Czekając na Osąd…

Patrząc na datę ostatniego wpisu to byłem bezproduktywny w grafomańskiej materii przez półtora miesiąca. Coś tam po drodze kombinowałem, ale nic z tego nie wyszło. Trochę się poobijałem, trochę pograłem i parę razy miałem coś napisać.

Skończyłem demo, czy też prolog 13 Sentinels: Aegis Rim. Japońskie, więc przez większość czasu albo cieszyłem się z grafiki, która chyba w każdej grze Vanillaware jest cudowna. Słuchałem co do mnie mówią, niewiele rozumiejąc i próbowałem wykminić co w tej grze się dzieje i gdzie tak naprawdę gramy. Ciut po tym demie boję się, że ktoś zainspirował się symulatorami chodzenia. Ja rozumiem, że można zrobić ciekawą fabułę. Dobrze ją przedstawić. Że gry stały się takim medium, które może/chce przekazywać pewne wartości, dawać do myślenia a nie tylko “LPP, LPP, LPP, LPP”.

十三機兵防衛圏 プロローグ_20190422112813

Boje się bo zarówno Odin Sphere jak i Muramasa to mechanicznie prawie identyczne gry, tylko świat inny. Później był Dragon’s Crown. Kolejna cudowna gra i w sumie można by doszukiwać się pewnych podobieństw w samym graniu. Gdzieś liczyłem że Aegis Rim będzie podobny do tych dwóch pierwszych. Po prostu chcę czuć, że gram. Jeżeli chcę sobie spotkać się z jakąś historią to sięgam po książkę, komiks, serial, czy film. Gry dla mnie mają to do siebie, że gram – choć nie wiem jak to zdefiniować. Takie dziwne uczucie robienia czegoś poza przerzucaniem dialogów. I nie przekonywuje mnie, że daną scenę mogę z innej perspektywy obejrzeć, że mogę czasem wybrać kolejność działań i historia się inaczej skończy.

Wiem, że cokolwiek by z tego nie powstało bardzo chętnie grę kupię. Z jaką uwagą będę grał? Czy skończę? Czy będę chwalił? Dowiem się jak… pogram. Liczę, że japoński prolog, który kupiłem tylko i wyłącznie dla płyty z muzyką, to tylko wstęp do historii i możliwość nacieszenia oczu piękną grafiką. Liczę, że w finalnym produkcie, coś będzie się robić, poza wybieraniem kolejności przerzucanych dialogów. I naprawdę nie mam nic do tego, by ta gra nie przypominała poprzedniczek.

Później przyszedł czas na Yoshi’s Crafted World. Grę dla dzieci z cudownym dinozaurem w roli głównej. Takie inne Super Mario. Świetnie się bawiłem. Zdobywałem kwiatki i pieniążki w każdym świecie. Czasem posiłkowałem się internetem, czasem wytrzeszczałem oczy by znaleźć te wszystkie znajdźki. Myślałem prosta gra dla dzieci, to będzie to pierwsza gra na Switcha, w której zrobię absolutnie wszystko! No i się myliłem. Po przejściu gry, jak w każdej dobrej grze, otwierają się nowe światy, wyzwania. Uważam to za plus, ale niestety te wyzwania ciut mnie przerosły. Pewno kilkuletnie dziecko lepiej by sobie poradziło niż stary dziad jak ja. W końcu to gra dla dzieci.

I pewno dlatego też ma ona pełno uroku. Bardzo sympatycznie się gra, a pomysłowość w każdym następnym poziomie zaskakuje. Czasem byłem zdumiony tym, że tylko dla jednego etapu, twórcy opracowali kompletnie inną mechanikę -latanie samolotem, czy jazda po torze. Praktycznie do samego końca, programiści wymyślali drobne rzeczy, które wpływały na grę. Wybuchający przeciwnicy, których można połknąć by później wysadzić kawałek ściany. Magnes, który przyczepia się do puszek wiszących na sznurkach. Przeciwnicy, którzy dobrze pokierowani – gonią nas by odebrać serduszka życia – niszczą fragmenty planszy otwierają nowe przejścia. Gra daje takie poczucie świeżości przez cały czas. Jedyny minus, to muzyka. Bardzo przeciętna. W sumie to jeden utwór zgrabnie aranżowany pod to co widzimy na ekranie, ale to taki malutki minusik.

Teraz gram, męczę, próbuję The Last Remnant Remastered. Pamiętając całkiem dobry soundtrack Tsuyoshiego Sekito, pomyślałem by sprawdzić grę do której muzyka ta była napisana. Zresztą muzyka to często dla mnie punkt wyjściowy by grę kupić – choć dziś to się często zmienia. Kupiłem na promocji, chwyciłem z ciekawości (zresztą chyba po coś kupowałem) i naczytałem się różnych głupot. Takich, że prawie wypada nie walczyć, czy mądrze wybierać walki by nie mieć problemów. A największym z problemów może być to, że ostatni boss będzie niemożliwy do pokonania. Grając w grę. Próbując się nauczyć grać, próbując zrobić wszystko co zaplanowali twórcy, sprawiamy że nie zobaczymy kto ją stworzył – choć tu kłamię bo listę płac można z menu sobie włączyć, może właśnie dlatego tam jest.

Gram z nastawieniem najwyżej. Poczytałem, że już wersja PC była pod tym względem udoskonalona (to nie sarkazm, faktycznie coś zrobili by było łatwiej, czy jakoś tak) a wersja na Playstion 4 stworzona jest w oparciu o wersję PC. To też problem internetu. Człowiek nie załapał czy też przerzucił jak tłumaczyli w grze jak się gra i szuka by się czegoś dowiedzieć i dowiaduje się czegoś kompletnie innego.

Na początku często widywałem napis Game Over. Teraz praktycznie się to nie zdarza, lecz nie da się ukryć, że nie wiem co się w tej grze dzieje – tak mechanicznie, bo fabularnie to na razie nic ciekawego się nie wydarzyło. To, że to gra starej generacji mogę przeboleć. Założenia w walce są ciekawe, bo nie walczymy jednostkami, tylko zespołami. Wybieram ogólny schemat zachowań – choć możemy podglądnąć, która postać jakiej akcji użyje. Wybieram przeciwnika do którego zespół podbiegnie i może za flankuje, albo np. na drodze stanie im inny przeciwnik. Może w walce jest jakaś głębia której nie dostrzegam.

Brakuje mi jeszcze tylko opcji japońskiego dubbingu. Angielski ciut męczy uszy, choć nie jest tak tragicznie. Do tego dziwne te rasy. Na pewno dość oryginalne – człowiek pantera (czy inny koteł) z 4 rękami – co uważam za plus, ale czasem czuję, że to nic nie zmienia i tylko ktoś poleciał zbyt daleko z fantazjowaniem.

Będzie co będzie. Gram. Coraz mniej się wkurzam i jak definitywnie skończę to coś więcej będę mógł powiedzieć. Zresztą czekam na Judgemnet. Grę twórców Yakuzy, która niby Yakuzą nie jest, ale jest. Tak głupio to brzmi, ale coś w tym prawdziwego.

PS. Miałem także, krótki romans z Final Fantasy XIV, który pozwolił mi zdecydować się na zakup nadchodzącego dodatku Shadowbringers. Viery, oraz kilka dni zabawy przekonały mnie by dać temu MMO kolejną szansę.

Ale głównie Viery…

Senjou no Valkyria 4

Jako fanboi Hitoshiego Sakimoto musiałem zagrać w kolejną część cyklu Valkyria Chronicles. Gram w czwórkę. Pamiętam, że ledwo zacząłem jedynkę a dwójkę porzuciłem – sam nie wiem czemu, ale chyba stała się zbyt trudna. Powiedziałbym, że gram dla muzyki, ale tak do końca nie jest. Czekam na ścieżkę dźwiękową, ale wiem że nic nowego na niej nie będzie.

Valkyria Chronicles 4 a także te wcześniejsze, ma wiele zalet. Ot, styl graficzny. Nie jestem wielkim miłośnikiem japońskiej animacji, przynajmniej takim co widząc anime już się ślinią, to jednak seria Segi świetnie tym stylem operuje na modelach trójwymiarowych. Swoje pewno robi design, oraz filtr nałożony na animacje.

Fabularnie czwórka (na razie) wypada solidnie. Nawet trafiłem na opinię, że to jedna z najlepszych fabuł w grach, a że nie skończyłem to nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Mnie tematyka wojenna zawsze w jakiś sposób odstraszała, sprawiała że się gubiłem. Tutaj takiego uczucia nie mam bo ta (fikcyjna) wojna między federacją a imperium jest tylko tłem do pokazania postaci ich motywacji, umiejętności i charakteru. A jak to w Japońskich grach bywa poważny temat, przeplatany jest gadkami o bekonie, babeczkach i piwie (nie wyszło mi z tego Razowe 3B (beer, babes, becon)).

Kolejna rzecz to unikalna jak na strategię mechanika. Choć tutaj poza tym, że jest inna niż w sporej ilości gier strategicznych, to często widzę pewne, drobne, wady. Ruch postaci, odbywa się w czasie rzeczywistym jak w grach akcji. Postać zużywa punkty akcji i zależnie od klasy ma ich więcej lub mniej. Wiadomo scout pobiegnie dalej niż lancer, ale nadal bywa tak, że braknie mu kilku punktów by podejść do osłony. To skutkuje wystawieniem się na ostrzał wroga i… litanię przekleństw z moich ust.

Z czasem łapie się jako takie wyczucie, ale wolałbym gdyby na mapie zarysowany był obszar gdzie postać idąc po prostej skończy ruch. Wiadomo palec na gałce czasem dziwnie chodzi i nie zawsze byłoby to idealne, ale dzięki temu łatwiej było by podejmować strategiczne działania.

Do tego drażni mnie bardzo fakt, że bywają takie misje w których pewne rzeczy zmieniają się o 180 stopni. Nie znam się na prowadzeniu wojny i mogę wyobrazić sobie, tak może to wyglądać, ale czasem człowiek dostaje w kość. Choć nie ukrywam, że odkrycie możliwości zapisu w dowolnym momencie misji, oraz pogodzenie się z faktem iż nie każdą misję przejdę od razu z najwyższą oceną mocno ukoiło nerwy. Niemniej jednak, często zdarza się, że gra wręcz zmusza nas do porażki w danej misji, by robiąc ją po raz kolejny inaczej do niej podejść, głównie biorąc pod uwagę co stanie się z czasem.

Kolejną rzeczą, która nie do końca mi się podoba to awansowanie klas a nie postaci. Taki system sprawia, że zwracamy większej uwagi na członków swego składu, bo każdy z nich ma taki sam poziom. Do tego to co ich odróżnia od siebie – czyli potencjał aktywujący się w losowych chwilach – jest na tyle… losowy… że nie dbam o to, którego wezmę. Poza tym, często opisy są niejasne, kiedy takowy może się aktywować. Owszem taki double movement Minervy często może tylko pomóc, ale ja i tak biorę do walki gdyż jako ważniejsza fabularnie postać, daje mi dodatkowe punkty w turze.

Wspomnę jeszcze o jednej (w sumie dwóch, ale podobnych) upierdliwej kwestii. R&D, czyli ulepszenie broni/czołgów, czy też rozkazy podczas walki. W tym pierwszym przypadku, nasz spec od upgradeów za każdym razem musi powiedzieć trzy słowa. ZA KAŻDYM RAZEM. No ludzie złoci. Ja rozumiem, że Miles to może jakiś nerd i lubi ale ja jako gracz jestem tym już znużony i rozdrażniony. Poza tym, jak wydam różnego rodzaju bronie postacią, to nagle po upgradzie wszystkim się to zmienia. Mah… i znowu myślenie, co komu dać.

Co do rozkazów. Chyba wiem, czemu ich prawie nie używam i nie używałem kiedyś. Animacja i gadka za każdym razem, a w przypadku tych wydawanych statkowi wspierającemu nas w walce to animacja może nie jest długa, ale patrzenie jak po raz 10 zaczynają używać radaru, albo jak montują czołgi by wykonać ostrzał męczy (męczy już za drugim razem).

I tak sobie myślę, że więcej narzekam niż zachwalam. Nie wspomniałem o muzyce, bo ta w sumie od pierwszej części jest dobra i nie męczy, choć mam wrażenie, że tutaj więcej recyklingu niż rzeczy nowych. A jak więcej narzekam, to czemu gram?

Bo to dobra gra. W wielu tak jest, że chętnie byśmy pewne drobne rzeczy zmienili. I mimo, że czasem przeszkadza to i owo, to jednak siedzimy, gramy, przymykamy oko by wady nie przysłaniały nam zalet.

Świetne kobitki, ze zgrabnymi tyłkami. Sympatycznie goście tacy jak Aulard. Jak człowiek nauczy się trochę bawić i ciut podmaksuje to idzie jakoś łatwiej. Jasne, nadal rzucam mięsem od czasu do czasu. Nadal wkurzam się, że coś głupio wyszło, źle poszło i że mogłem to przewidzieć.

I jakby nie było mam nadzieję, że to nie ostatnia Valkyria Chronicles, choć czwarta nie sprzedała się zbyt dobrze.

Dead or Alive 6 #2

Miał być wpis o czymś innym. Taki głupi więc dałem sobie z tym spokój i postanowiłem przerobić. Jest kilka rzeczy które denerwują mnie w Dead or Alive 6 bardziej niż brak umiejętności, mój button mashing i przegrywanie.

Pierwsza to RageQuity. Na szczęście tych miałem nie dużo, a od czasu jak zacząłem je nagrywać to zdarzyły się w sumie cztery. Ale nadal to wkurza, szczególnie gdy mogę za taką wygraną dostać więcej, bo wygrałem z kimś lepszym.

 

Nie wiem czy to brak jakiejś pokory, szacunku. Pewno ten z wyższym rankingiem mówi sobie a fuksiarz, gra laguje i dlatego mu się udało (sam czasem na to klnę, ale wiem że to tylko tak by wyrzucić z siebie emocje), wytarguje kabel i zaczyna szukanie od nowa ludzi do podbijania rankingu. Tylko im wyższy ranking będzie miał, tym częściej zacznie spotykać ludzi, którzy nawet nie pozwolą mu się ruszyć i w ten sposób obrobi sobie wtyczkę w soniaku.

Drugą to odrzucanie rewanżu w szczególności po wygranej walce. Nie raz nawet w sytuacji gdy przeciwnik widzi, że nabiłby na mnie
proste punkty. Chyba tak dużo czasu by nie stracił, a mnie nawet takie oklepanie mordy coś uczy (choć raczej tępy uczeń jestem). Do tego po zakończeniu walki, wyjściu i szukaniu kolejnego przeciwnika nie znajduję go w 10-15 sekund. Czasem mam wrażenie że trwa to wieczność. Ba nawet dziś gość, który zrezygnował po ponownym wyszukiwaniu znowu trafił na mnie. Wygrał, zrezygnował i… kolejny raz walczył ze mną. A wystarczyło może dać raz, albo dwa jakiś rematch.

Team Ninja powinni zrobić dwie rzeczy. Jakoś karać rage quiterów, a przede wszystkim nie karać mnie zostawiając z zerem punktów za wygraną walkę. Oraz uniemożliwić odmówienia rewanżu stronie wygrywającej. Ale pewno nic z tego. Jak pojawią się lobby to się wszyscy poukrywają i tyle z rankingowej zabawy. Ba z zabawy online.

Przez Dead or Alive 6 zaniedbuję wszystko. Są takie rzeczy, które chciałem w tym roku robić, do których chciałem wrócić. Są takie rzeczy, które próbuję robić, ale robię na pół gwizdka. I tak sobie myślę, że nie jest mi z tym źle. Choć kupka wstydu, wstydzi się coraz bardziej.

Jest jeden plus. Podczas przerw na szukanie przeciwników, coś tam czytam.

PS. Powiększony obrazek wyróżniający nie wygląda dobrze. Ale nadal nie znalazłem stylu który by mi odpowiadał, robił wszystko tak jakbym chciał a swoje jakoś nie chce mi się robić.

Dead or Alive 6 #1.5

Uwielbiam szkice, a one mnie. Ten wpis miał tytuł …#2, a Mila w obrazku wyróżniającym miała podkreślać, że ten wpis będzie o niej. Że znajdzie się tutaj garść obrazków i że napiszę jaka fajna i radosna jest w Dead or Alive 6.

Ale jak to ze szkicami bywa – leżą. Nie wraca się do nich, a jak już to zmienia w coś innego. Teraz siadam po trochu do grania. Jak już odpalam DoA6, a staram się w miarę regularnie grać, to siadam do gry online. Czasem rzucam padem, a czasem nie. Głównie gram Hitomi i w sumie nadal cudować nie potrafię.

Moje umiejętności doprowadziły mnie do rankingu C+ i po dzisiejszej sesji jeszcze kilka wygranych i będę na B-. Ale to tylko bajki, bo gaci posranych nie ma codziennie i zwykle więcej przegrywam niż wygrywam. Rzekłbym, że norma to tak 30% lub mniej.

Do tego nie siadam do trybu foto. Suknie ślubne są fajne, bo nie przesadzone i zawsze myślę by ściągnąć kilka obrazków, ale jakoś mi się to nie udaje.

Zabrałem się za granie w dwie inne gry. Do tego gdzieś tam próbuję czytać Muminki i jakoś nie lenić się zbyt wiele. To ostatnie zbyt się nie udaje, ale próbować będę nadal.

Kocham te cyfrowe dziewczęta…

Dead or Alive 6 #1

Mógłbym dać tytuł oj moje pieniądze #5, ale tak nie zrobiłem. Kasa poszła i sobie gram. Ba nawet wydałem na przepustkę sezonową. Miałem długo nic nie pisać, miałem wsiąknąć. Ale nerwy i trzęsące się ręce karzą mi czasem odpocząć. Bo w sumie to ja taki lamer+ jestem, jeżeli chodzi o mordobicia. Zresztą gra mi nie ucieknie.

Przeglądnąłem kilka recenzji. Nie po to by kupić. W sumie myślałem na początku, żeby przeczytać ich jak najwięcej ale po co, ja grę kupiłem zanim recenzje się pojawił. Ja jestem zadowolony. Bardzo nawet. Mimo, że czuję iż to odgrzewany kotlet. Bardzo pyszny. I tyle z mojej recenzji.

Miałem także napisanych parę akapitów więcej, ale im dłużej grałem, tym znajdywałem więcej rzeczy o których chciałbym wspomnieć. Tak więc jak się uda to będę pisał, krótsze, bardziej prymitywne posty. Bo raczej chodzi o to, by pokazać fajny screenshot w nagłówku.

Może z czasem nauczę się grać mniej nerwowo, bardziej przemyślanie a mój refleks się polepszy. I tak uważam że to pewien cud, że mam ranking C-, ale patrząc na to jakich czasem przeciwników spotykam, to powinienem pójść kiedyś wyżej.

Oj moje pieniądze #4

To już jutro, znaczy się 1 marca. Playstation odlicza czas do pobrania. A ja zamiast wziąć sobie wolne w pracy, liczę że choćby z zamkniętymi oczami zagram sobie gdy wrócę z nocki.

Pograłem trochę w onlineowe bety. Grało się przyjemnie i w sumie nie poczułem się zniechęcony. Zdaje sobie sprawę, że PS4 to taki sobie sprzęt i jak kiedyś wyjdzie jego następca a Dead or Alive 6 zostanie wydany na takowego to choćby szybkość wczytywania walki zostanie poprawiona.

Jedyne co mnie jakoś tak drażni, to wygląd postaci. Dla mnie ciut zbyt gładkie, takie jakieś porcelanowe. Nadal wyglądają ślicznie, ale tak jakby ktoś cofnął się trochę w czasie – oczywiście mówię o kobitkach, bo na chopów to ja nawet nie patrzę.

No i w sumie tyle mam do napisania. Pewno ciężko będzie pogodzić czas pomiędzy DoA6 a DoAXVV. Pewno tymczasowo oleję to drugie. Pewno wiele rzeczy pójdzie na dalszy plan, bo czas wolny będę wolał przeznaczyć na inne rzeczy.

Także, na razie.

e-dziewczyny w e-bikini #16

Czekając na Dead or Alive 6, romansuję z wirtualnymi pięknościami na plaży, przy basenie a i czasem w sypialni… czy czymś takim. Klikam w jednym celu. Prostej, prymitywnej rozrywki i uczty dla moich oczu.

Teraz jak już wylosowałem Lei Fang mógłbym sobie darować na jakiś czas, w szczególności, że trafiłem na swego rodzaju ścianę i pozostaje mi teraz grindować. A, że po skończeniu Hollow Knighta nie mam wiele chęci na zbyt wiele to po prostu odpalam Venus Vacation i przenoszę się w ciepłe miejsce na piaszczystą plażę.

Bo kto nerdowi zabroni marzyć i romansować. Tak łatwiej, człowiek nie dostanie po łbie. Co najwyżej pośmieje się z pomysłowości ubierania kobiet w wielkie czekoladowe serca.

Do tego, poszukałem ostatnio googlami i znalazłem innych geeków tłumaczących co się gdzie tam robi i po co, przy tych dziwnych nowych eventach. Człowiek widzi jakiś dodatkowy cel, poza oglądaniem piękności.

Basen ma za sobą, ale trzeba było się spryskiwaczem napryskać by było bardziej przejrzyście.

Wcześniej jeszcze trafiłem SSRow kostium dla Kokoro. Nie jest zły, ale jakoś wolę te, które wyglądają bardziej klasycznie. Nacieszyłem oko i kokoro. Nie pierwszy raz to napiszę, ale kreatywność projektantów mnie czasem zaskakuje.

Wiem, że nawet są tacy co wymyślają prawdziwe dziwne kostiumy kąpielowe i myślą, że ktoś będzie je ubierał. Ale tegoroczny, walentynkowy hit w DoAXVV mnie zabił. Rozumiem jeszcze wstążki z zeszłego roku. Na swój sposób mi się podobały bo miały proste przesłanie.

A tu co, mam się najeść bym nie miał później ochoty na… cokolwiek?. Ciężki z pełnym brzuchem i toną cukru we krwi powodującą wydzielenie insuliny i senność (czy jakoś tak).

Choć w sumie, można zawsze olać czekoladę i zacząć od schrupania nadzienia.

Chyba muszę pomyśleć o jakieś galerii.

Skacząc żukiem… nie na czterech kołach.

Czasem jest tak, że kupię grę na promocji, lub dostanę za darmo i później żałuję, że nie mogę kupić drugi raz. Czy też, mam tyle rzeczy do kupienia, że nie mogę dać na tym samym produkcie dać komuś zarobić ponownie. Pierwszą taką grą była Remeber Me. Ale tutaj miałem szansę dać zarobić twórcą kupując na premierę Life is Strange, a później Vampyra czyli ich kolejne produkcje.

Teraz zabrałem się za Hollow Knighta, kupując go w promocji mimo, że sam nie kosztował jakiś kokosów. Dałem ledwo 30 zł i uważam, że ta gra jest warta o wiele więcej.

Grając z czasem uświadomiłem sobie, że to nie moja druga metroidvania. Gdzieś tam będąc berbeciem grałem w Adventure Island IV, czy Milon Secret Castle, które bym do tego gatunku podciągnął. Chodzisz pomiędzy lokacjami, często piętrowymi. Zdobywasz nowe umiejętności dzięki czemu w starych możesz coś otworzyć, znaleźć nowe przejście. Nie ukrywam, że gatunek ten bardzo mi się spodobał.

Hollow Knight o jedna z takich gier, gdzie trzeba czasem umieć wykręcić combo skacząc przed siebie w celu ominięcia przeszkód i przy tym leci wiele przekleństw, ale kiedy już się wszystko uda satysfakcja jest przeogromna. Tak samo przy walkach z bossami. Jedna zajęła mi jakieś 7 godzin.

Oczywiście chodzi o to, że tyle raz podchodziłem, że sumarycznie tyle czasu na to zeszło. Najlepsze w tym jest to, że mimo iż z czasem pojawiała się frustracja i zastanawiałem się o co chodzi, byłem w miarę spokojny (przy innych grach rzucałem padem, czy kląłem na potęgę). Nawet zacząłem myśleć czy jedna kropka życia więcej, czy też ciut mocniejsza broń by mi pomogły, ale im dłużej grałem tym bardziej dochodziłem do wniosku, że po prostu muszę przejść tą walkę i tyle

Fabularnie, to nie mam zielonego pojęcia o co chodzi. W sumie to nie wiem czy jest jakaś fabuła. Jest jakiś świat – nawet fajny – ale czy fabuła, nie wiem. Może to jedna z tych gier, gdzie wszystko trzeba wyczytać między wierszami, interpretować? Nie przeszkadza mi to. Grunt, że po prostu się dobrze gra. Że człowiek czuje postęp – choć nie ukrywam, że już zdarzyło mi się utknąć, raz musiałem się wspomóc internetem. Za każdym razem, gdy trafiałem w nieznane, chęć eksploracji trzymała mnie przy grze.

To także, pierwsza gra od dawna w którą po prostu mogę grać cały czas. Oki, przesadzam, ale kilka pierwszych dni takie było (zresztą jakbym mógł grać cały czas, nie pisałbym tego posta). Teraz staram się robić także inne rzeczy, ale naprawdę na początku byłem wciągnięty. Zresztą te 7 godzin które wspomniałem wcześniej, to czas wycięty z jednego dnia – dwóch, bo 30 minut po północy w końcu mi się udało. Wróciłem na ławeczkę (savepoint) i wraz z głównym bohaterem odpocząłem wyłączając Switcha.

W Hollow Knightcie podoba mi się oprawa graficzna. Twórcy (aż 2, plus dwóch dodatkowych po tym, jak udało im się zebrać kasę na kickstarterze) nie poszli w 3d (no jakoś tak mają małe zespoły, myślę że to jednak więcej roboty), nie chwycili się też pixelartu, a ten często jest bardziej art niż fajny jak dla mnie, tylko zrobili przecudną, może nie zawsze ultra szczegółową (a to też zaleta) grafikę 2d, jak to czasem się mówi – ręcznie rysowaną.

Przez styl, z początku miałem łezkę w oku atakując przeciwników. Smutne żuczki niby atakowały, ale wyglądały tak sympatycznie i ponuro, że bardziej im współczułem. Uwielbiam uwalniać robaki ze słoików. Gdy taki jest w pobliżu piszczy, już się w serduszku coś robi i chęć pomocy wzbiera na sile. Zwykle nie tak łatwo do nich dojść, ale odwiedzanie kolonii do której trafiają po uwolnieniu sprawia mi radochę (i wcale nie chodzi o te monety, które rzuca starszyzna).

Aż tylu ich na razie nie mam, ale nawet jak skończę grę, to wrócę by uwolnić wszystkich.

Cudowna to gra. Owszem, nie powiem by była idealna, ale w każdej, nawet w tej najbardziej kochanej można znaleźć głupoty, które nam przeszkadzają. Zapłaciłem jakieś 60% ceny, ale wiem że jeżeli chciałbym (a chciałbym, ale może nie teraz) dać twórcom zarobić to mógłbym kupić sobie wersję na PS4. A może kiedyś uda im się wydać wersję pudełkową. Wtedy bardzo chętnie zakupię. Albo wymyślą kolejny majstersztyk – czego im życzę.

Tylko czy wtedy nie będę już wyrzucał kasy na ciuszki do DoA6?

Arena po raz kolejny

Gdy siadłem kilka dni temu do (MtG) Areny doszedłem do wniosku, że ten okres gdy wychodzi nowy dodatek to mój ulubiony. Od dłuższego czasu nie grałem standardu ze względu na logistykę i chęci wydawania kasy na karty. Do tego, gdy ludzie dostają nowe karty a profesjonaliści jeszcze nie zagrali swoich cudownych turniejów, tzw. meta się jeszcze nie ustaliła i każda kolejna gra to walka przeciw czemuś innemu.

Oczywiście bywają talie stare, dobrze znane, z drobnymi zmianami. Ale jest też sporo nowości. Niestety wiem, że ten stan rzeczy nie utrzyma się wieki, a później będzie coraz nudniej.

Dokładnie zacznie się to, co w Magicu mnie zawsze męczyło i wkurzało. Powtarzalność i znudzenie. Do tego Arena nie pozwala zbytnio na częste zmiany talii. A ja lubię grać czymś nowym, często niestety przyjdzie wydać wszystkie wildcardy na karty potrzebne do jakiejś specyficznej konstrukcji, która nie będzie się sprawdzać a przecież bez sensu tak non stop przegrywać. Do tego, nie ma jakiejś metody by przywrócić choćby część zużytych dzikich kart. Przez co zaczyna się grind i coraz więcej godzin spędzonych przed Magiciem.

Dlatego też myślę, że daruję sobie dalszą zabawę. Czas z gumy nie jest a nawet kilka partii MtG to czas kiedy mógłbym robić coś innego. Pewno nie zacznę, ale przez te 8 lat zabawy moje podejście do gry się zmieniło. Kiedyś myślałem że to fajna gra, gdzie ludzie sami wymyślają to i tamto. Później odkryłem, że lepiej skopiować coś z internetu. Że lepiej kupić pojedyncze karty niż boostery. I choć te nadal lubię otwierać, to ilość kart kompletnie nieprzydatnych rośnie z każdą paczką. A co gorsza, ciężko cokolwiek z nimi zrobić.

Magic mnie nie opuści, bo to zbyt dobra zabawa – od czasu do czasu. Zostanę przy papierkach i EDH, oraz kolekcjonerstwie. Przez lata sam mówiłem, że karcianka na komputerze to nie karcianka, a teraz gram… w tą JPGówkę. Po prostu musimy znaleźć jakiś kompromis w tym związku.

Bo Hitomi będzie zła.

Oj moje pieniądze #3

Ostatnio klikam w Venus Vacation. Tak bez spiny. Od zdobywam co się tam zdobędzie, biorę tę/tą gaczczę i liczę że i tak nic nie wylosuję. Chyba dobrze, że prawie nic tam nie rozumiem, bo jeszcze zrozumiałbym co robię i się wciągnął.

I tak chciałem we wpisie o cyfrowym pięknie i sztucznych piersiach napisać o tym jak śmiać mi się chce i jak bardzo jestem zażenowany podejściem serwisów do Dead or Alive 6 i tego, że jednak nie będzie tak stonowane jak zapowiadali, że nadal stroję będą pokazywać trochę ciała, że biust dalej będzie falował. Ale się powstrzymałem i zmieniłem tytuł.

Czasem chwytam się już za klawiaturę by stanąć w obronie dobrego mordobicia. By wyrzucić z siebie emocje i powiedzieć co o tych ludziach sądzę. Cieszę się, że w ostateczności tego nie robię, ale żałuję że chwytam się na te clickbejtowe tytuły licząc, że ktoś kiedyś napisze tam coś sensownego.

I mimo, że Yohei Shimbori w jednym z wywiadów powiedział, że nie będzie na starcie (a później… kto wie) trybu fotograficznego, to ja nadal mam zamiar wydać pieniądze, górę pieniędzy.

Gdybym powiedział, że nie rozumiem jak można takie głupoty pisać bym skłamał. Rozumiem, że nie chodzi prawdę, rzetelność, czy sensowne podejście do sprawy tylko o to by ludzie czytali a później swą opinię opierali tylko i wyłącznie o wycinek informacji o produkcie.

Gdybym zaczął zastanawiać się jak można wstydzić grać w grę, w której kobiece postacie są ładne i seksowne, to też bym się skłamał. Tylko co w tym złego, że jestem starym dziadem i lubię popatrzeć sobie na ładne rzeczy. Zresztą pisałem o tym nie raz, że gdy człowiek skupi się na grze, na próbie wygrani to szczegóły tracą na znaczeniu.

Kiedyś byłem bardziej zaangażowany w internetowe dyskusje. Wtedy też byłem bardziej trolowaty, pisałem byle co i gdzie popadnie. Nic nie wnosiłem do dyskusji. Dziś wiem, że nawet jakbym miał co powiedzieć, to rzadko kiedy jest sens cokolwiek pisać.

I dlatego lepiej jak pójdę sobie coś pograć.