do tego oczywiście nie mogę włączyć super ekstra efektów i mega cudownych modeli, ale do narzekania, że nie dostaję tego co akurat bym chciał takowe nie są mi potrzebne.

Zresztą DoAXVV uświadomiło mi co takiego fajnego jest w tej zabawie. Przypomniało mi, że w latach 90 był taki program – kompletnie nie mogę przypomnieć sobie jego nazwy – gdzie kobiece postaci z anime, można było przebierać w różne ciuszki. Oczywiście nie miałem wtedy komputera by spróbować tej zabawy, ale już wtedy, w mały umyśle (które pewno stał się jeszcze mniejszy) pojawiła się ta prosta myśl “to jest świetne”.

I pewno o to dalej chodzi, tylko technologia poszła do przodu. Poza zakładaniem kolejnych ciuszków, można posłuchać krzepiących słów. Poczuć, że ktoś o nas myśli i się martwi. Rzecz jaką potrzebuje każdy otaku, gdy wokół niego zawistny i prawdziwy świat.

Gdy włączyłem, któryś raz z kolei symulator przebieralni kostiumów kąpielowych, a Misaki spytała mnie (w wolnym tłumaczeniu) “O tej porze, nadal w pracy?”, uśmiechnąłem się. Celowo popatrzyłem na zegarek, w Japonii była 1:18 w nocy, a wirtualna dziewczyna się o nas martwi.

No dobra, po prostu twórcy wiedzą, że takie gry nie włącza się by w nie grać, tylko by służyły jako tło do czegoś innego.

Ale mimo wszystko to miło.

Things are looking up+

Gdy pisałem poprzedni wpis na temat Dragon Questa XI, miałem inne wyobrażenie odnośnie tego co dalej po napisach – jak mi się zdawało – końcowych. Teraz czuję się pozytywnie zaskoczony i jakoś tak przytłoczony.

Tak dochodzę do wniosku, że słowa Qui-Gon Jinna mówiące że Zawsze znajdzie się większa ryba i tutaj okazują się prawdą. Wątek tego jeszcze bardziej złego delikatnie jest wpleciony we wcześniejszą fabułę i pokazuje, że cofając się w czasie, zmieniając pewne rzeczy sami rzucamy sobie kłody pod nogi. Nie ukrywam podoba mi się taki obrót spraw.

To co mi się nie podoba, to że nie wiem gdzie łapy włożyć. Sztucznie podniosłem poziom do 99. Teraz mogę przeciwników omijać i w sumie trochę tego żałuję, bo zrobi się z tego jakiś taki sandbox, gdzie biegam tylko z miejsca na miejsce.

Niby w prawie każdym mieście dostaję jakieś dodatkowe zadanie do zrobienia, doszły dodatkowe subquesty a ja nie wiem od czego zacząć i w sumie po co. Nawet nie wiem czy chce mi się ruszać dalej fabułę, bo mam takie przeczucie że będzie pod górkę – nawet z 99 poziomem. Zostało mi także kilka osiągnięć do zrobienia i pewno postaram się na tym skupić.

Tak więc, moja przygoda z Jade się nie skończyła. I mimo, że do DQXI siadam z lekkim oporem, to nie powiem że się męczę grając. No chyba, że nawalam w X próbując ugrać żetony w kasynie. Trochę to nuży.

Nadal uważam że to świetny RPG.

5 Kręgów i ja.

Mam taki problem z Legendą 5 Kręgów. Szybko się wkręcam, przez obrazki. Niedawno kupiłem sobie podręcznik do gry fabularnej. Oczywiście nie przeczytałem zasad, ale głowa już gdzieś kmini by coś zrobić. Ale znam swoje lenistwo lepiej niż zasady L5R RPG i to bez czytania.

Świat ten od dawna mi się podobał. To trochę takie fantasy wzorowane głownie na feudalnej Japonii. Gdzie poza politycznymi intrygami, ludzkimi tragediami mamy także Krainę Cieni i demony, które napierają na Rokugan. Zrobiłem kiedyś jedną sesję Krain Wschodu – dodatku do Dungeons & Dragons trzeciej edycji – ale wtedy byłem jeszcze gorszym miszczem gry niż jestem dziś. Tak jest, to było możliwe.

Brałem także udział w jednej sesji i poczułem, że na kolejną mnie nie zaproszą. Jak to czasem mówię, grali jakby z “kijem w dupie”. A mi Japonia nie kojarzy się ze sztywnością, formalnością na każdym kroku. Choć pewno ludzie na co dzień chodzili smutni, skupieni i zamyśleni. W końcu to taki kraj. Codziennie rano chcąc wypić herbatę robili długą ceremonię (oki, może picie herbaty nie było tak samo popularne jak dziś), po drodze co chwilę się kłaniali i rzucali wszędzie sensei czy inny banzai.

Ja jakoś nie umiem zrozumieć tego podejścia do L5R (a wiem co mówię w końcu obejrzałem kilka odcinków Ryomadena). Może ktoś za to lubi L5R, że pewne rzeczy może odgrywać inaczej niż prawie w każdym systemie nie tylko fantasy. Ale co stoi na przeszkodzie by stworzona postać do np. Cyberpunka, była niezwykle skryta, do bólu uprzejma i miała swoje rytuały, które byłby tylko dla innych stratą czasu.

Jeżeli kiedykolwiek uda mi się zasiąść do prowadzenia Legendy, będzie to bardzie przypominać detektywistyczną sesję Zewu Cthulhu, niż myślenie czy wstaję prawą nogą i odsuwam się do tyłu, czy lewą i robię dwa piruety a następnie, wiadomo kłaniam się tylko, czy pochylam się pod kątem 30 stopni, a może 43?

Może zrobię z Legendy kolejne Dungeons & Dragons, zabarwione tylko kolorem kwitnącej wiśni, gdzie szukanie duchów i walka z demonami będą ważniejsze niż feudalna hierarchia i etykieta – choć oczywiście będę starał się by te nie zniknęły doszczętnie.

Szkoda tylko, że fajne postacie w podręcznikach Legendowych i na kartach to te żeńskie, a moi potencjalni gracze nie są tacy ładni.