Kategorie
Wszystko i nic

Z pamiętnika kuriera…

Poprzedni wpis wspomina o jakiś Catherine’ach i Astral Chainach, a ja nawet nie wiem jak te gry wyglądają. Fire Emblema nie skończyłem, jakoś nie mogłem. Może wrócę. Pewno jak do Zeldy. Pomijam, że w tym czasie udało mi się kupić kilka gier a ja dalej biegałem po Eorzei, bo tam pełno roboty. Ale przyszedł Death Stranding (oraz River City Girls) i podróżowanie z paczkami mnie wciągnęło.

Teraz podłączam Amerykę do sieci chiralnej, obijam tych którzy chcą być obici w River City Girls, oraz próbuję zrobić jakiś postęp w Final Fantasy XIV. Życie zaczyna brakować a pamiętam taki czas, gdy byłem chętny czas wolny sprzedać.

I tak szczerze mówiąc sam nie wiem co takiego wciągającego jest w Death Stranding. Pisząc, że bierze się paczkę z jednego miejsca i dostarcza w drugie dużo upraszczam, ale bezsensu opisywać tu proste, a jakże genialne mechaniki podróżowania.

Wydaje mi się, że to ta inność tej gry. Nagle po prostu idziemy (kolejny raz upraszczam). Bierzemy pakunki na plecy i gdzieś po zielonej trawie idziemy przed siebie, sporadycznie włączy się jakiś spokojny, nastrojowy utwór i człowiek się relaksuje.

By za chwilę zaczął padać temporalny deszcz który postarza (uszkadza) nasze pakunki, pojawili się wynurzeni, którzy chcą nas zabić, czy napatoczyły MUŁy, które chcą nas okraść. Cały spokój szlag trafia a człowiek robi wszystko by po prostu ominąć niebezpieczne tereny.

Z zabawy w kuriera, zaczynamy bawić się w skradankę, stratega – paczka ułożona niżej później się psuje od deszczu – i pomagamy innym zostawiając liny, drabinki czy stawiając mosty.

Niby idziemy, a czasem jedziemy, od punktu A do B, ale zawsze jakaś paczuszka leży kawałeczek od nas. To klika kroków w prawo i ją podnosimy. Po czym okazuje się, że kolejnych kilka kroków dalej, kolejna paczka. Z czasem wyznaczona przez nas trasa przestaje istnieć, a my zamiast spokojnie nieść 40 – 50 kg, dźwigamy 120 i Sam chwieje się z prawej na lewą, ciężko mu utrzymać równowagę a z czasem nawet musi na chwilę siąść by odpocząć.

Mam tak, może poza jakimiś mały wyjątkami, których teraz nie wymyślę, że nie jestem w stanie grać non-stop w jeden gatunek gier. Te 50-60 godzin robienia prawie tego samego zaczyna mnie męczyć i muszę znaleźć odpowiedni moment by pójść do przodu i skończyć grę. Ponieważ Death Stranding jest grą inną od tego co znajduje się na rynku, grą w jakąś jeszcze nie grałem, gra mi się w nią cholernie dobrze.

Z czasem pewno przyjdzie znudzenie, ale wtedy mam nadzieję, że już skończę zabawę w dystopijnej (jakkolwiek to odmienić) Ameryce i będę mógł odkopywać się z kupki wstydu.

PS. Ponieważ czasu wolnego na to co bym chciał robić nie mam, nie mam zamiaru czytać ponownie tego wpisu, więc go publikuję. I tak nie będzie dobry.

Kategorie
krótko, o byle czym

Oj za dużo tego, za dużo

Gdy wchodzę do panelu i widzę aktualizację aż czterech pluginów to wiem, że dawno mnie tu nie było. Nie no przesada, ale tak się składa, że aktualnie mam zbyt wiele zajęć by móc i spróbować coś napisać na blogu (tak, tak, znalazłem chwilę).

Tak więc, jak skończę Fire Emblema, oraz Cathering i Astral Chaina pojawi się Death Stranding a ja nadal będę zwiedzał Eorzeę. Dużo grania, dużo malowania figurek a i czasem coś poczytam.

Dlatego tutaj tak pusto. Ale kiedyś się znudzę. Siądę, pomyślę i napiszę coś dłuższego.

I tak będzie bez sensu.

Kategorie
plejstejszyn i słicz

Zacząłem by rzucić wszystko inne #0

To taki wstęp. Może pierwszy z jakiegoś dłuższego cyklu. Ba nawet pojawił się pomysł bym pisał na ten temat w miarę regularnie, bym prowadził prawdziwego webloga z tej gry ale u mnie za pomysłami i chęciami nie idą czyny. Już dawno zapomniałem co to “regularność” i to w wielu dziedzinach.

Tak więc, jakieś tygodnie* temu zacząłem grać w Final Fantasy XIV. Zacznę od tego, by nakreślić trochę historii dlaczego się zabrałem za granie w Final Fantasy XIV – w tym będzie ciut o tym czym FFXIV jest i dlaczego nie powinienem był się zabierać do tej zabawy.

Kategorie
plejstejszyn i słicz

Powrót do Hyrule

Raz. Jeszcze zanim przyszedł Judgement udało mi się zasiąść ponownie do The Legend of Zelda Breath of the Wild. Jakoś rzadko kiedy zdarza mi się wracać do tego typu gier. A jeżeli już to się zdarzy, to zaczynam od początku. Powód banalny – bo zapominam jak się w grę grało.

Tutaj było inaczej. Może to przez brata, który zaczął Linkiem biegać gdzieś tam w Hyrule. Ten chwilowy powrót dał mi także nowe spojrzenie na BotW, grę tak ogromną, że za jednym razem ciężko ją ukończyć. Ta – dość długa – chwila oddechu sprawiła, że gdzieś na nowo cieszyłem się tą przygodą i choć nadal jej nie ukończyłem, czuję, chcę i mam nadzieję to zrobić ponownie.

Może kiedyś, zanim wyjdzie sequel.

Kategorie
plejstejszyn i słicz

I po sprawie…

Judgement skończony. Sprawa Kreta zamknięta. Co mogłem i chciałem zrobić, zrobiłem i choć zawsze po grze z serii Yakuza mam niedosyt to wiem, że kiedyś trzeba powiedzieć dość i pójść do przodu.

Chcę zamykając temat napisać kilka słów podsumowania, napisać co bym zmienił – niekoniecznie jak i dlatego nie grałem z angielskim dubbingiem. A może coś jeszcze.

Kategorie
plejstejszyn i słicz

Niby nie Yakuza

Judgement przyszedł to zacząłem grać. Gra się bardzo dobrze. Cały czas mam wrażenie, że to kolejna część Yakuzy, choć to niby nie Yakuza.

Brzmi to pokrętnie, ale w sumie to prosta rzecz. Toshiro Nagoshi współtwórca, producent itd. serii Yakuza chciał zrobić inną grę i zrobił Judgementa. Nie posługuję się tutaj cytatem, ale jeżeli to ma być inna gra, to ja chyba się nie znam. I kompletnie nie chodzi o to, że to zła gra tylko…

Kategorie
plejstejszyn i słicz

Poległem : Last Remnant Remastered

Gdy odpuszczam sobie grę w połowie (choć tak naprawdę nie wiem jak dużo przede mną), to czuję że nie powinienem o niej pisać czegokolwiek. Z drugiej strony może to taka gra, której głównym problemem jest to, że nudzi już po kilku godzinach grania. Sam nie wiem bo mam trochę mieszane uczucia co do Last Remnanta.

Nie przeszkadza mi przeciętny angielski dubbing (bo rzadko kiedy tutaj kładzie się na tyle dużą kasę by wyszło to świetnie), także nie przejmuje się nijaką fabułą – choć tutaj ocena wynika tylko ze znajomości początku tej historii.

Zdaje sobie sprawę, że to stara gra, odświeżona na nowe konsole. Dużo tych drobnych, wkurzający rzeczy jakoś jestem w stanie przeboleć. Mogę przeboleć także to, że to gra trudna wymagając i czasem skomplikowana. Nie mogę przeboleć tego, że spora doza tej trudności bierze się z jej losowości, a skomplikowanie z braku jakiegoś sensownego tutorialu i możliwości powtórzenia niektórych podpowiedzi, na które trafiliśmy gdzieś w grze i nam umknęły.

Właśnie walka to rzecz która mnie z jednej strony ciekawi, a z drugiej niemiłosiernie wkurza. Do walki przystępujemy kilkoma zespołami a każdy z nich ma kilka jednostek – zespoły ustalamy sami i tutaj też nie wszystko rozumiem, ale pominę ten fakt, ot może coś przegapiłem jak gra próbowała mi tłumaczyć.

Podczas potyczki wybieramy który zespół kogo zaatakuje (także zespoły, czasem jednoosobowe), oraz wybieramy jedną z opcji w stylu atakuj, użyj zdolności bojowych, lecz się etc. Im więcej nasze postaci nauczą się umiejętności, tym coraz dziwniejsze akcje się nam pojawiają, lecz te zwykle ograniczają się do 5 opcji. Do tego główny mój problem polega na tym, że jeżeli wybierzemy użyj zdolności bojowych to tak naprawdę całość dobierana jest bardzo losowo. Czasem zastanawiałem się, czemu po wybraniu tej opcji tylko jedna postać używa skilla a pozostałe – choć jestem pewien, że jakieś mają – nie. Później oczywiście ktoś nie trafi czy też nagle się okazuje, że po wybraniu lecz się ktoś nie zdąży się podleczyć.

Nie rozumiem czy gra sama w sobie nam rzuca kłody pod nogi, czy pomaga optymalizować zasoby. Wiem, że losowość od zawsze istniała w grach i się na nią godzę. Ale tutaj jest jej zbyt wiele i czuję, że wiele nie jestem w stanie przewidzieć. Do tego gdzieś obiło mi się o uszy, że to gra taktyczna i może coś w tym jest, ale jak na grę taktyczną to zbyt mało rzeczy gra nam pokazuje a zbyt wiele dzieje się przypadkowo.

Last Remnant to taka gra 5/10. Dobra, ale dla specyficznego grona graczy. Chętnie bym do niej kiedyś wrócił, ale patrząc ile gier ma wyjść/leży na półce wątpię, że kiedykolwiek to się stanie. Myślę, że przerosła mnie jej trudność i nie znalazłem tam nic co wynagradzałoby mi widok ekranu game over oraz ponowne próby przebicia się przez problematyczne walki.

Po prostu zrobiłem się na starość coraz bardziej wybredny…

Kategorie
plejstejszyn i słicz

Czekając na Osąd…

Patrząc na datę ostatniego wpisu to byłem bezproduktywny w grafomańskiej materii przez półtora miesiąca. Coś tam po drodze kombinowałem, ale nic z tego nie wyszło. Trochę się poobijałem, trochę pograłem i parę razy miałem coś napisać.

Skończyłem demo, czy też prolog 13 Sentinels: Aegis Rim. Japońskie, więc przez większość czasu albo cieszyłem się z grafiki, która chyba w każdej grze Vanillaware jest cudowna. Słuchałem co do mnie mówią, niewiele rozumiejąc i próbowałem wykminić co w tej grze się dzieje i gdzie tak naprawdę gramy. Ciut po tym demie boję się, że ktoś zainspirował się symulatorami chodzenia. Ja rozumiem, że można zrobić ciekawą fabułę. Dobrze ją przedstawić. Że gry stały się takim medium, które może/chce przekazywać pewne wartości, dawać do myślenia a nie tylko “LPP, LPP, LPP, LPP”.

十三機兵防衛圏 プロローグ_20190422112813

Boje się bo zarówno Odin Sphere jak i Muramasa to mechanicznie prawie identyczne gry, tylko świat inny. Później był Dragon’s Crown. Kolejna cudowna gra i w sumie można by doszukiwać się pewnych podobieństw w samym graniu. Gdzieś liczyłem że Aegis Rim będzie podobny do tych dwóch pierwszych. Po prostu chcę czuć, że gram. Jeżeli chcę sobie spotkać się z jakąś historią to sięgam po książkę, komiks, serial, czy film. Gry dla mnie mają to do siebie, że gram – choć nie wiem jak to zdefiniować. Takie dziwne uczucie robienia czegoś poza przerzucaniem dialogów. I nie przekonywuje mnie, że daną scenę mogę z innej perspektywy obejrzeć, że mogę czasem wybrać kolejność działań i historia się inaczej skończy.

Wiem, że cokolwiek by z tego nie powstało bardzo chętnie grę kupię. Z jaką uwagą będę grał? Czy skończę? Czy będę chwalił? Dowiem się jak… pogram. Liczę, że japoński prolog, który kupiłem tylko i wyłącznie dla płyty z muzyką, to tylko wstęp do historii i możliwość nacieszenia oczu piękną grafiką. Liczę, że w finalnym produkcie, coś będzie się robić, poza wybieraniem kolejności przerzucanych dialogów. I naprawdę nie mam nic do tego, by ta gra nie przypominała poprzedniczek.

Później przyszedł czas na Yoshi’s Crafted World. Grę dla dzieci z cudownym dinozaurem w roli głównej. Takie inne Super Mario. Świetnie się bawiłem. Zdobywałem kwiatki i pieniążki w każdym świecie. Czasem posiłkowałem się internetem, czasem wytrzeszczałem oczy by znaleźć te wszystkie znajdźki. Myślałem prosta gra dla dzieci, to będzie to pierwsza gra na Switcha, w której zrobię absolutnie wszystko! No i się myliłem. Po przejściu gry, jak w każdej dobrej grze, otwierają się nowe światy, wyzwania. Uważam to za plus, ale niestety te wyzwania ciut mnie przerosły. Pewno kilkuletnie dziecko lepiej by sobie poradziło niż stary dziad jak ja. W końcu to gra dla dzieci.

I pewno dlatego też ma ona pełno uroku. Bardzo sympatycznie się gra, a pomysłowość w każdym następnym poziomie zaskakuje. Czasem byłem zdumiony tym, że tylko dla jednego etapu, twórcy opracowali kompletnie inną mechanikę -latanie samolotem, czy jazda po torze. Praktycznie do samego końca, programiści wymyślali drobne rzeczy, które wpływały na grę. Wybuchający przeciwnicy, których można połknąć by później wysadzić kawałek ściany. Magnes, który przyczepia się do puszek wiszących na sznurkach. Przeciwnicy, którzy dobrze pokierowani – gonią nas by odebrać serduszka życia – niszczą fragmenty planszy otwierają nowe przejścia. Gra daje takie poczucie świeżości przez cały czas. Jedyny minus, to muzyka. Bardzo przeciętna. W sumie to jeden utwór zgrabnie aranżowany pod to co widzimy na ekranie, ale to taki malutki minusik.

Teraz gram, męczę, próbuję The Last Remnant Remastered. Pamiętając całkiem dobry soundtrack Tsuyoshiego Sekito, pomyślałem by sprawdzić grę do której muzyka ta była napisana. Zresztą muzyka to często dla mnie punkt wyjściowy by grę kupić – choć dziś to się często zmienia. Kupiłem na promocji, chwyciłem z ciekawości (zresztą chyba po coś kupowałem) i naczytałem się różnych głupot. Takich, że prawie wypada nie walczyć, czy mądrze wybierać walki by nie mieć problemów. A największym z problemów może być to, że ostatni boss będzie niemożliwy do pokonania. Grając w grę. Próbując się nauczyć grać, próbując zrobić wszystko co zaplanowali twórcy, sprawiamy że nie zobaczymy kto ją stworzył – choć tu kłamię bo listę płac można z menu sobie włączyć, może właśnie dlatego tam jest.

Gram z nastawieniem najwyżej. Poczytałem, że już wersja PC była pod tym względem udoskonalona (to nie sarkazm, faktycznie coś zrobili by było łatwiej, czy jakoś tak) a wersja na Playstion 4 stworzona jest w oparciu o wersję PC. To też problem internetu. Człowiek nie załapał czy też przerzucił jak tłumaczyli w grze jak się gra i szuka by się czegoś dowiedzieć i dowiaduje się czegoś kompletnie innego.

Na początku często widywałem napis Game Over. Teraz praktycznie się to nie zdarza, lecz nie da się ukryć, że nie wiem co się w tej grze dzieje – tak mechanicznie, bo fabularnie to na razie nic ciekawego się nie wydarzyło. To, że to gra starej generacji mogę przeboleć. Założenia w walce są ciekawe, bo nie walczymy jednostkami, tylko zespołami. Wybieram ogólny schemat zachowań – choć możemy podglądnąć, która postać jakiej akcji użyje. Wybieram przeciwnika do którego zespół podbiegnie i może za flankuje, albo np. na drodze stanie im inny przeciwnik. Może w walce jest jakaś głębia której nie dostrzegam.

Brakuje mi jeszcze tylko opcji japońskiego dubbingu. Angielski ciut męczy uszy, choć nie jest tak tragicznie. Do tego dziwne te rasy. Na pewno dość oryginalne – człowiek pantera (czy inny koteł) z 4 rękami – co uważam za plus, ale czasem czuję, że to nic nie zmienia i tylko ktoś poleciał zbyt daleko z fantazjowaniem.

Będzie co będzie. Gram. Coraz mniej się wkurzam i jak definitywnie skończę to coś więcej będę mógł powiedzieć. Zresztą czekam na Judgemnet. Grę twórców Yakuzy, która niby Yakuzą nie jest, ale jest. Tak głupio to brzmi, ale coś w tym prawdziwego.

PS. Miałem także, krótki romans z Final Fantasy XIV, który pozwolił mi zdecydować się na zakup nadchodzącego dodatku Shadowbringers. Viery, oraz kilka dni zabawy przekonały mnie by dać temu MMO kolejną szansę.

Ale głównie Viery…

Kategorie
plejstejszyn i słicz

Senjou no Valkyria 4

Jako fanboi Hitoshiego Sakimoto musiałem zagrać w kolejną część cyklu Valkyria Chronicles. Gram w czwórkę. Pamiętam, że ledwo zacząłem jedynkę a dwójkę porzuciłem – sam nie wiem czemu, ale chyba stała się zbyt trudna. Powiedziałbym, że gram dla muzyki, ale tak do końca nie jest. Czekam na ścieżkę dźwiękową, ale wiem że nic nowego na niej nie będzie.

Valkyria Chronicles 4 a także te wcześniejsze, ma wiele zalet. Ot, styl graficzny. Nie jestem wielkim miłośnikiem japońskiej animacji, przynajmniej takim co widząc anime już się ślinią, to jednak seria Segi świetnie tym stylem operuje na modelach trójwymiarowych. Swoje pewno robi design, oraz filtr nałożony na animacje.

Fabularnie czwórka (na razie) wypada solidnie. Nawet trafiłem na opinię, że to jedna z najlepszych fabuł w grach, a że nie skończyłem to nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Mnie tematyka wojenna zawsze w jakiś sposób odstraszała, sprawiała że się gubiłem. Tutaj takiego uczucia nie mam bo ta (fikcyjna) wojna między federacją a imperium jest tylko tłem do pokazania postaci ich motywacji, umiejętności i charakteru. A jak to w Japońskich grach bywa poważny temat, przeplatany jest gadkami o bekonie, babeczkach i piwie (nie wyszło mi z tego Razowe 3B (beer, babes, becon)).

Kolejna rzecz to unikalna jak na strategię mechanika. Choć tutaj poza tym, że jest inna niż w sporej ilości gier strategicznych, to często widzę pewne, drobne, wady. Ruch postaci, odbywa się w czasie rzeczywistym jak w grach akcji. Postać zużywa punkty akcji i zależnie od klasy ma ich więcej lub mniej. Wiadomo scout pobiegnie dalej niż lancer, ale nadal bywa tak, że braknie mu kilku punktów by podejść do osłony. To skutkuje wystawieniem się na ostrzał wroga i… litanię przekleństw z moich ust.

Z czasem łapie się jako takie wyczucie, ale wolałbym gdyby na mapie zarysowany był obszar gdzie postać idąc po prostej skończy ruch. Wiadomo palec na gałce czasem dziwnie chodzi i nie zawsze byłoby to idealne, ale dzięki temu łatwiej było by podejmować strategiczne działania.

Do tego drażni mnie bardzo fakt, że bywają takie misje w których pewne rzeczy zmieniają się o 180 stopni. Nie znam się na prowadzeniu wojny i mogę wyobrazić sobie, tak może to wyglądać, ale czasem człowiek dostaje w kość. Choć nie ukrywam, że odkrycie możliwości zapisu w dowolnym momencie misji, oraz pogodzenie się z faktem iż nie każdą misję przejdę od razu z najwyższą oceną mocno ukoiło nerwy. Niemniej jednak, często zdarza się, że gra wręcz zmusza nas do porażki w danej misji, by robiąc ją po raz kolejny inaczej do niej podejść, głównie biorąc pod uwagę co stanie się z czasem.

Kolejną rzeczą, która nie do końca mi się podoba to awansowanie klas a nie postaci. Taki system sprawia, że zwracamy większej uwagi na członków swego składu, bo każdy z nich ma taki sam poziom. Do tego to co ich odróżnia od siebie – czyli potencjał aktywujący się w losowych chwilach – jest na tyle… losowy… że nie dbam o to, którego wezmę. Poza tym, często opisy są niejasne, kiedy takowy może się aktywować. Owszem taki double movement Minervy często może tylko pomóc, ale ja i tak biorę do walki gdyż jako ważniejsza fabularnie postać, daje mi dodatkowe punkty w turze.

Wspomnę jeszcze o jednej (w sumie dwóch, ale podobnych) upierdliwej kwestii. R&D, czyli ulepszenie broni/czołgów, czy też rozkazy podczas walki. W tym pierwszym przypadku, nasz spec od upgradeów za każdym razem musi powiedzieć trzy słowa. ZA KAŻDYM RAZEM. No ludzie złoci. Ja rozumiem, że Miles to może jakiś nerd i lubi ale ja jako gracz jestem tym już znużony i rozdrażniony. Poza tym, jak wydam różnego rodzaju bronie postacią, to nagle po upgradzie wszystkim się to zmienia. Mah… i znowu myślenie, co komu dać.

Co do rozkazów. Chyba wiem, czemu ich prawie nie używam i nie używałem kiedyś. Animacja i gadka za każdym razem, a w przypadku tych wydawanych statkowi wspierającemu nas w walce to animacja może nie jest długa, ale patrzenie jak po raz 10 zaczynają używać radaru, albo jak montują czołgi by wykonać ostrzał męczy (męczy już za drugim razem).

I tak sobie myślę, że więcej narzekam niż zachwalam. Nie wspomniałem o muzyce, bo ta w sumie od pierwszej części jest dobra i nie męczy, choć mam wrażenie, że tutaj więcej recyklingu niż rzeczy nowych. A jak więcej narzekam, to czemu gram?

Bo to dobra gra. W wielu tak jest, że chętnie byśmy pewne drobne rzeczy zmienili. I mimo, że czasem przeszkadza to i owo, to jednak siedzimy, gramy, przymykamy oko by wady nie przysłaniały nam zalet.

Świetne kobitki, ze zgrabnymi tyłkami. Sympatycznie goście tacy jak Aulard. Jak człowiek nauczy się trochę bawić i ciut podmaksuje to idzie jakoś łatwiej. Jasne, nadal rzucam mięsem od czasu do czasu. Nadal wkurzam się, że coś głupio wyszło, źle poszło i że mogłem to przewidzieć.

I jakby nie było mam nadzieję, że to nie ostatnia Valkyria Chronicles, choć czwarta nie sprzedała się zbyt dobrze.

Kategorie
żywy, nie martwy

Dead or Alive 6 #2

Miał być wpis o czymś innym. Taki głupi więc dałem sobie z tym spokój i postanowiłem przerobić. Jest kilka rzeczy które denerwują mnie w Dead or Alive 6 bardziej niż brak umiejętności, mój button mashing i przegrywanie.

Pierwsza to RageQuity. Na szczęście tych miałem nie dużo, a od czasu jak zacząłem je nagrywać to zdarzyły się w sumie cztery. Ale nadal to wkurza, szczególnie gdy mogę za taką wygraną dostać więcej, bo wygrałem z kimś lepszym.

 

Nie wiem czy to brak jakiejś pokory, szacunku. Pewno ten z wyższym rankingiem mówi sobie a fuksiarz, gra laguje i dlatego mu się udało (sam czasem na to klnę, ale wiem że to tylko tak by wyrzucić z siebie emocje), wytarguje kabel i zaczyna szukanie od nowa ludzi do podbijania rankingu. Tylko im wyższy ranking będzie miał, tym częściej zacznie spotykać ludzi, którzy nawet nie pozwolą mu się ruszyć i w ten sposób obrobi sobie wtyczkę w soniaku.

Drugą to odrzucanie rewanżu w szczególności po wygranej walce. Nie raz nawet w sytuacji gdy przeciwnik widzi, że nabiłby na mnie
proste punkty. Chyba tak dużo czasu by nie stracił, a mnie nawet takie oklepanie mordy coś uczy (choć raczej tępy uczeń jestem). Do tego po zakończeniu walki, wyjściu i szukaniu kolejnego przeciwnika nie znajduję go w 10-15 sekund. Czasem mam wrażenie że trwa to wieczność. Ba nawet dziś gość, który zrezygnował po ponownym wyszukiwaniu znowu trafił na mnie. Wygrał, zrezygnował i… kolejny raz walczył ze mną. A wystarczyło może dać raz, albo dwa jakiś rematch.

Team Ninja powinni zrobić dwie rzeczy. Jakoś karać rage quiterów, a przede wszystkim nie karać mnie zostawiając z zerem punktów za wygraną walkę. Oraz uniemożliwić odmówienia rewanżu stronie wygrywającej. Ale pewno nic z tego. Jak pojawią się lobby to się wszyscy poukrywają i tyle z rankingowej zabawy. Ba z zabawy online.

Przez Dead or Alive 6 zaniedbuję wszystko. Są takie rzeczy, które chciałem w tym roku robić, do których chciałem wrócić. Są takie rzeczy, które próbuję robić, ale robię na pół gwizdka. I tak sobie myślę, że nie jest mi z tym źle. Choć kupka wstydu, wstydzi się coraz bardziej.

Jest jeden plus. Podczas przerw na szukanie przeciwników, coś tam czytam.

PS. Powiększony obrazek wyróżniający nie wygląda dobrze. Ale nadal nie znalazłem stylu który by mi odpowiadał, robił wszystko tak jakbym chciał a swoje jakoś nie chce mi się robić.