Ponarzekam, bo mogę… #2

Dawno temu przeczytałem, że przy prowadzeniu bloga nie jest istotna ilość wpisów, ale systematyczność ich publikowania.

I jakbym o tym nie myślał to zawsze się z tym zgadzam. Dlatego zrobiłem sobie takie właśnie postanowienie w tym roku. W każdy czwartek wpis. By mój jedyny czytelnik wiedział kiedy przyjść, pośmiać się (albo załamać) i wyjść.

I mimo, że nadal chciałbym takie planu się trzymać to widzę w nim pewne… wady. Choćby ten wpis. Piszę go z myślą jutro czwartek wypadałoby coś opublikować.

Pomysł wydawał się realny gdy jeszcze z końcem 2019 napisałem sobie kilka pomysłów na wpisy. Pomysł, pomysłem ale czasem ciężko ubrać w słowa. Czasem człowiek siada i nic się nie klei.

To ostatnie pamiętam jeszcze z czasów gdy próbowałem prowadzić bloga o muzyce z gier. I choć czasem nadal bym chciał to bywało tak, że siadałem do pisania i jakoś nic sensownego się nie pojawiało – wedle moich standardów oczywiście, bo nawet to co tam się pojawiło może być kiepskie według innych.

Osobisty blog pozwala na większą dowolność. Piszę o byle czym. Byle jak. Ale nadal czasem siadam i to co napisałem stwierdzam, że jest bez sensu. Nie celuję w wysoki poziom, ale poniżej kryjówki Żołwi Ninja schodzić nie chcę.

Kałabanga!

Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt. Czas. Czas i sposób w jaki chcę go przeznaczyć. I choć czasem mam ochotę coś napisać, to jednak nie wiem czy tygodniowy cykl ma sens.

Ten wpis to właśnie przykład tego, że muszę to przemyśleć.

Czwartkowy zapychacz.

20 lat minęło

Kilka dni temu minęło 20 lat od japońskiej premiery gry Vagrant Story. Nie żebym tak skrupulatnie śledził te daty jakby to były moje urodziny, ale trudno ominąć taką informację gdy przegląda się internet – oczywiście te muzyczno/growomuzyczne serwisy/profile.

Vagrant Story to dla mnie jedna z najważniejszych gier w życiu. Jedna z najlepszych w jakie grałem. Gdy byłem dzieciakiem to z angielskiego niewiele kumałem. Do tego, sposób w jaki jest przetłumaczona – i nie chodzi o to, że zły – wcale nie ułatwia mi odbioru. Zresztą nie ukrywam, że mając ograniczone ilości czasu ciężko mi jest się cofnąć do staroci by je przejść ponownie. W szczególności, że Vagrant Story do najłatwiejszych gier nie należy.

Jego największym mankamentem jest to, że wyszedł gdy już na dniach na rynek miał trafić drugi soniak, więc kogo obchodziła stara konsola i jakaś gra o nieznanym tytule (wiadomo, serie lepiej się sprzedają, docierają do ludzi).

Vagrant Story – nawet gdy nie rozumiałem fabuły i grałem po japońsku – miał cudowny klimat. Lea Monde wzorowane na jakimś średniowiecznym europejskim miasteczku z jego wszystkimi katakumbami, lochami, kanałami. Świetny design postaci, cudowna muzyka (dla mnie ścieżka dźwiękowa zawsze będzie numerem 1 (pewno jednym z wielu); uwielbiam po prostu), genialna reżyseria przerywników zarówno fabularnych i cudowne sekwencje poznawania nowych miejsc, przeciwników i bossów. Unikalny system walki – oj zbyt dużo by mówić, zbyt mało pamiętam by opisywać teraz. Piękne efekty ciosów specjalnych, pomysłowe – czasem frustrujące – zagadki.

Nie potrafię tej gry nie chwalić. Z jednej strony, człowiek chciałby porządny remake. Z drugiej boi się, że coś pójdzie nie tak. Chciałbym by gra wyszła na nowe konsole, ale jakoś tak zachowując jej klimat. Bo nawet te dziwne modele postaci 3D mają swój urok po latach – wiadomo, niska rozdzielczość ciut dziś może przeszkadzać.

Yasumi Matsuno jest geniuszem i w sumie przez niego siadłem do Final Fantasy XIV.

Ponarzekam, bo mogę #1

Zawsze stawiając #X, myślę że nie powinienem dawać numerka bo mam takie wrażenie, że zobaczę nigdy X+1. I tu mógłbym skończyć narzekanie, ale dziś nie o tym. Tylko o całej idei crowdfundingu. Choć jakiś czas temu o tym pisałem to sposoby wyłudzenia od nas pieniędzy się zmieniły. A ja nawet nie pamiętam co wtedy, tam pisałem

Idea crowdfundingu wydaje mi się rzeczą dobrą. I jak kilka lat temu chętnie sprawdzałem nowe akcje kickstarterowe1 i do tych ciekawszych dorzucałem parę groszy, dziś to nawet nie myślę sprawdzać co, gdzie i jak.

Gdy jakiś mało znany twórca ma fajny pomysł, ale nie stoi za nim żadna duża firma, lub ten nie chce zaprzedać duszy takowej i zrobić wszystko po swojemu, nie widzę przeszkód by dorzucić się do interesującego nas projektu.

Lata lecą i mam takie uczucie, że niektórzy dopiero niedawno zauważyli, że ten cholerny crowdfunding istnieje. To co mnie denerwuje, to że ludzie już nie traktują tego faktycznie jak wsparcia finansowego, ale jako możliwości dokonania zamówienia przed premierowego.

Jeszcze to nie jest najgorsze. Wiadomo, ktoś robi badanie rynku i wie, że produkt mu się sprzeda, ale woli go wrzucić w wir zbiórki i się “namacalnie” o tym przekonać – nie żebym popierał, ale no jest to jakieś wyjście. To co mnie drażni to fakt, że widzę reklamy zbiórek w mediach społecznościowych. I nie chodzi o linki wrzucane przez ludzi tylko o posty sponsorowane.

Tak więc, jeżeli chcę coś stworzyć a nie mam na to kasy idę na kickstartera, ale żeby zapłacić fejsbukowi itp. za reklamę to kasę już mam. Jasne to może jakiś niewspółmierny koszt, ale zawsze to już jakiś wkład. Ja rozumiem, że reklama jest potrzebna, ale chodzi o to by ludzie sami wrzucali informacje.

Jak dla mnie kickstarter dziś to wielka strona dla firm, które by mogły zrobić to za swoje, sprzedać i zarobić a maluczcy, którzy faktycznie potrzebują wsparcia z dobrym czy też ciekawym projektem giną w morzu sponsorowanych zbiórek.

Od jakiegoś czasu – też w sumie nie tak krótko – istnieje patreon. Dorzucamy się w jakimś określonym czasie – może to być cykl dniowy/miesięczny, lub za każdą następną pracę. I choć tam gdzieś parę złotych wrzucam to też czasem się zastanawiam gdzie to ma swoje granice i sens. Coraz więcej artystów chce na przyciągnąć do paterona wrzucając wersje ero/porno swoich prac. Choć jak świat od dawna wie, za goliznę się płaci – i nie żebym się oburzał.

Nie jestem bez winy. Do dwóch patronów się dorzucam – symbolicznie bo 10 zł i 1$. Kickstarterów wsparłem kilka. Większość w miarę wypaliła. Na nie które już wcale nie liczę – że dojdą do skutku. A z czasem coraz bardziej sceptycznie podchodzę do wszelkich zbiórek. I mimo, że podczas nich bywa tak, że jest taniej, to jednak czasem wolę przepłacić jak coś wyjdzie.

A teraz tylko czekam na łądne figurki, które i tak brzydko pomaluję…

Selina Kyle i Joëlle Jones

Nie jestem miłośnikiem amerykańskiego komiksu. Czy też nigdy takowym nie byłem i ciężko jednoznacznie stwierdzić czy się takim stałem. Od niedawna zacząłem inwestować w to pieniądze – kolejne drogie hobby na liście. A zaczęło się tak niewinnie. Od trzech zeszytów Catwoman z okładkami Artgerma.

Wypięte tyłki. Obfite biusty. Czasem dziwaczne, pobudzające wyobraźnię, pozy. Podstawy wizerunku kobiet w amerykańskim komiksie*. Brzmi jak coś w sam raz dla mnie. Tylko czemu z czasem zacząłem kupować komiksy, które w tytułach nie mają woman, lub okładka nie przedstawia jakiejś piękności – sam nie wiem.

I w sumie przez wiele lat po amerykański komiks nie sięgałem. Do końca nie wiem czemu, ale jednym z wielu powodów na pewno był nieadekwatny poziom rysunków w komiksie w stosunku do zachęcającej okładki. Nadal się to nie zmieniło, ale dziś jestem w stanie docenić inne rzeczy, zrozumieć dlaczego tak jest i nie powiem by rysunki w komiksie były złe – choć wiadomo, różnie z tym bywa i często to kwestia gustu.

Nowa seria Catwoman trafiła w dobre ręce. Nie chcę uchodzić za człowieka się znającego, ale od razu gdy chwyciłem pierwsze zeszyciki do rąk i zacząłem je przeglądać, zostałem zauroczony rysunkami Joëlle Jones. Selina Kyle Joëlle to kobieta dojrzała, stylowa i z klasą. Ciężko tutaj o wizerunek seksbomby, dominy czy zabawki dla samców alfa.

Bardzo mi odpowiada taka Kobieta Kot. Joëlle Jones zaczynała przygodę z Seliną Kyle przy okazji serii Batman ze scenariuszem Toma Kinga. Ucieka sprzed ołtarza by nie zabierać Gotham jego obrońcy i zaczyna żyć własnym życiem. Nie chcę tutaj wychwalać scenariusza, bo porównania nie ma. Podoba mi się i cieszę się, że nie robi ze mnie głupka, trzyma poziom i zbyt często nie odwołuje się do historii Catwoman.

I tak zaczęła się moja wielka miłość do Catwoman. Jestem z siebie dumny.

*To taka moja regułka, stworzona na potrzeby wpisu. Opieram ją tylko na swoich doświadczeniach i przemyśleniach (a także oburzeniu jednego z redaktorów). Wiadomo Web 2.0 pozwala na pisanie swoich opinii i teorii to ja też mogę.

Kupiłem (drogiego) Winyla

Fanboy. Słowo zwykle odnoszące się do pewnego zaślepienia względem jakiegoś tematu czy osoby. Spotkałem się z nim pierwszy raz przeczesując internet w poszukiwaniu rzeczy związanych z Japońskimi Idolkami.

Zwykle gdy mówi się o kimś fanboy nie ma się nic dobrego na myśli. A ja czasem sam o sobie tak mówię. Bo nie ukrywam, że nie raz kupuję rzeczy w ciemno, wydając sporo kasy. Bywa i tak, że wielu (a czasem nawet ja sam) powie, że to kasa wyrzucona w błoto.

I mam tak z Hitoshim Sakimoto. Może i chłop jest wtórny, może od 15 lat ciekawego, nowego, oryginalnego nie zrobił. Ale jeżeli nawet słyszę te same, czy też bardzo podobne motywy po raz n-ty to nie krzywię się, gdyż je lubię. A jak powiadał inżynier Mamoń w Rejsie

Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. (…)

Tak więc gdy nadarzyła się okazja, zakupiłem sobie płytę winylową ze ścieżką dźwiękową z Radiant Silvergun. Nie mam gramofonu i nie planuję kupić. Pewno bałbym się nawet tego słuchać. Nawet nie wiem czy rozpakuję, a jeżeli nawet to znajdę sposób by ponownie go zapakować.

I taki ze mnie fanboy.

P.S. Do tematu fanboismu jeszcze wrócę.

Z pamiętnika kuriera…

Poprzedni wpis wspomina o jakiś Catherine’ach i Astral Chainach, a ja nawet nie wiem jak te gry wyglądają. Fire Emblema nie skończyłem, jakoś nie mogłem. Może wrócę. Pewno jak do Zeldy. Pomijam, że w tym czasie udało mi się kupić kilka gier a ja dalej biegałem po Eorzei, bo tam pełno roboty. Ale przyszedł Death Stranding (oraz River City Girls) i podróżowanie z paczkami mnie wciągnęło.

Teraz podłączam Amerykę do sieci chiralnej, obijam tych którzy chcą być obici w River City Girls, oraz próbuję zrobić jakiś postęp w Final Fantasy XIV. Życie zaczyna brakować a pamiętam taki czas, gdy byłem chętny czas wolny sprzedać.

I tak szczerze mówiąc sam nie wiem co takiego wciągającego jest w Death Stranding. Pisząc, że bierze się paczkę z jednego miejsca i dostarcza w drugie dużo upraszczam, ale bezsensu opisywać tu proste, a jakże genialne mechaniki podróżowania.

Wydaje mi się, że to ta inność tej gry. Nagle po prostu idziemy (kolejny raz upraszczam). Bierzemy pakunki na plecy i gdzieś po zielonej trawie idziemy przed siebie, sporadycznie włączy się jakiś spokojny, nastrojowy utwór i człowiek się relaksuje.

By za chwilę zaczął padać temporalny deszcz który postarza (uszkadza) nasze pakunki, pojawili się wynurzeni, którzy chcą nas zabić, czy napatoczyły MUŁy, które chcą nas okraść. Cały spokój szlag trafia a człowiek robi wszystko by po prostu ominąć niebezpieczne tereny.

Z zabawy w kuriera, zaczynamy bawić się w skradankę, stratega – paczka ułożona niżej później się psuje od deszczu – i pomagamy innym zostawiając liny, drabinki czy stawiając mosty.

Niby idziemy, a czasem jedziemy, od punktu A do B, ale zawsze jakaś paczuszka leży kawałeczek od nas. To klika kroków w prawo i ją podnosimy. Po czym okazuje się, że kolejnych kilka kroków dalej, kolejna paczka. Z czasem wyznaczona przez nas trasa przestaje istnieć, a my zamiast spokojnie nieść 40 – 50 kg, dźwigamy 120 i Sam chwieje się z prawej na lewą, ciężko mu utrzymać równowagę a z czasem nawet musi na chwilę siąść by odpocząć.

Mam tak, może poza jakimiś mały wyjątkami, których teraz nie wymyślę, że nie jestem w stanie grać non-stop w jeden gatunek gier. Te 50-60 godzin robienia prawie tego samego zaczyna mnie męczyć i muszę znaleźć odpowiedni moment by pójść do przodu i skończyć grę. Ponieważ Death Stranding jest grą inną od tego co znajduje się na rynku, grą w jakąś jeszcze nie grałem, gra mi się w nią cholernie dobrze.

Z czasem pewno przyjdzie znudzenie, ale wtedy mam nadzieję, że już skończę zabawę w dystopijnej (jakkolwiek to odmienić) Ameryce i będę mógł odkopywać się z kupki wstydu.

PS. Ponieważ czasu wolnego na to co bym chciał robić nie mam, nie mam zamiaru czytać ponownie tego wpisu, więc go publikuję. I tak nie będzie dobry.

Arena po raz kolejny

Gdy siadłem kilka dni temu do (MtG) Areny doszedłem do wniosku, że ten okres gdy wychodzi nowy dodatek to mój ulubiony. Od dłuższego czasu nie grałem standardu ze względu na logistykę i chęci wydawania kasy na karty. Do tego, gdy ludzie dostają nowe karty a profesjonaliści jeszcze nie zagrali swoich cudownych turniejów, tzw. meta się jeszcze nie ustaliła i każda kolejna gra to walka przeciw czemuś innemu.

Oczywiście bywają talie stare, dobrze znane, z drobnymi zmianami. Ale jest też sporo nowości. Niestety wiem, że ten stan rzeczy nie utrzyma się wieki, a później będzie coraz nudniej.

Dokładnie zacznie się to, co w Magicu mnie zawsze męczyło i wkurzało. Powtarzalność i znudzenie. Do tego Arena nie pozwala zbytnio na częste zmiany talii. A ja lubię grać czymś nowym, często niestety przyjdzie wydać wszystkie wildcardy na karty potrzebne do jakiejś specyficznej konstrukcji, która nie będzie się sprawdzać a przecież bez sensu tak non stop przegrywać. Do tego, nie ma jakiejś metody by przywrócić choćby część zużytych dzikich kart. Przez co zaczyna się grind i coraz więcej godzin spędzonych przed Magiciem.

Dlatego też myślę, że daruję sobie dalszą zabawę. Czas z gumy nie jest a nawet kilka partii MtG to czas kiedy mógłbym robić coś innego. Pewno nie zacznę, ale przez te 8 lat zabawy moje podejście do gry się zmieniło. Kiedyś myślałem że to fajna gra, gdzie ludzie sami wymyślają to i tamto. Później odkryłem, że lepiej skopiować coś z internetu. Że lepiej kupić pojedyncze karty niż boostery. I choć te nadal lubię otwierać, to ilość kart kompletnie nieprzydatnych rośnie z każdą paczką. A co gorsza, ciężko cokolwiek z nimi zrobić.

Magic mnie nie opuści, bo to zbyt dobra zabawa – od czasu do czasu. Zostanę przy papierkach i EDH, oraz kolekcjonerstwie. Przez lata sam mówiłem, że karcianka na komputerze to nie karcianka, a teraz gram… w tą JPGówkę. Po prostu musimy znaleźć jakiś kompromis w tym związku.

Bo Hitomi będzie zła.

Oj moje pieniądze #3

Ostatnio klikam w Venus Vacation. Tak bez spiny. Od zdobywam co się tam zdobędzie, biorę tę/tą gaczczę i liczę że i tak nic nie wylosuję. Chyba dobrze, że prawie nic tam nie rozumiem, bo jeszcze zrozumiałbym co robię i się wciągnął.

I tak chciałem we wpisie o cyfrowym pięknie i sztucznych piersiach napisać o tym jak śmiać mi się chce i jak bardzo jestem zażenowany podejściem serwisów do Dead or Alive 6 i tego, że jednak nie będzie tak stonowane jak zapowiadali, że nadal stroję będą pokazywać trochę ciała, że biust dalej będzie falował. Ale się powstrzymałem i zmieniłem tytuł.

Czasem chwytam się już za klawiaturę by stanąć w obronie dobrego mordobicia. By wyrzucić z siebie emocje i powiedzieć co o tych ludziach sądzę. Cieszę się, że w ostateczności tego nie robię, ale żałuję że chwytam się na te clickbejtowe tytuły licząc, że ktoś kiedyś napisze tam coś sensownego.

I mimo, że Yohei Shimbori w jednym z wywiadów powiedział, że nie będzie na starcie (a później… kto wie) trybu fotograficznego, to ja nadal mam zamiar wydać pieniądze, górę pieniędzy.

Gdybym powiedział, że nie rozumiem jak można takie głupoty pisać bym skłamał. Rozumiem, że nie chodzi prawdę, rzetelność, czy sensowne podejście do sprawy tylko o to by ludzie czytali a później swą opinię opierali tylko i wyłącznie o wycinek informacji o produkcie.

Gdybym zaczął zastanawiać się jak można wstydzić grać w grę, w której kobiece postacie są ładne i seksowne, to też bym się skłamał. Tylko co w tym złego, że jestem starym dziadem i lubię popatrzeć sobie na ładne rzeczy. Zresztą pisałem o tym nie raz, że gdy człowiek skupi się na grze, na próbie wygrani to szczegóły tracą na znaczeniu.

Kiedyś byłem bardziej zaangażowany w internetowe dyskusje. Wtedy też byłem bardziej trolowaty, pisałem byle co i gdzie popadnie. Nic nie wnosiłem do dyskusji. Dziś wiem, że nawet jakbym miał co powiedzieć, to rzadko kiedy jest sens cokolwiek pisać.

I dlatego lepiej jak pójdę sobie coś pograć.

5 Kręgów i ja.

Mam taki problem z Legendą 5 Kręgów. Szybko się wkręcam, przez obrazki. Niedawno kupiłem sobie podręcznik do gry fabularnej. Oczywiście nie przeczytałem zasad, ale głowa już gdzieś kmini by coś zrobić. Ale znam swoje lenistwo lepiej niż zasady L5R RPG i to bez czytania.

Świat ten od dawna mi się podobał. To trochę takie fantasy wzorowane głownie na feudalnej Japonii. Gdzie poza politycznymi intrygami, ludzkimi tragediami mamy także Krainę Cieni i demony, które napierają na Rokugan. Zrobiłem kiedyś jedną sesję Krain Wschodu – dodatku do Dungeons & Dragons trzeciej edycji – ale wtedy byłem jeszcze gorszym miszczem gry niż jestem dziś. Tak jest, to było możliwe.

Brałem także udział w jednej sesji i poczułem, że na kolejną mnie nie zaproszą. Jak to czasem mówię, grali jakby z “kijem w dupie”. A mi Japonia nie kojarzy się ze sztywnością, formalnością na każdym kroku. Choć pewno ludzie na co dzień chodzili smutni, skupieni i zamyśleni. W końcu to taki kraj. Codziennie rano chcąc wypić herbatę robili długą ceremonię (oki, może picie herbaty nie było tak samo popularne jak dziś), po drodze co chwilę się kłaniali i rzucali wszędzie sensei czy inny banzai.

Ja jakoś nie umiem zrozumieć tego podejścia do L5R (a wiem co mówię w końcu obejrzałem kilka odcinków Ryomadena). Może ktoś za to lubi L5R, że pewne rzeczy może odgrywać inaczej niż prawie w każdym systemie nie tylko fantasy. Ale co stoi na przeszkodzie by stworzona postać do np. Cyberpunka, była niezwykle skryta, do bólu uprzejma i miała swoje rytuały, które byłby tylko dla innych stratą czasu.

Jeżeli kiedykolwiek uda mi się zasiąść do prowadzenia Legendy, będzie to bardzie przypominać detektywistyczną sesję Zewu Cthulhu, niż myślenie czy wstaję prawą nogą i odsuwam się do tyłu, czy lewą i robię dwa piruety a następnie, wiadomo kłaniam się tylko, czy pochylam się pod kątem 30 stopni, a może 43?

Może zrobię z Legendy kolejne Dungeons & Dragons, zabarwione tylko kolorem kwitnącej wiśni, gdzie szukanie duchów i walka z demonami będą ważniejsze niż feudalna hierarchia i etykieta – choć oczywiście będę starał się by te nie zniknęły doszczętnie.

Szkoda tylko, że fajne postacie w podręcznikach Legendowych i na kartach to te żeńskie, a moi potencjalni gracze nie są tacy ładni.

NES na Switchu

Gdy byłem dzieckiem, takim krągłym, niezbyt mądrym (i tak do dziś mi zostało), posiadałem podróbkę NESa. Pięknego cudownego Pegasusa a wraz z nim cardridge’a 168 in 1. Oczywiście, gier było tam jakieś 30, a cała reszta to pewne wariacje na ich temat.

Niemniej jednak, po latach dostaję znowu możliwość zagrania w klasyki mojego dzieciństwa w sposób prosty i przyjemny. Prosty, bo jakbym się potrudził to bym jakoś tego pegasusa gdzieś tam uruchomił. Przyjemny, bo jakoś nigdy nie przepadałem za zabawą w emulację konsoli na PC.

Pewno byłbym w siódmym niebie gdyby w NSOwym zestawie znalazła się Contra, czy Tank, ale nie wszystko na raz. Na razie mogę pokląć na Ice Climbera, czy spróbować Super Mario Bros 3, w którego nigdy nie było mi dane zagrać.

Takie idealne gry na 15-20 minut, które czasem wciągają. Czekam na ten moment, gdy będzie mi się chciało w którąś dłużej pograć, która wciągnie mnie na więcej. Ale na to nie liczę, bo dobre wspomnienia z lat dzieciństwa szybko obnażane są przez toporność sterowania.

Kiedyś grało się w takie gry, bo każda z nich była tak samo toporna. Człowiek nie miał w czym przebierać i siedział przy tym co aktualnie było nowe, jeszcze nie odkryte. Miał więcej cierpliwości, może lepszą pamięć i refleks.

Na razie jest tam jedna gra, w którą mam ochotę pograć coś więcej  – River City Ransom – ale nie wiem czy nie lepiej poczekać na kolekcję Nekketsu.