Z pamiętnika kuriera…

Poprzedni wpis wspomina o jakiś Catherine’ach i Astral Chainach, a ja nawet nie wiem jak te gry wyglądają. Fire Emblema nie skończyłem, jakoś nie mogłem. Może wrócę. Pewno jak do Zeldy. Pomijam, że w tym czasie udało mi się kupić kilka gier a ja dalej biegałem po Eorzei, bo tam pełno roboty. Ale przyszedł Death Stranding (oraz River City Girls) i podróżowanie z paczkami mnie wciągnęło.

Teraz podłączam Amerykę do sieci chiralnej, obijam tych którzy chcą być obici w River City Girls, oraz próbuję zrobić jakiś postęp w Final Fantasy XIV. Życie zaczyna brakować a pamiętam taki czas, gdy byłem chętny czas wolny sprzedać.

I tak szczerze mówiąc sam nie wiem co takiego wciągającego jest w Death Stranding. Pisząc, że bierze się paczkę z jednego miejsca i dostarcza w drugie dużo upraszczam, ale bezsensu opisywać tu proste, a jakże genialne mechaniki podróżowania.

Wydaje mi się, że to ta inność tej gry. Nagle po prostu idziemy (kolejny raz upraszczam). Bierzemy pakunki na plecy i gdzieś po zielonej trawie idziemy przed siebie, sporadycznie włączy się jakiś spokojny, nastrojowy utwór i człowiek się relaksuje.

By za chwilę zaczął padać temporalny deszcz który postarza (uszkadza) nasze pakunki, pojawili się wynurzeni, którzy chcą nas zabić, czy napatoczyły MUŁy, które chcą nas okraść. Cały spokój szlag trafia a człowiek robi wszystko by po prostu ominąć niebezpieczne tereny.

Z zabawy w kuriera, zaczynamy bawić się w skradankę, stratega – paczka ułożona niżej później się psuje od deszczu – i pomagamy innym zostawiając liny, drabinki czy stawiając mosty.

Niby idziemy, a czasem jedziemy, od punktu A do B, ale zawsze jakaś paczuszka leży kawałeczek od nas. To klika kroków w prawo i ją podnosimy. Po czym okazuje się, że kolejnych kilka kroków dalej, kolejna paczka. Z czasem wyznaczona przez nas trasa przestaje istnieć, a my zamiast spokojnie nieść 40 – 50 kg, dźwigamy 120 i Sam chwieje się z prawej na lewą, ciężko mu utrzymać równowagę a z czasem nawet musi na chwilę siąść by odpocząć.

Mam tak, może poza jakimiś mały wyjątkami, których teraz nie wymyślę, że nie jestem w stanie grać non-stop w jeden gatunek gier. Te 50-60 godzin robienia prawie tego samego zaczyna mnie męczyć i muszę znaleźć odpowiedni moment by pójść do przodu i skończyć grę. Ponieważ Death Stranding jest grą inną od tego co znajduje się na rynku, grą w jakąś jeszcze nie grałem, gra mi się w nią cholernie dobrze.

Z czasem pewno przyjdzie znudzenie, ale wtedy mam nadzieję, że już skończę zabawę w dystopijnej (jakkolwiek to odmienić) Ameryce i będę mógł odkopywać się z kupki wstydu.

PS. Ponieważ czasu wolnego na to co bym chciał robić nie mam, nie mam zamiaru czytać ponownie tego wpisu, więc go publikuję. I tak nie będzie dobry.