This are voyages…

Kolejna edycja eRPeGowego Maratonu za mną, czy też nami. Tym razem pokusiłem się o małą odmianę i postanowiłem poprowadzić jakieś scifi. Choć Star Trek Adventures może do końca czystym sience fiction nie jest, to chodziło głównie o odskocznie od fantasy lochów. Dla mnie i dla graczy.

Gdy zadeklaruję, że coś zrobię to w zwyczaju mam tego się trzymać. Chęci na prowadzenie z czasem malały a na koniec została mi tylko nadzieją, że nie będzie chętnych na granie. W końcu chętni się zjawili, oczywiście niewiele wiedzieli o uniwersum, co w sumie wiele nie przeszkadzało. Grunt, że byli otwarci na pomysły, dociekliwi i chętni do kombinowania.

Dawno jako mistrz gry się tak dobrze nie bawiłem. Zasługa graczy, tych co kombinowali dobrze i tych co starali się przekombinować. Gdy inżynier postanowił rozłożyć łazik (z założenia taki duży, mogący przewieść kilka osób, trochę dużego sprzętu), by ponownie złożyć go przeniesieniu części za most, przez który nie byłby wstanie przyjechać miałem łzy w oczach.

Z drugiej strony się mogę się mu nie dziwić. Ja w końcu wiem co będzie dalej. On stara się kombinować by do samego końca mieć potrzebny sprzęt. Niemniej jednak sesja zachęciła mnie by na kolejny maraton, pomyśleć nad kolejnymi przygodami tam gdzie nie dotarł żaden człowiek.

Choć, może raczej tam gdzie dotarł, bo na jakiejś stacji kosmicznej.

Polowania czas

Dawno, dawno temu na trochę innym Playstation, polowałem na potwory. Było, ciężko, schematycznie i tak naprawdę nigdy nie doszedłem do końca. Wciągająca i wkurzająca rozrywka. Teraz po latach Monster Hunter wraca na konsolę Sony i dzięki temu ponownie mogę spróbować swoich sił.

I znowu wciągnęło. Może nie tak samo jak 10 lat temu wersja na Playstation Portable ale raczej nie ze względu na grę tylko na człowieka. Wszystko tutaj gra. Nawet poziom trudności jest jakiś taki inny. Nie pamiętam dobrze jak to było kiedyś, ale Palico (czy też Koleżkot) dużo ułatwiają sprawę. A może po prostu jeszcze nie spotkałem tych wielkich, złych i trudnych przeciwników.

Choć to też nie do końca prawda. Rathian i Rathalos już gdzieś tam latają. Kirin też gdzieś się kręci – choć tylko widziałem, że mam takowe zadanie. Rathalos swego czasu zabił mnie dwoma ciosami, ale był tylko przelotem a ja wcale na niego nie polowałem – wtedy. A dziś zabrałem się za quest ubicia Rathianki (bo to chyba samica). I nie wiem czy się cieszyć czy płakać, ale poszło jakoś tak w miarę łatwo.

Więcej czasu zajęło mi jej znalezienie niż pokonanie. Te 10 sekund powyżej to tylko fanfary po wykonanym zadaniu. Ku memu zdziwieniu (napiszę to po raz n-ty) bardzo prostym zadaniu. Może obniżenie poziomu trudności to sposób na przyciągnięcie większej ilości osób, albo mi się tylko wydaje.

Pewno wszystko to wina zmieniających się czasów i wymagań graczy. A może tego, że Nioh nauczył mnie cierpliwości. W Monster Huntera gra się świetnie. Na razie staram się robić krótkie sesje – bo oczy bolą po zmianie monitora. Do tego jakoś nie mogę przekonać się do grania online, mimo że na każdym kroku gra mnie do tego zachęca.

Nie wiem czy starczy mi cierpliwości na ubicie wszystkiego. Czy zanim skończę fabułę nie rzucę grą w kąt. I mimo, że znam takich co mówią, że to taka gra do której wraca się na questa lub dwa od czasu do czasu to ja jakoś nie potrafię grać w trzy gry na przemian – chyba że mowa o konsoli przenośnej i stacjonarnej.

Niemniej jednak, polowanie niech trwa.

Czego nauczyłem się dzięki Infinity

Trochę trwało, ale w końcu się udało poruszać figurkami po stole. Właśnie, poruszać, porzucać kostkami, pogdybać. A później doszedłem do wniosku, że miły zestaw dla dwóch graczy i że maluje się fajnie, ale później to już tylko woda z mózgu. Choć faktycznie, takowy trzeba mieć, by woda się zrobiła.

Odkryłem (na nowo), że malowanie może być relaksujące. Gdy wszystko się dobrze skleja, gdy zgrabne tyłki kobitek maluje się pędzlem i nawet jeżeli całość nie wychodzi tak jakby się o tym marzyło, to malowanie figurek jest przyjemną sprawą. Chyba, że okazuje się że ręka nie schodzi się z tułowiem, że te antenki co się do głowy przyczepia jednak wypada jakoś dziwnie założyć, lub w ogóle tego nie robić. Wypadkowa jest taka, że 90% czasu to przyjemność, 10% to rzucanie mięsem. Finalny efekt niezadowalający, ale nie od razu Rzym zbudowano i łudzę się, że w przyszłości będzie coraz lepiej.

Następnie utwierdziłem się w przekonaniu, że przyswajanie zasad i ich próba wytłumaczenie innym to drogą przez mękę. Przynajmniej dla mnie. Do tego okazało się, że zestaw szybkich zasad, który dodawany jest do Operation Icestorm, to uproszczona wersja tego co w podręczniku z zasadami można znaleźć. Nie wszystko jest takie jasne i gra zaczyna się robić dziwna. Gdy już później siadłem, by przeczytać zasady ich ogrom mnie przytoczył. A jak sobie uświadomiłem, że jestem jedynym, który próbuje je pojąć i nie będzie komu ich zweryfikować.

Wszystko to sprawiło, że wiem czemu nigdy wcześniej nie zgrałem w grę figurkową/bitewną. Teraz mam ciut więcej motywacji, lecz zbyt wiele rzeczy dookoła mnie skutecznie od tego odciąga.

e-dziewczyny w e-bikini #13

Nowy strój dla Ayane, która jakby nie było nie dołączyła do mojego haremu w Dead or Alive Xtreme Venus Vacation, kusi by ponownie zacząć grindować VC do gaczczy (czy jakkolwiek to się odmienia). I właśnie tych kilka magicznych słów grind, gatcha, VC sprawia, że klikanie straciło dla mnie sens.

Ba, nawet dziś uruchomiłem DoAXVV. Dostałem jakiś bonus, kilka VC za majtańca i spróbowałem swojego szczęścia, a może raczej nieszczęścia. Wróżkowa Ayane nie dołączyła do składu. Ale co się dziwić, przecież nie chodzi o to by komuś coś tak po prostu dać.

Właśnie cała losowość w tej grze to rzecz która najbardziej może zniechęcić. W sumie to nikt nigdy nie ukrywał, że szanse na otrzymanie stroju SSR wynoszą poniżej 1%, a ja pewno mam ich kilka. Tylko zwykle nie te które człowiek by chciał.

Dawno temu wysnułem taką teorię (spiskową), że jak nie wyda się normalnej kasy w grze free to play, to gra sprawia, że górka pod którą brniemy staje się coraz bardziej stroma. Taki system pewno w miarę łatwo stworzyć i nie trzeba nikomu o tym mówić, a Ci co bardziej sfrustrowani – i bardzo chcący – w końcu wydadzą gotówkę.

I dochodzę w ten sposób do prostego wniosku. Może poza tą całą gaczczą pozwolić ludziom wszystko kupić za kasę, normalne, zwyczajne jeny. Nie wiem czy to nie byłoby lepsze.

A ja, jak znam siebie już kilka razy bym się pozbył trochę gotówki.