Weltschmerz

Nigdy nie uważałem na lekcjach języka polskiego ani język niemiecki nie jest mi zbytnio znany, ale weltschmerz jakoś tak zawsze mi pasuje i cokolwiek by on nie oznaczał, to zawsze będzie dla mnie bólem istnienia.

I choć ostatnio skończyłem i z platynowałem (choć na początku nie miałem tego robić) Record of Lodoss War -Deedlit in Wonder Labyrinth-, to przez wspomniany w tytule weltschmerz nie mam zbytnio ochoty robić czegokolwiek.

To taki okres w roku gdzie patrzenie w sufit wychodzi mi najlepiej (nawet bez weltschmerca sądzę, że jestem mistrzem oglądania sufitu) i choć czekam na cudowny okres babiego lata (by puścić sobie Stereophonics i ich Indian Summer ^^), to wszystkie plany w tym roku legną w gruzach – choć pewno dlatego przestałem je robić. Po prostu egzystencjalny ból chwycił mnie w tym roku szybciej.

Chciałbym skończyć Star Ocean The Divine Force, które ledwo zacząłem. A może powinienem napisać, chciałbym zacząć i skończyć tą grę. Tak sobie założyłem kiedyś tam w połowie roku, że powoli będą starał się te peespiątkowe gry kończyć zanim będę miał ich zbyt wiele na kupce. I choć czasu a czasu do 31.12 to jednak czuję, że plany mogą spalić na panewce.

Do tego gdy pomyślę, że w końcu wychodzi jakaś porządna Yakuza gdzieś w listopadzie, a z początkiem października kolejny patch do Final Fantasy XIV to sam się zastanawiam czy starczy mi chęci na cokolwiek. Za to drugie na pewno się zabiorę. Chcę wiedzieć jak kończy się historia w endwalkerowych alliance raidach. Pewno będę chciał raz tygodniowo wrócić do tych raidów, choć nie potrafię znaleźć wiele radości z grania w FFXIV ostatnio, to po prostu wracam by coś pykną, czasem – coraz rzadziej – z kimś pogadać.

Nawet ten wpis taki oszczędny.

Pusty.

Nijaki.

PS. O dwóch hitach zapowiedzianych na 2024 napiszę następnym razem.

Diabelski problem

Czasem spotykam takie dziwne gry, do których siadam, gram i nawet nie wiem czy czerpię wielką przyjemność, ale jakoś wracam by dalej grać. Ostatnio to głównie Final Fantasy XIV, kiedyś miałem tak z Dynasty Warriors 7 i to chyba była pierwsza gra do której wracałem, choć sam nie wiem czemu. Ot naciskanie przycisków, takie trochę bezmyślne.

I tak gdy siadam do Diablo IV zastanawiam się czy to nie taka gra. I pewno bym ją tak określił, tylko że problem polega na tym, że gdybym miał sam do niej siąść to by mi się nie chciało. Gram bo mogę grać z bratem na jednym ekranie.

Diablo jest jak diablo. Nie wymyślili koła na nowo. Ot biegasz zabijasz hordy przeciwników, czasem oni Ciebie. Wypada nowy ekwipunek, zmieniasz, kombinujesz i znowu zabijasz… I tak w kółko. Jakoś świetnie się bawiłem przy Diablo III – także z bratem na jednym ekranie. Osobiście, jak na razie nadal wolę D3 od D4, choć ludzie raczej D3 krytykowali.

Do tego Diablo IV na konsoli to jakieś 20 kroków wstecz jeżeli chodzi o UI. Tak wiele rzeczy tutaj nie gra tak jakbym chciał, tak mało to intuicyjne, że po wielu godzinach, może nawet setce, nadal się gubię co robię. Nawet raz okropnie się wkurzyłem, bo przypadkiem zniszczyłem swój ekwipunek.

Jakoś tak niekoniecznie czuję tą grę. A może to przesyt tym gatunkiem i nawet fakt, że w D3 nie grałem już od lat. Ba już dawno nie grałem w Hack’n’Slasha. Do tego „sezon” jakoś kompletnie mnie nie bawi. Po co to mam robić, jak jedyne co mi po nim zostanie to jakaś kosmetyka, której nawet nie widzę grając.

Jest tylko nadzieja, że przy okazji dodatku gra się „poprawi”. Tak było gdy wydali takowy do poprzedniej części. Podstawka ogólnie była taka sobie, ale dodatek jakoś wszystko zmienił tak, że aż chciało się grać. Nawet dziś nie pamiętam co tam zmienili, ot było lepiej.

Tak więc mój diabelski dylemat grać czy nie grać kończy się tym, że siadam i gram. Nie dużo, ale do przodu. Niechętnie, ale czasem gram. Częściej ginę nie wiedząc czemu – no nie wspomniałem, że ta gra jest cholernie nieczytelna – ale się podnoszę (albo brat mnie podnosi, albo ja jego ^^) i gram dalej. Nie wiem czy to sadyzm, czy może chęć by pograć z bratem. No tyle.

Ostateczna fantazja po raz 16

Skończyłem Final Fantasy XVI. Dobra gra. Bardzo dobra gra. Czeka mnie tryb Final Fantasy, ale nie wiem czy chcę go grać od razu. Może przeżyję to jeszcze raz, kiedyś indziej, jak zapomnę fabułę. Choć to chyba niemożliwe w tym przypadku. Czekałem na łzy, wzruszenie, ale te chyba były już w połowie gry, więc na końcu nie poleciały. Czy to znaczy, że koniec mnie zawiódł. Wręcz przeciwnie, jestem cholernie zadowolony z tego jak to się skończyło. Uwielbiam takie zakończenia. Jak u Matsuno. Nie do końca jasne, otwarte, ale zarazem mówiące wszystko co trzeba. Bo nikt nie mówi, że wszystko musi być dosłowne i proste.

O tych drobnych wadach, które mnie ciut przeszkadzały na początku, a później nadal jakoś przeszkadzały ale już nie tak bardzo pisałem w poprzednim wpisie. A tego piszę długo, długo po tym jak grę skończyłem. To nie weryfikacja tego co we mnie zostało i czym będę żył. Gav, Jill, Benedicta, Goetze, Otto, Mid. Te postacie – mniej lub bardziej drugoplanowe – będę bardzo miło wspominał. Proste fuck me Gava, zawsze będzie mi siedzieć w głowie. A jest i wiele takich, których imiona mi wyleciały a były naprawdę świetne.

Cid to w ogóle całkiem inna bajka. To przykład jak stworzyć dobrą i fajną postać, zabić i sprawić, że nadal ona żyje ale dzięki innym. W ich wspomnieniach, ich historiach a tych pod koniec gry jest wiele przy okazji zadań pobocznych. Pomijając już, że idziemy dalej dążąc do tego co on sam sobie wymarzył i czerpiąc z tego co on stworzył. I jak Cid przejawia się praktycznie w każdym Final Fantasy to tutaj jest on chyba jedną z najlepszych odsłon Cida. Pal licho imię, to jedna z fajniejszych postaci na przestrzeni serii.

Zresztą moment jego śmierci był tym, w którym to chciałem rzucić padem w kąt i nie wracać do gry. Taki trochę bezsensowny. Taki może nawet dobitnie japoński. Poświęcenie się dla większej idei. Chyba zbyt często się tego naoglądałem, że teraz już mnie bardziej to drażni – z założenia – niż wzrusza. Ja jakoś nie czułem powodów dla których powinien to zrobić.

I w sumie tak patrząc bardzo ogólnie na fabułę, to jednak nadal wolę patrzeć na grę przez pryzmat postaci, ich historii i czasem zadań pobocznych – świata przedstawionego. Ta zabawa w jakiś byt wszechmocny mnie nie powala. Ludzie i ich historie to coś co jest tutaj świetne. Główny wątek jako spoiwo jest całkiem przyzwoity. Ale ja chyba mam już taką tendencję do tego, że główni bohaterowie mnie jakoś kiepsko ruszają. Clive może i jest fajny, ale dla mnie jest tylko tym spoiwem (powtarzam się, wiem). Nie chcę powiedzieć, że to postać bez charakteru. Po prostu taka dość klasyczna. Na początku wydaje się, że może coś z niego będzie, ale zmienia się po prostu w człowieka, który obdarzony pewną mocą stara się pomóc wszystkim, którzy w ten czy inny sposób wspierają wyznawane przez niego idee. Idee, które przekazał mu Cid.

Clive widzi (w prologu) jak ktoś/coś zabija mu brata. Poprzysięga sobie zemstę – proste. Ale od samego początku wiemy – czy może raczej ja byłem przekonany, że to on sam zabija brata (w końcu trailery, wpisy na snsach, informacje na stronach mówią, że on jest Ifritem). I przez pewien czas nie jest tego świadom, ale gdy to odkrywa to jakoś tak po prostu się z tym godzi. Później okazuje się, że jednak brat żyje, ale to już inna bajka – choć pewno nie, tylko gdzieś mylę fakty. Przejdę jeszcze raz to poprawię wpis.

To także taka historia o ludziach innych od nas, których się boimy i zaczynamy ich napiętnować, bo jest nas więcej. O tym, że Ci naznaczeni też chcą żyć a ich moc to trochę bardziej przekleństwo niż dar, bo gdy jej używają, po trochu coraz bardziej zbliżają się do śmierci. Ktoś powiedziałby, że to historia o migrantach. A może po prostu o niezrozumieniu, strachu i braku akceptacji inności.

Daleko mi do interpretacji czegokolwiek. Nie jestem w tym dobry i gdzieś tam te teorie pasują, ale gdzieś też się nie kleją. Może to po prostu historia o byciu dobrym dla wszystkich i akceptowaniu ludzi takich jakimi są. I gdy myślę gdzie tutaj miejsce Mythosa Clive’a i Ultimy to dochodzę do wniosku, że to moment, kiedy ktoś ciut naciąga fabułę. Owszem Dion bez tego jak mocno Ultima zmanipulował mu ojca, pewno postąpiłby inaczej. Myślę, że przez to brakłoby jednego z fajniejszych wątków w grze. Jednej z lepszych postaci. Ale z drugiej strony główny złol jest trochę z czapy. Gdzieś wyssany z palca, czy tam przyleciał z kosmosu. Ma niby swoje powody by manipulować ludźmi, ale generalnie mnie one tak sobie przekonują.

I gdy tak czytam opinie w internecie to pomijam nostalgię i jakieś dziwne oczekiwania ludzi ale czasem myślę, że może lepiej dla tej gry byłoby gdyby ktoś nie próbował jej stworzyć jako głównej części serii. Final Fantasy Yoshida (czy tam byle co innego) mogłoby lepiej tej grze zrobić niż wstawianie XVI na koniec.

Dla mnie to naprawdę dobra gra. Wiadomo każdemu się nie dogodzi, ale obiecując XVI ludzie nagle mają jakieś dziwne oczekiwania. W ogóle może wypadałoby zostawić Final Fantasy, dawać tam klasyczne nawiązania – kryształy, summony, moogle, chocobosy, Cid – a brak numerku dawałby do zrozumienia, że to jakaś wariacja na temat FF. Przecież było wiele dziwnych Final Fantasy i nikt nigdy nie narzekał. Legends (choć to zmieniona nazwa pierwszy gier z serii SaGa), Adventures (choć tutaj ktoś zmienia nazwę pierwszego Seiken Densetsu), Tactics, Type-0, Stranger of Paradise.

Final Fantasy od czasu odejścia ojca serii Hironobu Sakaguchiego mocno się zmieniło, ale ludzie nadal nie potrafią tego zaakceptować. Nawet próba powrotu do turowej walki przy okazji XIII i tak spotkała się z krytyką. Starym dziadom się nie dogodzi.

A ja wrócę do 16. Zagram po polsku. Zobaczę czy dam radę w trybie FF. Poczekam na DLC i nadal będę mówił, że do dobra gra.

Zanim skończę Final Fantasy XVI

Gram. Może nie z wypiekami dla twarzy. Może nie czekam aż wrócę do domu by siąść i grać. Ale jak już siądę to gram z wielką przyjemnością.

Podchodziłem do gry z dystansem. Kupiłem bo to final fantasy i sądziłem, że w najgorszym wypadku będzie to przyzwoita gra. I jak na razie zapowiada się na mocnego kandydata na grę roku – nie dla mnie, tak ogólnie (choć i tak przegra z Zeldą).

Generalnie daleko tutaj do oryginalności. Trafiłem ostatnio na porównanie ataków bohatera z atakami z Devil May Cry 5. Pewno to dlatego gra czasem nazywana jest Devil May Clive, ale pewno i przez to się tak dobrze w to gra.

Fabularnie jest naprawdę dobrze. Miałem nawet chwilę, że chciałem padem rzucić i powiedzieć nie gra w to już. Zrobili ruch w scenariuszu, który mnie wkurzył, zasmucił, zezłościł. Ale gdy gram dalej i widzę jak to fajnie scenarzyści wykorzystali plot twist to jestem bardziej niż zadowolony.

Nawet dla mnie nie jest to gra idealna. Nuży mnie już zbieranie ekwipunku, tylko po to by każdy następny podnosił mi statystyki. Ale cieszy to, że mają pewne umiejętności nie ma aż takiego parcia by zdobyć coś lepszego – choć tutaj i tak zdobywanie lepszego ekwipunku przychodzi bez wielkiego wysiłku.

Drażnią mnie takie statyczne ekrany informujące o nazwie rozdziału. Nagłe zatrzymanie z informacją o level upie. Nie jestem człowiekiem, dla którego imersja jest ważna, ale to nawet mnie wybija czasem.

Brakuje mi jeszcze jakiejś mini mapy, bo czasem biegam i co chwilę wchodzę do menu, by sprawdzić czy w dobrą stronę. Może to także kwestia przejrzystości otoczenia – ale tutaj może po prostu jestem ślepy.

I tyle negatywów. Może jakbym siadł i mocno zaczął myślę to bym coś znalazł. To takie drobnostki co czasem drażnią – niektóre postaci poboczne wyglądają jak z ps3, co rozumiem – ale zwykle po kilku godzinach się już na to nie zwraca uwagi a cała reszta, świetna, cudowna i może nie unikalna, ale jakże solidna przysłania te pierdoły.

I o tym dobrym następnym razem. Zostało mi 8% fabuły. Tak pokazuje PS5. Chciałbym skończyć subquesty, hunty i triale. Wtedy siądę i przemyślę by napisać „Pochwalny post na cześć Yoshiego P”.

Opowieść o powstaniu?

Długo zbieram się do napisania czegoś o Tales of Arise. Grę skończyłem już prawie miesiąc temu, zrobiłem platynę i choć wspominam ją miło, to nie czuję tutaj żadnego punktu zaczepienia by móc coś sensownego stworzyć.

Przyjemna gra action rpg, z fajną fabułą i postaciami w której walka jest na pewno dużym elementem na plus, mimo że sporą część gry przeszedłem naciskając dwa guziki, grając na wyższym poziomie trudności niż normal. Tak mógłby wyglądać wpis na jej temat. No bo nawet jak mogę powiedzieć coś więcej, to czuję, że to wszystko kwestia subiektywna a i mi nawet nie przeszkadza aż tak mocno. Ale jak już zacząłem to coś wyliczę a i że będzie subiektywnie to chyba ok, bo to mój blog.

Kolorowa (bardzo), piękna graficznie o ile komuś anime design nie przeszkadza. Dość oryginalny świat. Przyjemne, chociaż dość sztampowe postacie i to nie tylko te główne. Tak przez 85% czasu gry czułem świetny balans pomiędzy gadaniem (czytaniem) a graniem. Nawet oglądałem dodatkowe, opcjonalne scenki przerywnikowe pokazujące relacje postaci w drużynie. Całkiem to fajny sposób dorzucenia dodatkowych informacji o świecie oraz pokazania relacji między postaciami.

Przeszkadza mi tylko to, że gdy dochodzimy do końca fabuły dostajemy kilka odcinków anime 30+ minut, przerywanych ciągnącymi się niepotrzebnie długo lochami i walkami. Z jednej strony scenarzyście odkryli, że po 40 godzinach nic nam nie wyjaśnili, a osoby odpowiedzialne za elementy mechaniczne gry chciały się chyba popisać.

Walka jest ciekawa, ale jak pisałem wcześniej nie wymaga od nas cudów. Sam miałem problem z jednym bossem i może kilkoma opcjonalnymi przeciwnikami. Po obejrzeniu kilku klipów na jutubie zdaję sobie sprawę, że można inaczej tylko gra nie próbuje mi pokazać, że powinienem. Pewno gdybym znalazł jakieś sposoby by bardziej przemyślanie wciskać przyciski to walki byłby krótsze i może czułbym jakąś satysfakcję, ale jak widać nie przeszkadzało mi naciskanie kwadrat – trójkąt.

Większy problem miałem z zachowaniem innych postaci w drużynie, którymi kieruje komputer. Jak dla mnie podstawowa strategia zachowania nie powinna wyglądać tak, że giną jak głupi w szczególności gdy wskrzeszanie i leczenie jest dość mocno ograniczone. Tutaj trochę się naustawiałem, by jakoś to lepiej komputerowi wychodziło – pewno dałoby się lepiej. Ucierpiała na tym jedna postać – Law, którego styl walki mi osobiście nie podszedł, a gdy komputer nim steruje, ten pada jak mucha, więc poleciał jako zastępstwo i praktycznie nigdy z niego nie wrócił.

Czułem się ciut zawiedziony opcjonalnym lochem po końcu gry. Nie był zły, ale jakiś taki ultra krótki. Czuję, że komuś pomyliły się emaile i to co powinno być jako ostatnia lokacja przed głównym bossem poszło jako dodatkowa zawartość po obejrzeniu napisów końcowych.

Generalnie jestem zadowolony i jak wszystkie te elementy będą na podobnym poziomie w kolejnej grze, chętnie w nią zagram – może na jakieś promocji, ale nadal będę miał na oku. Rzadko kiedy gra z serii Tales of dostaje kontynuację i liczę, że następna też nią nie będzie. Główny element wspólny to walka, nie mam z nią doświadczenia za bardzo i nie wiem na ile ona na przestrzeni lat się zmieniała, ale chyba jej trzon jest bardzo podobny, a to rzecz na której mi akurat w jRPGu mocno zależy.