Things are looking up+

Gdy pisałem poprzedni wpis na temat Dragon Questa XI, miałem inne wyobrażenie odnośnie tego co dalej po napisach – jak mi się zdawało – końcowych. Teraz czuję się pozytywnie zaskoczony i jakoś tak przytłoczony.

Tak dochodzę do wniosku, że słowa Qui-Gon Jinna mówiące że Zawsze znajdzie się większa ryba i tutaj okazują się prawdą. Wątek tego jeszcze bardziej złego delikatnie jest wpleciony we wcześniejszą fabułę i pokazuje, że cofając się w czasie, zmieniając pewne rzeczy sami rzucamy sobie kłody pod nogi. Nie ukrywam podoba mi się taki obrót spraw.

To co mi się nie podoba, to że nie wiem gdzie łapy włożyć. Sztucznie podniosłem poziom do 99. Teraz mogę przeciwników omijać i w sumie trochę tego żałuję, bo zrobi się z tego jakiś taki sandbox, gdzie biegam tylko z miejsca na miejsce.

Niby w prawie każdym mieście dostaję jakieś dodatkowe zadanie do zrobienia, doszły dodatkowe subquesty a ja nie wiem od czego zacząć i w sumie po co. Nawet nie wiem czy chce mi się ruszać dalej fabułę, bo mam takie przeczucie że będzie pod górkę – nawet z 99 poziomem. Zostało mi także kilka osiągnięć do zrobienia i pewno postaram się na tym skupić.

Tak więc, moja przygoda z Jade się nie skończyła. I mimo, że do DQXI siadam z lekkim oporem, to nie powiem że się męczę grając. No chyba, że nawalam w X próbując ugrać żetony w kasynie. Trochę to nuży.

Nadal uważam że to świetny RPG.

Oj moje pieniądze #2

A ja czekam i czekam i czekam… jak śpiewał kiedyś Grzegorz Turnau. I coś czuję, że się nie doczekam. Doczekałem się Mili. Gdzieś tam są plotki o Kokoro. Coraz bardziej się cieszę, że Dead or Alive 6 jest w produkcji, ale coraz bardziej martwi mnie brak ogłoszenia o jakieś wersji wypasionej.

Chyba będę musiał rzucić się na Japońską edycję kolekcjonerską, dla ludzi mniej zamożnych. Bo nie interesują mnie ręczniki, jakieś plakaty i poszewki. Chcę grę, na nośniku fizycznym i nie pogardziłbym ścieżką dźwiękową. Do tego nie chciałbym by ominęły mnie ciuszki, postacie i inne rzeczy, które będą w grze.

Problem tylko w tym, że Koei Tecmo nie kwapi się by ogłosić, że w europie dadzą ludziom wydać ciężko zarobione pieniądze na kilka kawałków plastiku i papieru. Natomiast istnieje coś takiego jak cyfrowa wersja deluxe. A ta ma dokładnie to, co mają dostać Japończycy w formie kodu w pudełku.

Chciałbym nie musieć wydać kasy 5 razy. Chciałbym dać im zarobić, ale nie dać się oskubać. Ale wydaje mi się, że mój zdrowy rozsądek, przegra z fanboismem.

Things are looking up

Zobaczyłem napisy końcowe Dragon Questa XI i ciut się popłakałem. Nie wiem czy wzruszam się bo kończę grę, czy tak mocno zżyłem się z postaciami.

Główną linią fabularną czasem czułem się zmęczony. Były takie chwile, że nie czułem potrzeby iść do przodu. W sumie to nawet nie wiedziałem gdzie, po co i czy w ogóle jest po co iść dalej. Ot takie skakanie od miasta do miasta, gdzie przez pomaganie mieszkańcom albo dowiadujemy się jak pokonać Mordegona, albo zdobywamy coś co potrzebne jest nam w jego pokonaniu.

Całą dobrą robotę odwalają tutaj napotkane postacie. Czy to te które do nas dołączają, czy te które spotykamy w miastach. Nie mam pamięci do imion, więc nie mam zamiaru tutaj ich przywoływać. Raz się można uśmiać do rozpuku a innym razem wzruszyć.

I pewno o te wszystkie wspomnienia chodzi na sam koniec, gdy po wygranej walce ze złem nasi współtowarzysze wracają do domu, człowiek wspomina i mu się łezka w oku kręci. Yuji Hori po tylu latach pewno wie, że nie trzeba się wysilać i tworzyć skomplikowane historie by ludzie dobrze się bawili, cieszyli grą i dobrze ją z czasem wspominali.

Do tego Dragon Quest XI ma jedna cudowną zaletę – humor. Jest go tutaj na pęczki. Czy to wygląd, animacja i nazwy przeciwników. Naprawdę podziwiam kreatywność twórców i tłumaczy.

Czy też specyficzne dla danych regionów sposoby wypowiadania się np. w Hotto, mieście gorących źródeł, wszyscy mówią jakby używali do tego haiku, choć nie da się ukryć, gdzieś to ucieka w angielskim tłumaczeniu. Zresztą sama nazwa Hotto pochodzi (prawdopodobnie) od japońskie sposobu zapisania angielskiego Hot – ホット.

Znajdziemy także proste gagi, jak ten poniżej (tak jest, spoilery!).

Nie ukrywam, że nie wyobrażam sobie jak wygląda ta gra, jeżeli postacie nie mówią – ich wypowiedzi nie są udźwiękowione – a tak jest w japońskiej wersji. Dużo by mi teraz brakowało, bo mimo że angielskie głosy może nie są najlepsze, to w 2018 roku przy tak wyglądającej grze aż trudno sobie to wyobrazić – w szczególności jak już grało się z głosami.

Rozumiem, że dla Japończyków Dragon Quest to nie tylko gra. To pewien kult i historia. Pewnych rzeczy po prostu się nie powinno zmienia, tylko akceptuje. I to szanuję, tak samo jak szanuję fanfary, które brzmią w niektórych momentach i których przerzucić nie możemy. Rzecz, tak staroświecka i jakoś tak upierdliwa.

Cieszy mnie jeszcze jedna rzecz. Pewno jak ktoś to przeczyta to dostanę po łbie od SJW, ale co tam. Mowa tutaj o Puff-Puff i Jade. Tego pierwszego nie będę tłumaczył grunt, że jest. A Jade… no po prostu świetna, cudowna i aż miło się szuka tych wdzianek dla niej (raz tyle czasu spędziłem w kasynie, tylko po to by przebrać ją za króliczka). Po to gram w gry, by sobie popatrzeć na ładne babki i nikt tego nie zmieni.

Dragon Quest XI po skończeniu, daje nam możliwość dalszego przeżywania losów bohaterów, tak więc jeszcze nie wszystko skończone. I dobrze, bo po 82 godzinach gry, nie powiedziałbym że czuję znudzony.

No może troszeczkę. Ale wiadomo.

Jade.

Tyle roboty, a tak mało czasu

Nie lubię stwierdzenia nie mam czasu. Ale to inna bajka, a takie życiowe (a może powinienem napisać dupne) wpisy to nie dla mnie. Niemniej jednak ostatnio nie mogę się odnaleźć i z tego powodu taka pustka na blogu.

Granie w Dragon Quest XI umila mi dni. To nie tak, że nie mogę odejść od konsoli i zrobić coś innego. To gra typu pogram godzinkę, dwie. Kończę zabawę, ale za pół godziny mam znowu chęć odpalić i dalej biegać i tłuc slimy. Do tego, w końcu po ponad 20 godzinach, do drużyny dołączyła Jade tak więc, czuję się spełniony i bardzo uradowany.

Od czasu, do czasu próbuję swoich sił na Arenie, tej medżikowej. Za parę dni i tak wszystko zostanie wyzerowane, ale po prostu mnie ciągnie do tej gry. Zawsze będę mówił, że mechanicznie jest świetna, gorzej z jej stroną finansową. I jak Arena jest free to play, to zawsze ten kto wyda trochę pieniędzy, będzie trochę do przodu. Czasem dziwię się sobie, że nadal się w to bawię. Myślę, że częściej klnę i się wkurzam. Raz na program, bo ile to razy można losować rękę bez lądów. Czasem na samą grę, bo gdy gram przeciwko kontrolkomfogomlifegainom powinienem rachunek za prąd wystawiać przeciwnikom, którzy tylko przedłużają grę – tak jest, takie to talie, ale tak jakoś bardzo to drażniące, choć uczę się poddawać za wczasu.

Do tego figurki się same nie pomalują a zasady Infinity same nie przyswoją. Choć na tym drugim aż tak bardzo mi nie zależy, to samo malowanie zostawiam sobie na długie zimowe wieczory. Tak przynajmniej mówię, ale myślę że to po prostu kwestia czasu gdy mi się zachce tym wszystkim bawić. Wymagam od siebie cudów, ale biorę poprawkę na umiejętności i w sumie i tak nie wychodzi na to co bym chciał.

Myślę, że trochę się wkopałem deklarując się, że poprowadzę Ravnicę w DnD. Jakoś nadal nie rozumiem co takiego fajnego w tym świecie, a co gorsza próbuję sobie wyobrazić co w Guildmasters’ Guide to Ravnica będzie, co pomoże mi zapanować nad chaosem sesji i jak dużo będę musiał nagiąć by całość spasowała do mojego wyobrażenia sesji Lochów i Smoków. Choć w 2018 roku coraz częściej mam chęci zrobić jakąś sesję – sprawić by inni się bawili i mam nadzieję, że często tak jest. Myślę, nad prowadzeniem nieoficjalnego programu Adventurers League. Stwierdziłem, że Wizards of the Coast i tak każą wszystko kupować tym, który chcą działać oficjalnie, więc jedyne co tracę ja i potencjalni gracze to ligowe punkty doświadczenia – choć nie żebym wiedział jak one działają.

Jest jedna kwestia, która mnie bardzo boli i jakoś się do niej przełamać nie mogę. Chcę, ale jakoś nie mogę zasiąść i się przemóc, by odkurzyć Muzykę Grową. Jakby tylko połowa tych chęci przerodziła się w działanie to już by coś tam było.

No to wracam do zabawy w Erderere… a sam nie wiem jak ten świat się nazywa.

Pstryczek

Za kilka dni minie rok odkąd stałem się szczęśliwym posiadaczem Nintendo Switcha. Szczęśliwym to bardzo dobre słowo w tym przypadku. Od jakiegoś czasu do każdego postu na facebooku dodaję (hash)taga #switchwkażdymdomu. Wiadomo, niepotrzebnie bo mam konto prywatne, więc i tak ujrzy to niewielkie grono osób.

Po prostu, po roku używania nadal uważam, że Switcha powinna mieć każda rodzina. Niezależnie od wieku i tego czy się ma dzieci czy nie. I zdaje sobie sprawę, że wiele gier i tak może nie trafić w gusta ludzi – tych wiecznie ponurych – i że Pstryczek to nie tania zabawka. Pomijam już kwestię kupowania gier, bo to studnia bez dna.

Sam kupiłem Switcha by znowu po wielu latach usiąść do zabawy z najbardziej znanym hydraulikiem i wiedziałem, że na tą konsolę raczej będę kupował gry, które nie pojawią się nigdzie indziej. I w gruncie rzeczy, jeżeli nie patrzy się z perspektywy firmy Nintendo i tego, że konsola musi zarabiać, to gry od Nintendo i te robione na wyłączność Switcha to wszystko co mi potrzeba.

Super Mario Odyssey czy Captain Toad : Treasure Tracker to raczej gry dla jednego gracza, z drugim tak ciut dodanym na siłę. Ale to takie gry, przy których dobrze się będzie bawić dorosły i dzieciak – oczywiście każdy na swój sposób inaczej. Kolorowe, radosne i ze świetnie zróżnicowanym poziomem trudności, który nie zniechęci dzieci, a Ci bardziej wymagający także znajdą coś dla siebie.

W Mario Tennis Aces czy Mario Kart 8 Deluxe. Świetnie się gra – w to pierwsze po sieci (o czym kiedyś jeszcze napiszę) w to drugie tak po prostu. W Mario Kart grałem sam, grywałem z bratem czy znajomymi. Owszem nie wszedłem jeszcze do sieci, bo leszcz ze mnie i generalnie nie przepadam za graniem online, ale nawet jak po długim czasie niegrania chwyciłem gokarty, to czułem że nadal mam co robić i dalej czułem tą samą radość z wygrywania.

Nie wiem co dokładnie Nintendo wymyśli w przyszłości – zapowiadają jakieś Super Mario Party – czyli zbiór minigier dla wielu osób. Sam chętnie bym zobaczył jakąś Marianową koszykówkę ale nie widzę na to szans. Poza tym, jest jeszcze sporo gier pod specyficzne gusta – nie widzę sensu robić wyliczanki (kolekcja Nekketsu się ma ukazać i choćbym miał sprowadzić Japończyka to i tak będę grał). Sam mam chęci kupić to i tamto, ale ograniczam się, bo wiem, że czasu na ogrywanie też trochę potrzeba a tego najbardziej mi brak.

Gry od samego Nintendo to już kupa zabawy dla całej rodziny i myślę, że czas miło spędzony przed konsolą wynagradza każdą wydaną złotówkę. Gdy ktoś lubi elektroniczną rozgrywkę powinien dać Ninny szansę.

Choć 1500 zł +, to dość duża cena za dawanie szansy.

Oj moje pieniądze… #1

Miałem kiedyś napisać o tym jak Dead or Alive Xtreme Venus Vacation mnie kusi do powrotu. Jak te wszystkie śliczne screeny wrzucane na twittera kuszą bym spróbował znowu tego klikadła. A, że generalnie jakoś kiepsko się ostatnio zbieram do czegokolwiek, to i nie udało mi się zrobić kolejnego nijakiego wpisu z cyklu e-dziewczyny w e-bikini.

Niemniej jednak na horyzoncie pojawia się kolejny wyciągacz kasy. Potencjalny, bo tak do końca niewiele o nim wiadomo. Koei Tecmo w 2019 roku, wypuści Dead or Alive 6 i ja oczywiście się z tego powodu cieszę, a tym bardziej, że powoli pokazując kolejne postacie, w końcu pokazali Hitomi.

Nie spodziewam się rewolucji. Nie mam wielkich oczekiwań, ot wiem, że kupuję na premierę i może sprawię sobie jakąś edycję limitowaną – a jak jeszcze oszaleję to może i kupię PS4Pro. Zresztą patrzę na to co jest prezentowane i nie widzę tutaj jakiegoś ogromnego skoku graficznego – choć coraz rzadziej takowego się spodziewam w jakiejkolwiek grze.

Nawet nie przeszkadza mi, że twórcy postanowili odejść od fanservice’u. Zapowiadają, że stawiają na to by postacie były bardziej cool, a nie sexy. Pewno wsłuchują się w głosy społeczności i chcą zrobić wszystko by mordobicie było postrzegane jako mordobicie a nie symulator dyndających nienaturalnie piersi.

Gdybym miał mieć jakieś życzenia co do samej gry, to chciałbym czuć, że mam w co grać. Street Fighter V na którego tak mocno liczyłem bardzo szybko mi się znudził, bo zakładał że każdy grający będzie chciał od razu skoczyć online i zacząć kopać tyłki ludziom z całego świata. Skończyło się to tym, że kiepski i długi matchmaking sprawiał że podczas godziny siedzenia z padem w ręku, graliśmy 20 minut.

Chciałbym aby walki szybko się wczytywały, że opcja random była tak samo świetnie rozwiązana jak w piątce, oraz by dało się zdobywać ciuszki nie tylko przez playstation store. Choć pewno jak będzie dało się coś zdobyć przez sklep, to konto Koei Tecmo się bardzo ucieszy – a ja nie będę smucił, w końcu pieniądz rzecz nabyta.

Na koniec chciałem przeprosić Hitomi, że to jej przyjaciółka Lei Fang znajduje się w nagłówku tego postu i wytłumaczyć się, że nie robię skoku w bok. Ot jakoś tak bardziej do mnie przemawia ten screen.

Ośmiu podróżników

Jakieś 72 godziny zajęło mi skończenie 8 historii w Octopath Traveler. Bardzo miło spędzone 72 godziny. Dawno nie grałem w klasycznego jRPGa. I mimo, że od strony fabularnej można by sporo poprawić, to w każdym innym aspekcie jest świetnie.

Oprawa graficzna, zwana przez twórców 2D-HD, wyśmienicie się prezentuje, czy to na małym ekranie czy na telewizorze/monitorze. Owszem nie grałem na jakiś 50 calach.
Widać, że Aquaire chciało mocno nawiązać do czasów 16-bitowych konsol. Animacje także są tu dość symboliczne, ale biorąc pod uwagę ich ilość, to sądzę że musiała to być żmudna robota.

Kompletnie nie znam się na pixelarcie, ale przeglądając czasem twittera zdarza się mi spotkać poradniki jak krok po kroku, klatka po klatce zrobić pewne efekty. Świetne są refleksy światła na delikatnie kołyszącej się wodzie, czy flary pochodzące od wychodzącego zza horyzontu słońca. To jeden z tych elementów -HD, których nie załatwiono żmudnym rysowanie pixel po pixelu. Połączenie tych elementów nie daje mocnego kontrastu i ładnie ze sobą współgra.

Muzycznie, to także majstersztyk. Chciałbym pewnego dnia podjąć się napisania recenzji soundtracku na Muzykę Grową. Ale na razie jakoś boję się z tym zmierzyć a im dłużej czekam, tym mniej będzie mi się chciało. Wiele świetnych motywów, które im dłużej grałem lepiej wpadały w uchu. Przy Decisive Battle II świetnie lało się bossów. Do tego ten efekt przejścia z muzyki fabularnej do walki – majstersztyk. Yasunori Nishiki stworzył piękną ścieżkę dźwiękową, która cudownie obrazuję wydarzenia w grze. Do tego, mocno nawiązał do dawnych czasów. I jak na początku myślałem gra stylizowana na erę 16 bitową, to czemu nie zrobili tak z muzyką, to dziś wolałbym się nie przyznawać do tego stwierdzenia.

I co najważniejsze w tej grze, czyli walka i jej mechanika. W którejś recenzji porównywano ją z Bravely Default. Nigdy nie grałem, pewno dlatego, że nigdy nie załapałem się na 3DSa. System niszczenia obrony przeciwnika, poprzez używanie ataków na które jest on podatny, sprawia że człowiek zamiast klepać atak, atak, atak, atak ciut więcej kombinuje. Owszem często nie różni się to wiele on robienia 4 ataków, ale nadal patrzymy na kolejkę, kto na co jest podatny – a tego też nie mamy od razu podanego na tacy. Czy uda nam się zbić obronę, by ogłuszyć przeciwnika itd. Nie jest to zabawa skomplikowana – może poza bossami, ale dodaje trochę głębi walki. Całość zabawy zniszczyła mi profesja Sorcerer. To taki trochę fuks. Udało mi się po ciężkiej walce zdobyć ją od razu. Do tego, w połączeniu ze Scholarem i wyciągniętym atakiem elementarny do jakiejś absurdalnej wartości każda walka kończyła się w pierwszej rundzie a walki z bossami, przynajmniej tymi fabularnymi były śmienie krótkie.

To nie tak, że po skończeniu zabawy wszystkimi postaciami nic mi już nie zostało. Wiem, że są jeszcze drobne zadania poboczne – sporo z nich zacząłem, ale nie starał się na nich skupiać za bardzo. Wiem, że jest parę opcjonalnych lokacji do odwiedzenia i kilkoro bossów do pokonania.

Nie wiem czy szybko wrócę do Octopath Travelera, ale to cudowna gra. Captain Toad, Yakuza Kiwami 1/2, czy wychodzący we wrześniu Dragon Quest XI już na mnie czekają. Pewno jak z wieloma innymi tytułami, także i ten zostanie gdzieś na wieczne niedokończenie.

Ten wpis tworzyłem przy użyciu nowego sposobu tworzenie postów w wordpressie i już mnie boli, że coś wygląda nie tak. Ale muszę nauczyć się przymykać oko.

50 godzin to (może) zbyt wiele

InJustice 2 jest fajne. Nie jestem fanem ani DC ani Marvela (a także Dark Horse, Image, czy innych amerykańskich wydawnictw komiksowych), ale lanie tyłków superbohaterów Catwoman daje mi pewną perwersyjną przyjemność. No dawało, bo wszystko po trochu się nudzi.

Czasem pojawia się ten moment, gdy masz już dość. I mimo, że InJustice 2 nie ma zbyt wielu trybów rozgrywki to nie mamy tak szybko uczucia znużenia jak w przypadku Street Fightera V. Multiwersa, które zmieniają delikatnie zasady zabawy, oraz możliwość zdobywania skrzynek z elementami ekwipunku całkiem nieźle wypełniają czas. Nie wiem dokładnie jak długo grałem w InJustice 2. Pewno zbyt dużo, ale że było miło to nie narzekam.

Wiadomo, trzeba czasem zagrać w coś innego, ale nadal gdzieś tam męczy mnie ta Kobieta-Kot. Nie udało mi się zdobyć jej legendarnej broni, a powód jest tak banalny. 50 godzin grania jedną postacią. 3000 minut grania Catwoman. Tyle musiałbym zrobić by odblokować jedną walkę, która pozwoliłaby mi ruszyć dalej. Kombinując jak tylko się da doszedłem do 1800 i stwierdziłem, że to generalnie nie ma sensu.

Multiwersa zaczęły robić się powtarzalne. Grania online nie lubię, zresztą chodzi tutaj o 50 godzin grania a nie stania i czekania aż gra znajdzie mi przeciwnika. Wypadające ze skrzynek elementy ekwipunku dla Kobiety-Kota (wiem, że powinno być “-kot”, ale ja tylko cytuję grę) nie mają już, żadnego znaczenia – trzeba by cudu by wypadło coś lepszego niż mam. I do tego mechanika gry niby prosta, ale jakoś nie potrafię przestać naciskać przodu/tyłu wyprowadzając kombosy – co mocno zmienia wyprowadzaną serię. Do tego ze mnie raczej taki button masher, a i że gra pozwala na robienie w kółko jednego kombosa – i o dziwo to działa, nawet online – to mimo, że czasem próbowałem się przestawić, robić różne rzeczy to zwykle wracałem do tej samej kombinacji. Bo po co zmieniać coś co jest skuteczne.

Kobieta-Kot musi poczekać. Może do czasów InJustice 3.

Wysysanie krwi nie bawi

Ostatnio nie zdarza mi się porzucić gry zanim ją skończę. Czasem nie staram się zrobić platyny, zrobić wszystkich zadań pobocznych, ale zwykle staram się zobaczyć napisy końcowe. Niestety na razie od Vampyra się odbiłem.

Grę kupiłem przed premierą bo ostatnie dwie pozycje Dontnod uważam za świetne (a i skusił mnie winyl). Do tego ponieważ nie kupiłem Remember Me więc postanowiłem wspierać francuskich developerów przy następnych produkcja. Ot taki kredyt zaufania. Jasne mogłem poczytać recenzje i podjąć decyzję o zakupię, ale do kupowania gier po przeczytaniu recenzji uraziłem się dawno temu, przy okazji Phantom Brave na PS2, ale to całkiem inna historia.

I to nie jest tak, że Vampyr jest grą złą. Fajny klimat i ciekawe wykreowane postacie, ale gdzieś nie zagrało. Jakoś nie interesuje mnie co się stało z głównym bohaterem. Zresztą Remember Me zaczynało się podobnie – kim ja jestem, co ja robię, co się ze mną stało. Czasem wkurza walka – pewno kwestia przyzwyczajenia. Opisy umiejętności niewiele mówią i w sumie nie wiem jak i po co rozwijać postać, gdy będąc trochę bardziej cierpliwym większość przeciwników da się pokonać tańcząc wkoło nich. Tak samo bronie, zwykle używałem cały czas tych dwóch samych broni.

Nawet to co ma być clou mechaniki fabularnej, czyli wybory wpływające na dalsze losy bohaterów są takie dziwne, nijakie i często nie dają poczucia że coś to zmienia. Owszem, gdy zabiłem jedną z postaci – a co ważne mogłem tego nie robić – poczułem się jakoś tak dziwnie i miałem ochotę wczytać poprzedniego save’a, ale to jeden z niewielu przypadków i myślę, że tylko za pierwszym razem człowiek się zacznie zastanawiam czy słusznie zrobił.

Gra ponoć jest niedługa – cokolwiek to znaczy bo wydaje mi się że grałem już sporo. Nawet recenzent w magazynie PIXEL zachęca do przejścia kilka razy. Ja nie wiem czy uda mi się skończyć ją raz. Chciałbym to zrobić, ale jakoś wolę popykać w coś innego. Może wolałbym gdyby ta gra była bardziej liniowa. Może po Yakuzie 6 chwyciłem gatunkowo złą grę i mam takie dejavu przy tej zabawie.

Wiem tylko tyle, że jeżeli nie uda mi się zabrać za grę do 13 lipca, później będzie coraz gorzej. Captain Toad oraz Octopath Traveler już zamówione.

Gdzieś pomiędzy Kamurocho a Hiroshimą

Napisanie kilku zdań o Yakuzie 6 przychodzi mi z wielkim trudem. Nie wiem, który raz już zaczynam. To świetna gra, ale nie dla wszystkich. I tyle wystarczyłoby napisać.

Gdy śledzę poczynania bohaterów gry, to czuję się jakbym oglądam japoński film, czy serial. Dialogi czyta się z przyjemnością. To jest największa zaleta tej gry. Powiedziałbym, że to jak czytanie dobrej książki. Fajne postacie (a jest ich sporo), dobry klimat, ciekawa fabuła – nie żebym nie zdarzyło mi się pogubić. Akcja czasem zwalnia, bo prawie 50 letni były yakuza czasem potrzebuje chwili refleksji… i odpoczynku dla swego ciała.

Do tego, od jakiegoś czasu twórcy zapraszają do gry znanych japońskich aktorów. Nie wiedzę sensu wymieniać tutaj nazwisk – bo sam wielu kojarzę raczej z twarzy – ale jest to dla mnie dodatkowy smaczek, za który gra ma wielkiego plusa.

Yakuza 6, to ostatnia Yakuza z Kiryu w roli głównej. Dla mnie to pierwsza w jaką przyszło mi grać. Tutaj często spotyka się postacie z przeszłości głównego bohatera. Postacie, które pojawiały się w poprzednich częściach. Pewno całkiem inaczej odbierałoby się grę, wiedząc kogo się spotyka, ale twórcy zadbali aby to nie było przeszkadzało w grze.

Mechanicznie, jest dobrze. Nawalanie w przyciski podczas walk nie sprawia wielkich problemów – no sporadycznie przy bossach należy ciut bardziej uważać. Do tego wszystkie mini gry przedłużają zabawę – w pozytywny sposób, bo w sumie nie trzeba się nimi bawić choć i te potrafią przyciągnąć.

I mimo, że to nie gra idealna to nie potrafię znaleźć powodów na którym bym chciał narzekać. Owszem, nie zrobiłem wszystkich misji pobocznych. Nie zagrałem we wszystkie gry i nie pogadałem ze wszystkimi hostessami. Jest tam jeszcze sporo do zrobienia. Powiedziałbym, że odciągnął mnie Vampyr. Ale nawet w Vampyra mi się tak względnie chce grać. Ot taki czas niechęci i marazmu życiowego.

Ale Yakuza 6 to cudowna gra.