in Wszystko i nic

Gdy siadłem kilka dni temu do (MtG) Areny doszedłem do wniosku, że ten okres gdy wychodzi nowy dodatek to mój ulubiony. Od dłuższego czasu nie grałem standardu ze względu na logistykę i chęci wydawania kasy na karty. Do tego, gdy ludzie dostają nowe karty a profesjonaliści jeszcze nie zagrali swoich cudownych turniejów, tzw. meta się jeszcze nie ustaliła i każda kolejna gra to walka przeciw czemuś innemu.

Oczywiście bywają talie stare, dobrze znane, z drobnymi zmianami. Ale jest też sporo nowości. Niestety wiem, że ten stan rzeczy nie utrzyma się wieki, a później będzie coraz nudniej.

Dokładnie zacznie się to, co w Magicu mnie zawsze męczyło i wkurzało. Powtarzalność i znudzenie. Do tego Arena nie pozwala zbytnio na częste zmiany talii. A ja lubię grać czymś nowym, często niestety przyjdzie wydać wszystkie wildcardy na karty potrzebne do jakiejś specyficznej konstrukcji, która nie będzie się sprawdzać a przecież bez sensu tak non stop przegrywać. Do tego, nie ma jakiejś metody by przywrócić choćby część zużytych dzikich kart. Przez co zaczyna się grind i coraz więcej godzin spędzonych przed Magiciem.

Dlatego też myślę, że daruję sobie dalszą zabawę. Czas z gumy nie jest a nawet kilka partii MtG to czas kiedy mógłbym robić coś innego. Pewno nie zacznę, ale przez te 8 lat zabawy moje podejście do gry się zmieniło. Kiedyś myślałem że to fajna gra, gdzie ludzie sami wymyślają to i tamto. Później odkryłem, że lepiej skopiować coś z internetu. Że lepiej kupić pojedyncze karty niż boostery. I choć te nadal lubię otwierać, to ilość kart kompletnie nieprzydatnych rośnie z każdą paczką. A co gorsza, ciężko cokolwiek z nimi zrobić.

Magic mnie nie opuści, bo to zbyt dobra zabawa – od czasu do czasu. Zostanę przy papierkach i EDH, oraz kolekcjonerstwie. Przez lata sam mówiłem, że karcianka na komputerze to nie karcianka, a teraz gram… w tą JPGówkę. Po prostu musimy znaleźć jakiś kompromis w tym związku.

Bo Hitomi będzie zła.