O jeżuniu

Wbiłem się na bloga, by napisać, że gdzieś znowu wracają mi chęci i może zacznę ponownie narzekać i pisać głupoty. Że przyszedł czas dłużysz wieczorów i że w głowie znowu stałem się ekspertem od wszystkiego i niczego.

A tu mi jeszcze wordpress takiego psikusa robi i nowy edytor wpisów montuje. Co się dzieje ja nie wiem. Jeszcze jakoś przełączyć na inny widok nie potrafię. Za dużo tego jednego dnia.

Chyba chcą mnie zniechęcić do siebie tym trendem robienia wszystkiego dużego. Jakby nagle na całym świecie ludzie mieli kompleksy.

Kiedyś pisząc miałem jakiś obraz tego jak to będzie wyglądać na stronie, jak dużo trzeba będzie przewijać w dół. Teraz wygląda jakbym zamiast na pionowej kartce pisał na poziomej. Czego to nie wymyślą Ci dizajnerzy.

No nic wypada mi się z tym pogodzić i zacząć kolejną podróż donikąd. Bardziej dla siebie.

Bo raczej nikt tu nie zagląda.

Koniec?

To nie czwartek. To nie ten drugi czwartek. Po prostu stanąłem w rozkroku. Przyszło lato, leniwy okres. Czas gdy lepiej jakbym wyszedł z domu niż się w nim gotował. Nie mam pomysłów. Nie mam chęci. Zwał jak zwał. Chęci trochę mam, ale nie chcę się powtarzać – choć pewno nie raz robiłem to często, a że ostatnio niezbyt wiele nowego mogę napisać, to postanowiłem sobie darować. A leżące szkice wcale nie chcą się rozwinąć.

Zresztą mam tak ze wszystkim. Piłuję figurki, ale jakoś nie potrafię przy tym zbyt długo posiedzieć. Gram w Final Fantasy XIV, ale też jakoś krócej, bez pomysłu i głównie wyrabiając tygodniowy limit nowych tomestone’ów. Do Persony 5 siadam by coś zagrać i nie żeby grało mi się źle, ale jakoś tak po godzinie albo dwóch wyłączam – mimo, że w przypadku Persony nie zawsze można od tak wyłączyć, trzeba znaleźć miejsce gdzie można zapisać.

Mam różne dziwne plany. Chciałbym przeczytać to i tamto. Zrobić sesję albo dwie. Może jakaś zagrać. Czuję po prostu, że nie ma co na siłę próbować coś pisać – choć ten wpis jest tak trochę na siłę.

Koniec? Regularnych wpisów tak, ale raczej nie koniec durnych wpisów na blogu. Pewno przyjdzie ochota, możliwości czy też pomysły. Wolałbym wrócić do pisania o muzyce z gier, ale to jeszcze trudniejsze niż pisanie o byle czym.

Do zaś!

tag, hashtag, tak albo nie tak…

Tag czyli etykieta (price tag to cena). Prosty szybki sposób pokazania istotnych rzeczy. Nie wiem kiedy zabawa w tagowanie zaczęła się w internecie. Myślę, że miała ona jeden bardzo ważny cel – w prosty sposób wskazać nam treści, które mogą nas zainteresować, takie których szukamy. Ułatwić nam znalezienie rzeczy które nas interesują pośród z tony innych.

Gdy na początku zacząłem używać WordPressa (będzie to jakieś niecałe 20 lat) miał on tylko kategorie. Był to taki wstęp do tagów. Do dziś przy każdym wpisie można ustawić zarówno jedne jak i drugie. Można zastanowić się czy jest sens używać obu – zarówno kategorii jak i tagów. Wydaje mi się, że to raczej kwestia podejścia osoby tworzącej swoją stronę/blog, grunt by używać tego z głową.

Ale niestety ludzie mają tendencję do wstawianie – jako tagi – wszystkiego czego się da. Wszystko tylko by lepiej działały wyszukiwarki, by było więcej wyświetleń, lajków.

Na początku istnienia serwisów społecznościowych tagów się nie używało. Zresztą gdyby sięgnąć pamięcią do czasów takiego Grono.net, to serwisy społecznościowe opierały się na czymś innym niż dziś. Nadal rzadko widuję tagi na fejsbuku (czemu? pewno i tak nie będą one miały znaczenia, bo fb pokaże nam nie to co chcemy widzieć ale to za co płacą im byśmy widzieli), więc chyba ich popularyzację można zawdzięczać instagramowi i twitterowi.

Niestety także przez to z tagów zrobiły się hashtagi (#tagi). Dlaczego # jest przed tagiem? Taka wiedza nikomu do szczęścia nie jest potrzebna. Grunt, że się to przyjęło i teraz będzie. Ale ja napiszę…

Czytaj dalej tag, hashtag, tak albo nie tak…

O regularnym pisaniu z wyprzedzeniem

Na początku roku postanowiłem, że posty będą pojawiać się cyklicznie – co drugi czwartek. Oczywiście mając sklerozę, zapomniałem że plan zakładał 26 wpisów w tym roku i na początku się rozpędziłem. Wszystko to sprawiło, że zacząłem pisać na zapas. Z perspektywy czasu nie wydaje mi się to być najlepszym pomysłem.

A pomysł był prosty, publikować “harmonogramem” (opcją taką). Pojawił się on dlatego, że mam takie okresy, że jakoś pisanie mi nie idzie. Tak więc postanowiłem, że gdy akurat mam dzień bardziej płodny, z większą ilością chęci i pomysłów, będę tworzył kilka wpisów, lub chociaż trochę bardziej rozbudowane szkice.

I gdy tak leżą i dojrzewają, czasem myślę że już przekwitły. Ja zapominałem o czym chciałem tak naprawdę napisać, czy też raczej dochodziłem do wniosku, że wypadałoby je rozbudować przez co często miałem ochotę napisać je od zera. Lecz gdy myślę o długim, rozbudowanym poście myślę też o tych wszystkich potencjalnych czytelnikach, którym czytanie z ekranu nudzi się po kilku minutach. Którzy chcieliby szybko przeczytać jakieś trzy, cztery zwięzłe akapity na konkretny temat i bez owijania w bawełnę.

Myślę, że to także problem nieokreślonej natury tego bloga. Piszę o wszystkim i nie skupiam się na niczym. Choć w sumie tak wygląda mój dzień, a to blog osobisty – taki nie o życiu (bo bym musiał pisać o tym że mnie dupa cały czas boli), tylko o tym co chcę pisać bez konkretnego powodu. Siadam, nie planuję, tylko robię to na co mam ochotę. Czasem nic nie robię – bo lenistwo, kompletny odpoczynek czasem także jest potrzebny.

Chciałbym znaleźć jakiś złoty środek (początek i koniec też) przy tworzeniu wpisów i czerpać jeszcze więcej radości i przyjemności z pisania o niczym – może wtedy bym wybuchnął przez ilość endorfin. Jest trochę szkiców czekających na publikację, a może po drodze coś jeszcze się wykluje…

time and relative dimension in space

Całkiem niedawno miałem ambitne plany. Zwykle je mam i spalają na panewce. Te miały dotyczyć tego bloga. I jak z każdymi planami, które robię tak i tutaj dałem sobie na wstrzymanie. Chciałem coś zmienić. Nawet poczyniłem pewne – techniczne – kroki w tą stronę. Trochę się nakombinowałem i w sumie dobrze, że się nie zapędziłem.

Od dawna mówię, że bloga piszę dla siebie. Piszę jak mnie palce swędzą i piszę gdy mam chęci. (Według tej teorii nawet próba bycia regularnym jest głupia). Myślę, że pewne rzeczy mogę zrobić inaczej i jak się uda wejść w pewien schemat, obrać jakiś rytm wtedy będę mógł zasiąść do czynienia zmian.

Gdy człowiek czasem zacznie myśleć. Zrobi sobie odskocznię od pewnych spraw i zajmie się innym hobby, któremu poświęca mniej czasu z różnych przyczyn, zaczynają pojawiać się dziwne pomysły. Człowiek myśli, kombinuje. Zaświeca mu się żarówka nad głową – jak w Zaczarowanym Ołówku (a może to była inna bajka). A im więcej myśli, dochodzi do wniosku, że brak mu czasu* na wiele rzeczy już teraz, więc po co sobie coś dodatkowego dokładać.

Dopóki nie uda mi się posiąść TARDIS daje sobie na wstrzymanie.

*nienawidzę tego stwierdzenia, bo każdy ma 24 godziny i tyle; a że ja nie umiem ich zaplanować to mój problem…

Ponarzekam bo mogę… #4, figurki, malowanie i youtube

Dziś, gdy piszę tego posta, czyli pewno na długo przed jego opublikowaniem, kolejny raz usłyszałem, że przy malowaniu figurek ludzie często mają problemy z żółtym kolorem. A ja człowiek, który malować nie potrafi zabrałem się za malowanie właśnie takich, gdzie żółty jest jednym z dominujących.

I do chwili gdy pierwszy raz spotkałem się z twierdzeniem o problemach z żółtą farbą, cały czas zastanawiałem się co ja takiego źle robię. Nawet myślałem, że ktoś mi sprzedał dziadowskie, stare (choć co tam może się zepsuć) farbki czy też, że trafiłem na butelkę z jakiejś felernej partii.

Teraz czuję się trochę pocieszony, co nie sprawia że mi łatwiej malować. Myślę tylko – jaki ja durny byłem, że wybrałem akurat armię która jest żółta. I ja wiem, że schemat malowania figurek na pudełku, to nie jest rzecz obowiązkowa, ale gdy wybierałem figurki, które chciałbym pomalować nie czytałem historii świata, tego co to za armia/jednostki, tylko patrzyłem które modele podobają mi się najbardziej.

I tu pojawia się pewien problem. By figurki wyglądały ładnie trzeba je dobrze skleić i ładnie pomalować. Sama rzeźba nie sprawia już tak samo dobrego wrażenie. Nadal uważam, że Infinity, ma bardzo fajne figurki, ale ma także jednego z lepszych malarzy (no miało, bo teraz prowadzi własną działalność, choć dalej maluje dla Corvus Belli).

Nie ukrywam, że po części na figurki do Infinity patrzę przychylnym wzrokiem gdyż mam wrodzoną niechęć do Warhammera – zarówno fantasy jak i czterdzieścika. Do tego przeglądając filmy na youtubie o malowaniu figurek, bardzo ciężko znaleźć taki kanał gdzie, ktoś maluje coś innego niż modele Games Workshop. Nie chcę tu powiedzieć, że się nie da, ale ta brytyjska firma ma wielu miłośników, oraz dobrze wie jak promować swoje produkty. I pewno ich na to stać w porównaniu do wielu mniejszych firm.

Choć tak naprawdę to cholera wie co się na youtubie kryje, może jest tam ktoś kto maluje tylko infinity, ale youtube uparcie nie chce mi takowego pokazać. Tak dokładnie było gdy szukałem pomysłu na zrobienie podstawki udającej asfalt. Gdy nie mogłem znaleźć nic sensownego, postanowiłem poszukać czegoś związanego z przyszłością, sci-fi, cyberpunkiem. Pomysły były ciekawe, ale wymagały dość konkretnych materiałów – choć nie mówię że kiedyś ich nie wypróbuję. W końcu któregoś dnia youtube zaproponował mi dokładnie to czego szukałem i nie rozumiem, czemu gdy szukałem nie mógł mi tego pokazać.

Gdzieś po części prawda jest też taka, że przy okazji malowania sam znajduję sobie powody by ponarzekać. To na siebie, to na otaczający mnie świat. Malowanie to chyba jedno z niewielu zajęć gdzie wiem, że im więcej będę malował tym będę lepszy w te klocki (teoretycznie powinienem, ale kto to wie). Sam potrafię się zachęcać do dalszej zabawy (choć oglądając filmy Brenta z Goobertown Hobbies na youtubie czuję jeszcze większą chęć by siąść z pędzlem i nałożyć farbę na modele), szukam rozwiązań i co ważne wiem kiedy powiedzieć dość.

Tak czuję, że udało mi się znaleźć zastępcze hobby dla MtG. Szkoda, że nie jest tańsze…

Nie widzi mi się ta wojna…

Nie wiem czy kiedykolwiek to pisałem (a jest to możliwe) ale gier komórkowych (mobile) nie lubię. Gardzę nimi, brzydzę się itd. No dobra bez przesady. Nie lubię, nie gram, nie sprawdzam. Lecz niestety Square Enix zapowiedział War of the Visions Final Fantasy Brave Exvius (tytuł taki, że już sam nie wiem czy go dobrze napisałem), o którym mówiło się że to duchowy spadkobierca Final Fantasy Tactics*, więc postanowiłem spróbować.

I chociaż gram zaledwie drugi czy trzeci dzień (jak piszę ten wpis), to czuję że nie będę męczył baterii zbyt długo. Oczywiście coś może się zmienić z czasem, ale War of the Visions daje mi to za co kocham do dziś FFT, oraz bierze od gier mobilnych wszystko to czego w nich nienawidzę.

Walka jest dokładnie taka jaką chciałbym by była. Nie dziwne bo w 95% kopiuje mechanizmy z FFT. Jednostki ruszają się w zależności od szybkości (oraz wykonanych czynności wcześniej), a nie jak w większości gier tego typu najpierw my, później przeciwnik. Czary i niektóre umiejętności są szarżowane a nie lecą od razu – daje to odrobinę dodatkowej zabawy taktycznej.

Jest kontra oparta o statystykę brave. Są małe plansze a jednostki nie reprezentują całego garnizonu/armii. I choć to czasem takie drobne umowne rzeczy, na które przymykam oko to cieszą. Podobają mi się także projekty graficzne postaci. Świetne rysunki tworzone pod okiem Akihiko Yoshidy więc nie ma co się dziwić, że przypadły mi do gustu. Gorzej że cała gra jest w 3D i modele postaci nie są brzydkie, ale tracą swój urok.

Cała reszta to albo rzeczy przeciętne, które mi nie przeszkadzają, albo rzeczy złe. W tych pierwszych znajdzie się muzyka. Jakieś marginalne jej ilości i mnogość nawiązań do klasycznych motywów znanych z serii Final Fantasy. Dorzucę do tego worka także jednostki i fakt, że mają one z góry ustalone klasy postaci. Fajnie by było samemu decydować, ale rozumiem że tak musi być bo… właśnie dochodzimy do tego wszystkiego co złe.

Jak na grę mobilną przystało jest ona stworzona w modelu free-to-play, choć niektórzy powiedzą free-to-pay. Na każdym kroku można coś kupić. By cokolwiek zrobić – zagrać walkę, zdobyć nową postać, ulepszyć umiejętności czy stworzyć ekwipunek potrzeba jakiś przedmiotów czy punktów – do każdej czynności innych. By je zdobyć możemy je kupić w sklepie, lub dostać po walce – oczywiście z jakąś tam szansą procentową, zwykle nikłą.

Wiele rzeczy można kupić płacąc monetami w grze, lecz te też się czasem kończą. No po dwóch – trzech dniach miałem lepsze i gorsze chwile, ale kasa, nadal jest. Jest oczywiście także druga opcja – kryształy, które da się kupić za normalne złotówki (czy dolary, euro, jeny; kto gdzie mieszka ten ma inaczej).

I jak na początku da się obejść bez wydawania dużej ilości złotówek (no jasne, to mikrotransakcje; widziałem rzeczy za 379.99 PLN) to z czasem jak wsiąkniemy z grę wszystko zwolni – będzie trzeba więcej przedmiotów, będą one rzadsze itd. – i twórcy będą chcieli byśmy sięgnęli po portfel (ten normalny, IRL), ale dostali nerwicy.

Do mnie nie przemawia także sterowanie. Nie potrafię grać na ekranie dotykowym. Chodzenie po menu jest w porządku, choć jego responsywność to inna sprawa. W walce bardzo często nie umiem dobrze kliknąć by postać poszła na ten kafelek który mnie interesuje. Przez to puszczam auto-battle (a SI jest okropna w tej grze) i cała przyjemność z grania spada na jeszcze dalszy plan.

War of the Visions mógłby być fajną grą, gdyby ktoś chciał zrobić ją normalnie. Zdaje sobie sprawę, że firmy są od tego by zarabiać i liczę, że zarobią na WofV tyle by móc zrobić normalnego taktycznego RPGa.

Nam tylko nadzieję, że nie będą zarabiać na mnie…

*Tak tylko wspomnę, że to jedna z najważniejszych gier w moim życiu.

Ponarzekam bo mogę… #3, aka ból rozstania

Od długiego czasu zbieram się do posortowania i pozbycia się kart. Czas leci a ja ciągle zastanawiam się jak co i po co i czy warto. Najpierw myślałem o dublach ale tych dużo nie mam. Później stwierdziłem, że warto sprzedać karty które są coś warte, ale niekoniecznie mi potrzebne – choć pewno jak je sprzedam to okaże się, że by się przydały. Teraz już myślę by sprzedać wszystko jak leci – bo wcale nie chce mi się tym bawić.

I ja wiem, że jestem człowiekiem zmiennym. Dziś się wkurzę i myślę inaczej. Jutro zagram ze dwie partie i już zmienię zdanie. Do tego jestem świadom, że jak pozbycie się pewnych kart to nie problem, to upchnięcie kompletnego zestawu kart z bloku Scars of Mirrodin to już jest problem. Tanio nie sprzedam, a jakoś nie wyobrażam sobie bym karty wartę kilka tysięcy sprzedał przez internet… tak po prostu.

Do tego ostatnio przekonałem się do jednej rzeczy. Ciężko mi się rozstawać z przedmiotami, które leżą u mnie już jakiś czas. Nawet gdy się psują, nie do końca spełniają swą funkcję i poczyniono kroki by je zastąpić. Gdzieś ta łezka wzruszenia i nostalgia pojawiają się w człowieku i z bólem mówi przedmiotom materialnym “pa pa”.

Nostalgia, sentymenty, wspomnienia. Najlepiej by było się nie przywiązywać, ale żeby tego nie robić to pewno wypadałoby nic nie kupować. Zostać minimalistą. 10-15 m2, łóżko, jedne spodnie i koszula. Jeść w restauracji i kupować gotowe kanapki. Później nawet nie rozbije się talerz i nie będzie nam go żal.

Nigdy nie nauczyłem się sprzedawać rzeczy używanych i może dlatego tak kiepsko mi idzie z tymi kartami. A może wcale się ich nie chcę pozbyć. Może tylko szukam wymówki. Może piszę tego posta tylko dlatego by potencjalny czas na sortowanie i wypychanie klasera for sale zmarnować na coś innego.

Ponarzekam, bo mogę… #2

Dawno temu przeczytałem, że przy prowadzeniu bloga nie jest istotna ilość wpisów, ale systematyczność ich publikowania.

I jakbym o tym nie myślał to zawsze się z tym zgadzam. Dlatego zrobiłem sobie takie właśnie postanowienie w tym roku. W każdy czwartek wpis. By mój jedyny czytelnik wiedział kiedy przyjść, pośmiać się (albo załamać) i wyjść.

I mimo, że nadal chciałbym takie planu się trzymać to widzę w nim pewne… wady. Choćby ten wpis. Piszę go z myślą jutro czwartek wypadałoby coś opublikować.

Pomysł wydawał się realny gdy jeszcze z końcem 2019 napisałem sobie kilka pomysłów na wpisy. Pomysł, pomysłem ale czasem ciężko ubrać w słowa. Czasem człowiek siada i nic się nie klei.

To ostatnie pamiętam jeszcze z czasów gdy próbowałem prowadzić bloga o muzyce z gier. I choć czasem nadal bym chciał to bywało tak, że siadałem do pisania i jakoś nic sensownego się nie pojawiało – wedle moich standardów oczywiście, bo nawet to co tam się pojawiło może być kiepskie według innych.

Osobisty blog pozwala na większą dowolność. Piszę o byle czym. Byle jak. Ale nadal czasem siadam i to co napisałem stwierdzam, że jest bez sensu. Nie celuję w wysoki poziom, ale poniżej kryjówki Żołwi Ninja schodzić nie chcę.

Kałabanga!

Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt. Czas. Czas i sposób w jaki chcę go przeznaczyć. I choć czasem mam ochotę coś napisać, to jednak nie wiem czy tygodniowy cykl ma sens.

Ten wpis to właśnie przykład tego, że muszę to przemyśleć.

Czwartkowy zapychacz.

20 lat minęło

Kilka dni temu minęło 20 lat od japońskiej premiery gry Vagrant Story. Nie żebym tak skrupulatnie śledził te daty jakby to były moje urodziny, ale trudno ominąć taką informację gdy przegląda się internet – oczywiście te muzyczno/growomuzyczne serwisy/profile.

Vagrant Story to dla mnie jedna z najważniejszych gier w życiu. Jedna z najlepszych w jakie grałem. Gdy byłem dzieciakiem to z angielskiego niewiele kumałem. Do tego, sposób w jaki jest przetłumaczona – i nie chodzi o to, że zły – wcale nie ułatwia mi odbioru. Zresztą nie ukrywam, że mając ograniczone ilości czasu ciężko mi jest się cofnąć do staroci by je przejść ponownie. W szczególności, że Vagrant Story do najłatwiejszych gier nie należy.

Jego największym mankamentem jest to, że wyszedł gdy już na dniach na rynek miał trafić drugi soniak, więc kogo obchodziła stara konsola i jakaś gra o nieznanym tytule (wiadomo, serie lepiej się sprzedają, docierają do ludzi).

Vagrant Story – nawet gdy nie rozumiałem fabuły i grałem po japońsku – miał cudowny klimat. Lea Monde wzorowane na jakimś średniowiecznym europejskim miasteczku z jego wszystkimi katakumbami, lochami, kanałami. Świetny design postaci, cudowna muzyka (dla mnie ścieżka dźwiękowa zawsze będzie numerem 1 (pewno jednym z wielu); uwielbiam po prostu), genialna reżyseria przerywników zarówno fabularnych i cudowne sekwencje poznawania nowych miejsc, przeciwników i bossów. Unikalny system walki – oj zbyt dużo by mówić, zbyt mało pamiętam by opisywać teraz. Piękne efekty ciosów specjalnych, pomysłowe – czasem frustrujące – zagadki.

Nie potrafię tej gry nie chwalić. Z jednej strony, człowiek chciałby porządny remake. Z drugiej boi się, że coś pójdzie nie tak. Chciałbym by gra wyszła na nowe konsole, ale jakoś tak zachowując jej klimat. Bo nawet te dziwne modele postaci 3D mają swój urok po latach – wiadomo, niska rozdzielczość ciut dziś może przeszkadzać.

Yasumi Matsuno jest geniuszem i w sumie przez niego siadłem do Final Fantasy XIV.