Sengoku Jidai!

Ludzi kręci Dark Souls, bo to trudna gra, która każe się nam uczyć. Ja zawsze się śmiałem, że jej trudność wynika z tego, że twórcą nie chciało się gry dopracować. Oczywiście wypowiadam się bo nie grałem, niemniej jednak jak byłem dzieckiem wszystkie gry były trudne i trzeba było się uczyć jak w nie grać.

Chyba ludzie chcą odmiany i właśnie dlatego Dark Souls jest popularny. Czyżby gry które przechodzą się same zaczęły być nudne? Nie mam zamiaru wspomnianej gry ani chwalić, ani krytykować, bo jak już wspomniałem – nie grałem. Także rzadko siadam do hypowanych gier a poza tym klimat średniowiecznego-fantasy nie do końca mi siada.

Ja także chciałbym odmiany (od fantasy) i dlatego też sięgnąłem po demo Nioha. Są tacy co twierdzą, że gra jest trudniejsza niż Dark Souls, ale wiem że bazuje ona na podobnym pomyśle – spokojnego i powolnego rekonesansu, rozsądnej walki z małymi grupami przeciwników i uczenia się ich zachowania. Umiejętnego wykorzystywania słabych punktów i znajdowania sposobu walki z nimi.

W Niohu podoba mi się klimat. Zawsze lubiłem gdy Japończycy zaczynają grzebać w swojej historii, legendach i baśniach. Głównym bohaterem gry jest William, którego postać wzorowana jest na angielskim żeglarzu, który w 1600 roku dotarł do Japonii i został doradcą shoguna Tokugawy Ieyasu.

Gra miała ukazać się wraz z premierą ostatniego filmu Akiry Kurosawy, który dokończony został przez jego syna, ale wszystko gdzie się posypało i jej produkcja utknęła w martwym punkcie. Spotkałem się także z informacją (nie wiem na ile prawdziwą), że gdy jakieś 10 lat temu, Team Ninja tworzył grę, ktoś stwierdził że gra nie przyjmie się ze względu na poziom trudności. Lata minęły, ludzie zakochali się w Soulsach, więc przyszedł czas by dokończyć historię blondwłosego samuraja.

Nioh to świetna zabawa. Wymagająca cierpliwości, pewno nie wszystko odkryłem, może na tą chwilę mnie gra przerosła, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. Może będzie ciekawie.

PS. Śmiesznym jest fakt, że przy graniu kilku(nastu) godzin w demo, lepiej się bawiłem (a nie skończyłem w nim obu misji, drugą ledwo zacząłem) niż przy graniu w Dead or Alive Xtreme 3. A przecież to ta sama firma, to samo studio.

DoAX3 to gra będąca demem. Nioh to demo będące grą.

Kopiąc pixele

Dużo kickstarterowych gier bazuje na sentymentach. Twórca tego i tamtego. Duchowy spadkobierca takiej czy siakiej gry. Na papierze wiele rzeczy fajnie się układa. Dobre nazwiska przyśpieszają zbiórkę, a co później z tego powstaje, to już inna historia.

Ile to można?!

No właśnie, kiedy człowiek dorzuci się na naście projektów, z czego mało który jest zrealizowany, to człowiekowi odchodzi ochota na kolejne inwestycje. Tak pominąłem Shovel Knighta, którego teraz trochę meczę.

Gra fajnie łączy wygląd i brzmienie gier z czasów 8/16 bitów z całkiem dobrym sterowaniem i świetnymi rozwiązaniami mechanicznymi. Czasem frustruje, ale jak mi się udało ją skończyć, to znaczy że poziom trudności nie jest zbytnio przegięty

Prosta – miłosna – fabuła, zmyślni bossowie, zabawne dialogi i kupa dobrej zabawy. To kolejny przykład, że gra za małe pieniądze (zarówno chodzi mi o te które trzeba wydać aby ją nabyć, jak i te które przeznaczono by ją zrobić) potrafi się obronić mając symboliczną grafikę, retro muzykę i hektolitry miodu wylewającego się z… ekranu.

A kiedyś to były platformówki…

Tak, Shovel Knight to także podróż sentymentalna. Nie wiem jak twórcy na kickstarterze reklamowali swój projekt, ale skakanie na łopacie przypomina Duck Tales, mechanicznie gra przypomina Mega Mana (choć może to tylko jakieś dziwne skojarzenie). Ktoś powie, że to taki rozbudowany Mario, choć w sumie to nie ma znaczenia.

Sukces Łopatowego Rycerza, pokazuje że nie chodzi tylko o tęsknotę za czasami i gatunkiem, ale także że wiele rzeczy z czasem się przejada. Można lubić gry FPP/FPS tylko ile to razy można biec i strzelać. Czasem człowiek potrzebuje odmiany, a Shovel Knight jest świetną, choć wymagającą, grą.

Czasem człowiek wyda 40 zł i dobrze się bawi 10-15 godzin, a czasem pozbędzie się dziesięć razy tyle i po 5 zastanawia się czy granie dalej ma sens.

Ale o tym kiedyś indziej.

Tępy deck, dobry deck!

Wpis dedykuję przyjacielowi (jedynemu czytelnikowi tego bloga), bo to poniekąd przez niego wpis ten powstał.

Złożyć talię do MtG to nie sztuka. Trochę lądów, trochę potworków i jakieś inne czary. Wrzucić tak by ograniczyć się do 60 kart i coś tam z tego wyjdzie. Jest parę prostych zasad, które sprawiają że talia się kręci. Żeby robiła, cuda trzeba już nie lada pomysłu, ale często ten proste pomysły są najlepsze. Nie idealne, ale najlepsze.

To tylko Magic, tutaj brak logiki

I na swój sposób to prawda. Ucząc nowego o co chodzi w tej grze wypada złożyć mu talię złożoną z potworów, jakiś czarów by te stwory przeciwnika zabijać i lądów, dzięki którym będziemy mogli rzucać czary. Odpowiedni stosunek kart w talii sprawia, że dostajemy proste aggro (czyli talię nazywaną przez niektórych “wszystko w prawo”, albo “szybki wpierdol”).

Z jednej strony taka talia, złożona idealnie, ze świetnymi stworami, które jakoś ze sobą współdziałają może być prawdziwą bombą. Do tego odpowiednie czary by wszystko jakoś ułożyć. Z drugiej, kiedy to tylko ściepka losowych potworków (choćby nie wiem jak dużych), z losowymi dopakami i innymi (tak, tak) losowymi kartami, pojawia się problem.

To nie musi wygrywać

Rozumiem że Magic to gra – zabawa. Ale przegrywanie non-stop, czy też niemożliwość podjęcia jakiejkolwiek walki może dołować, czy też trochę zniechęcać. I nie chodzi mi o sytuację gdzie przeciwnikowi deck się zacina i dlatego tylko wygrywamy. A sprawa budowania dobrej i prostej talii komplikuje się kiedy mówimy o EDH.

Zawsze uważałem że generał powinien coś robić. Wtedy EDH ma sens. Generał nie powinien być definicją kolorów jakimi gramy. Umiejętność generała powinna współgrać z naszą talią. Karty powinniśmy dobrać tak by współgrały z naszym generałem i żeby nasz generał z nich mógł skorzystać.

Taki tępy deck, duże stwory i wjazd

Ostatnio tworzę talie dla przyjaciela. Nie zna MtG na wylot, nie wczytuje się w karty a jak nawet to robi nie zawsze wszystko rozumie. Jak wiele osób które w MtG nie siedzą na co dzień. Dawno temu grał zieloną talią opartą o bardzo prostą zasadę. Tanie stwory i czary do szukania lądów i drogie stwory do bicia. Do tego jakieś czary wzmacniające i jazda!

Pierwszy problem przed jakim stanąłem to generał. W sumie to nie ma być super talia (aka nie musi wygrywać), więc postanowiłem użyć tego co mam na stanie i co mogę wyjąć z klaserka. Padło na Omnatha z nowego Zendikaru. Bo jeżeli talia ma się kręcić wokół wyszukiwania i wstawiania lądów (które same w sobie później mają czemuś służyć), to prawie oczywistym stał się fakt użycia Landfalla.

Onmath jest duży, wstawia duże stwory a te jak giną strzelają. Za nie tak dużo. Powiedziałbym że świetny pomysł, że to musi grać. Szkoda tylko, że dalej zaczęły się schodki. Dużych, coś robiących stworów znajdę u siebie w pudłach sporo, niektóre dobre, niektóre wybitne. Niestety czasem robią zbyt wiele i nauczenie gry tą talią mogłoby trochę zająć. Nawet gdy zaczynam się ograniczać co do stworów, to ciężko mi wstawić takie zwykłe, kompletnie nic nie robiące duże stwory.

I tak wpadłem w pułapkę. Talia złożona, pewno nic robić nie będzie, bo jakbym chciał by coś robiła, to osoba dla której tworzę może nie będzie wiedzieć jak tym grać.

e-dziewczyny, w e-bikini #2

DLC zmora nowych czasów. Nie lubię DLC. Albo przynajmniej gardzę nim w takiej formie jak teraz się spotykam. Owszem, wspieram pewnych japońskich pasożytów, ale czuję że wypada powiedzieć zdecydowane dość!. Choć kto to wie kiedy.

Japońskie bileciki

Spodziewałem się dodatkowej zawartości. Wiedziałem, że będą nowe wdzianka. Już szukałem drugiego dna w portfelu. A tu takie kuku. Czasowo ograniczone bikini każde w 9 kolorach. Jedno za walutę w grze (lub bilety), drugie tylko i wyłącznie za bileciki growe. Walutę w grze powoli się zdobywa, a bileciki są do kupienia przez playstation store i wcale do tanich nie należą. Ktoś policzył, że kupienie wszystkich 9 kolorów jednego stroju za bilety to jakieś 200 dolarów, czy na moje 800 zł. Cóż, kobiety kosztują.

Nie dla gaijinów

Żeby tego było mało, to bilety można kupić tylko i wyłącznie grając na japońskim koncie. Trochę tego nie rozumiem, bo to w sumie jak blokada regionalna, której to PS4 ponoć ma nie.

Nie dało się zrobić tego zwyczajnie, jak w Dead or Alive 5? Kupuję, dociągam pliki i mam na każdym koncie na jakim gram.

Już coraz bardziej rozumiem czemu Koei Tecmo nie chciało tej gry wydać poza Japonią. Tam chyba mają mniej narzekaczy, albo po prostu nie znam japońskiego to nie czytam ich forów.

Po cholerę mi te karty?

Wielu ludzi już zapomniało, że Magic the Gathering to karcianka kolekcjonerska. Zapomniało tak mocno że skrót CCG może rozszyfrowywać jako Cash Card Game. Określenie TCG jest już bardziej trafne, bo trade zawarte w tym skrócie tak mocno mówi o handlu. Dla niektórych TCG i CCG może są tożsame, ja po MtG widzę, że to coś całkiem innego.

Zbieram. To proste. Czyż nie?

Tak jest, od samego początku mej zabawy MtG aspekt kolekcjonerski jest dla mnie bardzo ważny. Grafiki na kartach są śliczne, po prostu. Zebrałem cały blok Scars of Mirrodin, chciałbym zebrać cały Innistrad a teraz będę kolekcjonował Shadow over Innistrad.

Zbieram, bo lubię posiadać. Nie traktuję tego jak inwestycję w przyszłość, bo próżniowo nie przechowuję. Czasem lubię się pochwalić że mam i tyle. Robię się wtedy taki mądry i wielki.

  • Masz może kartę X?
  • Mam
  • A za ile sprzedasz?
  • Nie sprzedaję
  • To do czego używasz?
  • Do leżenia w klaserku.
  • A to nie lepiej sprzedać?

Nigdy nie potrafiłem tego traktować w kwestii zarobkowej. Owszem, trochę kart w życiu sprzedałem, ale głównie po (jak dla niektórych) promocyjnych cenach. Każdy kto je ode mnie wziął, mógł zarobić, a ja dziś czasem pluję sobie w brodę, że je sprzedałem bo by się przydały.

Ale po co mi to?

Są takie dni kiedy siadam i myślę, “po co mi to”. Kawałki kart, które dla jednych warte setki złotych dla mnie mają jedynie wartość sentymentalną. Czasem bywają użyteczne, a niektórych pewno nigdy nie chwycę. Rzucić by to w cholerę trza.

Ale MtG to takie hobby, do którego jak wracam, po nieudanych próbach rzucenia, to mam radość z gry. Spotykam różnych graczy, ale od czasu do czasu ktoś przywraca mi wiarę w ludzi i to, że można w MtG grać dla zabawy, a nie dla zarobku.

I żeby czasem z takimi ludźmi spędzić miło czas, bawię się w MtG.

e-dziewczyny, w e-bikini #1

Jutro wychodzi. Za jakiś czas, mam nadzieję niedługi, do mnie dobrze. Tak, kupiłem sobie Dead or Alive Xtreme 3. Wersję japońską i jak za starych czasów Pegasusa, będę grał. Może już trochę bardziej świadomie niż na chybił trafił.

Soft engine 2.0, ty zboku

Nie ma co ukrywać, to gra w oglądanie. Naciskanie przycisków, jakieś cele i próba zdobycia czegokolwiek wiąże się z tym, że chcemy popatrzeć.

Dla niektórych, grając w DoAX3, z założenia jesteśmy zboczeńcami. Dla jednych to soft porno, inni myślą że to słaba gra (choć nie grali) i dlatego nie wydali jej na zachodzie – czyli nic nie tracą.

Ale po co myśleć co myślą o nas inni. A ja się cieszę, że czasy się zmieniają. Że nie ma dziś blokad regionalnych. Że o wiele łatwiej coś sprowadzić z Kraju Kwitnącej Wiśni. I że będę móg sobie popatrzeć, pokminić i pograć.

Boje się zalewu DLC i nie wiem czy mój portfel sobie z tym poradzi, ale cytując przyjaciela:

Pieniądź, rzecz nabyta.

Cokolwiek to ma znaczyć.

Prowadzenie dla innych MG

Od tegorocznego eRPrGowego Maratonu na którym w końcu ustawiłem się po drugiej stronie stolika, zacząłem prowadzić Dungeons and Dragons. Jestem zauroczony piątą edycją mimo, że mechaniki z niej nie używam zbyt wiele. Lecz poza lenistwem w poznawaniu zasad przeraża mnie inna rzecz z którą się spotkałem.

Bo ja gram inaczej w gry fabularne

To grający, doświadczeni mistrzowie gry, którzy próbują narzucić na sesji swoją wizję gry. Dla mnie D&D zawsze miało być odskocznią od sesji Zewu Cthulhu i Dzikich Pól. Sesji świetnych fabularnie, lecz mocno przegadanych. Nie chodzi o to żebym narzekał, bo taka specyfika tamtych światów i na nią przystaję. Z czasem jednak, człowiek ma ochotę odetnąć, zagrać w coś bardziej bezmózgiego. Ot co.

Niestety zdarzają się tacy gracze, którzy nie łapią konwencji. Uważają że ich sposób prowadzenia jest tym jedynym słusznym. Nie mówię nie odgrywaniu postaci na moich sesjach, ale jakoś krzywię się po, gdy po fakcie czuję że gracz, który na codzień bywa MG stara się zrobić wszystko by przygoda zrobiła się jego wersją… przygody.

Taka konwencja chłopie. Bijesz i tyle.

Może jestem jakimś hipokrytą, bo lata temu gdy jeszcze bawiłem się trzecią edycją D&D, narzekałem że mam graczy grających bez pomysłu. “Biję tego najbliżej”. Tyle razy to słyszałem, że czasem myślałem by kazać im zrobić listę rzutów na kartce a później szybko przelecieć walkę. Sesja końzyłaby się po godzinie i można by sobie pójść do domu.

Dziś już podchodzę do tego inaczej. Sam nie potrafię cudownie opisywać co robi przeciwnik, jak reaguje na ciosy, więc “biję” uznaję i się nie krzywię. D&D to system stworzony do heroicznych czynów w światach fantasy, a cóż innego mógł bohater robić jak nie bić potwory, ratować księżniczki i zdobywać uznanię zwykłych chłopów.

50/50

Chciałbym by każdy gracz zrozumiał że moje sesje są dalekie od ideału, jaki kiedyś sobie w głowie ustaliłem. Ciężko w grze, gdzie to gracze aktywnie kreują świat i wydarzenia dało się zrobić idealny podział na walkę i fabułę. Chciałbym kiedyś by jedna na 5 sesji była właśnie taka. Pogadamy, poodgrywamy a jak już tym zaczniemy się nudzić to będziemy się bić. A gdy walka zacznie nas nużyć, spotkamy na swej drodze jakąś ciekawą postać i będziemy mogli wrócić do odgrywania.

Proxowa ewolucja

Moje podejście do proxów (czyli zastępników oryginalnych kart, figurek etc.) mocno ewoluuje. Nigdy nie byłem ich zwolennikiem, ale czasem sam ich używam. Karty w drodze, trudno dostępne. Przesyłka kosztuje i jednej karty nie warto zamawiać. Z drugiej strony jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Albo chociaż powinno się.

Dawno, dawno temu

Jak zaczynałem zabawę w MtG to grałem tym co miałem. Nawet nie pomyślałem żeby coś drukować i udawać że “mam kartę”. Piękne czasy kiedy myślałem, że kolekcjonerski aspekt MtG jest rewelacyjny. Czas kiedy w madżiku się zakochałem. I dziś wiem, że było to zauroczenie, które zepsół internet i gracze (aka trejdeży).

Po co zbierać, otwierać i liczyć że wpadnie coś fajnego do talii/kolekcji, jak wszystko można kupić. Z reguły wychodzi taniej niż próba szukania pojedynczych kart. Cały jeden dodatek to zwykle koszt podobny do booster boxa. A jak nietrudno zauważyć, kart rzadkich (MR/R) jest w zestawie więcej niż boosterów w boxie.

Nie wiesz czy to gra dla Ciebie

“Drukuj wszystko jak leci”. Tak powiedziałem kiedyś kumplowi. Co prawda na dzień dzisiejszy ilość proxów w jego talii równa się zero, to pomysł o drukowaniu czego się da, z perspektywy czasu był… w miarę dobry.

Nie da się ukryć, Magic the Gathering to gra droga, nie na polskie warunki (czy też, rzadko kiedy). Jak tu wytłumaczyć nastolatkowi, że ma wydać jakieś 500+ złotych na dobrą talię i wcale nią świata nie zwojuję. Jasne, niektórych stać, ale to wyjątki, albo ludzie którzy poza MtG świat nie widzą (i nie mówię że to źle).

Tak więc kiedy ludzie już w MtG grać nie chcieli a jeden z nich właśnie się zafascynował, pokazałem mu EDH. Dałem pograć starterem i powiedziałem “złóż własne, choćby w pełni sproxowane; przetestuj karty i z czasem kup co potrzebujesz”. Jest to jakaś metoda.

Papierki czy karty, jeden czort!

Sam gdy dziś proxóję, to mam jedną zasadę. Jeżeli karta którą zmieniam papierkiem jest droga, zbyt droga w stosunku do jej przydatności i pałer lewelu, nie proxuję. Bo i tak nie kupię.

Dziś jak widzę w pełni sproxowaną talię, to reaguję alerginiecznie. Może nie powinienem. Może ten jeden raz szukałem kogoś do grania, a teraz już tego nie robię, bo mam z kim grać. Patrzę na to z innej perspektywy. Sam posiadam jeszcze jakieś proxy (przed pisaniem tego tekstu je wycinałem), ale następny deck planuję złożyć bez nich. Chciałbym by wszyscy grali tym co mają.

eSeNeS

Zmarnowałem wczoraj trochę czasu by zobaczyć z czym się je tego instagrama. Zakosiłem tableta by móc założyć konto, a później dowiedziałem się że w sumie to musiałbym zakupić (najlepiej) chytry telefon, że coś tam zrobić.

No nic, jak już straciłem czas by założyć konto, to wypada poszukać czy nie da się tego jakoś obejść. Google przyjacielem każdego internauty, więc spytałem i odpowiedź dostałem. Wrzuciłem fotkę, coś tam dopisałem i jest.

Wiem, czasy sie zmieniają, ludzie nie lubią już czytać i wolą popatrzeć na jakieś zdjęcie. I jak to na studiach mi powiedzieli:

Obraz, wart jest tysiąca słów

Po czym dodali, że wykres wart jest tysiąca obrazów. Tak więc, sądzę że ewolucja mediów społecznościowych pójdzie w kierunku matematycznym.

Nie wiem po co tyle SNSów. Pewno tylko chodzi o to, że jedne się nudzą a drugie na starcie wydają się atrakcyjne – bo inne, wykorzystujące nowe technologie.

Odwlekane porządki

Niedawno nabyłem wersję papierową książki Marcina Borkowskiego. Natchnęło mnie to do napisania posta, którego proces tworzenia był… odwlekany. Tak jak tytułowe porządki i tak jak to o czym dalej.

O boshe, będzie narzekał że żyje

Tak, tak. Właśnie o to chodzi. Popatrzyłem na leżącą książkę na stoliku i poczułem, że tytuł jest jak mój aktualny stan. Wszystko zostawiam na później. Tłumaczę, że mam coś innego do roboty i że jak to się w końcu skończy to będzie lepiej. Wypieram jedno drugim. Motywacja na to pierwsze gdzieś znikła i leży w kolejce.

Zawsze (magicznie) przy pewnych okazjach pojawia się myśl że miałem coś zrobić. Pierwsze z brzegu. WordPress. Ile to ja razy chciałem przerobić stronę Oświęcimskiego Klubu Fantastyki. Pewno tyle samo ile lat istnieje po reaktywacji. Pomysłów tona, ale za każdym razem coś nie styka.

Lutownicę trzeba.

Cholerne karty, gdzie ja je dałem

W Magic the Gathering gram od lat kilku. Z czasem kart zbiera się coraz więcej. Więcej pudełek, więcej szukania. I jakimś cudem, zwykle coś wsiąka. Prób posprzątania, poukładania, posortowania podejmowałem kilka. Bezskutecznie. Nadal przy każdej okazji konstrukcji decku pojawia się ta sama myśl.

Najłatwiej by było najzwyczajniej w świecie je wszystkie wywalić. Problem by znikł. Ale sentymenty na to nie pozwalają.

Plany… nierealne

Ferie z fantastyką się minęły. Mówiłem (sobie), że jak ten cały galimatias się skończy to zrobię to czy tamto. Obiecałem komuś kampanię w D&D. Miała powstać strona na FB poświęcona najwytrwalszemu graczowi MtG jakiego znam. Za figurki się zabrać mam. Znowu ta strona, znowu te karty.

Gdybym przeszukał kłębki pamięci, to pewno bym coś jeszcze znalazł. Nie wspominając jednego z postów wcześniej. Właśnie dlatego nie lubię postanowień noworocznych.

Niemniej jednak, jeżeli się coś zacznie dziać, to wiedz że coś się dzieje