Czekając na Osąd…

Patrząc na datę ostatniego wpisu to byłem bezproduktywny w grafomańskiej materii przez półtora miesiąca. Coś tam po drodze kombinowałem, ale nic z tego nie wyszło. Trochę się poobijałem, trochę pograłem i parę razy miałem coś napisać.

Skończyłem demo, czy też prolog 13 Sentinels: Aegis Rim. Japońskie, więc przez większość czasu albo cieszyłem się z grafiki, która chyba w każdej grze Vanillaware jest cudowna. Słuchałem co do mnie mówią, niewiele rozumiejąc i próbowałem wykminić co w tej grze się dzieje i gdzie tak naprawdę gramy. Ciut po tym demie boję się, że ktoś zainspirował się symulatorami chodzenia. Ja rozumiem, że można zrobić ciekawą fabułę. Dobrze ją przedstawić. Że gry stały się takim medium, które może/chce przekazywać pewne wartości, dawać do myślenia a nie tylko “LPP, LPP, LPP, LPP”.

十三機兵防衛圏 プロローグ_20190422112813

Boje się bo zarówno Odin Sphere jak i Muramasa to mechanicznie prawie identyczne gry, tylko świat inny. Później był Dragon’s Crown. Kolejna cudowna gra i w sumie można by doszukiwać się pewnych podobieństw w samym graniu. Gdzieś liczyłem że Aegis Rim będzie podobny do tych dwóch pierwszych. Po prostu chcę czuć, że gram. Jeżeli chcę sobie spotkać się z jakąś historią to sięgam po książkę, komiks, serial, czy film. Gry dla mnie mają to do siebie, że gram – choć nie wiem jak to zdefiniować. Takie dziwne uczucie robienia czegoś poza przerzucaniem dialogów. I nie przekonywuje mnie, że daną scenę mogę z innej perspektywy obejrzeć, że mogę czasem wybrać kolejność działań i historia się inaczej skończy.

Wiem, że cokolwiek by z tego nie powstało bardzo chętnie grę kupię. Z jaką uwagą będę grał? Czy skończę? Czy będę chwalił? Dowiem się jak… pogram. Liczę, że japoński prolog, który kupiłem tylko i wyłącznie dla płyty z muzyką, to tylko wstęp do historii i możliwość nacieszenia oczu piękną grafiką. Liczę, że w finalnym produkcie, coś będzie się robić, poza wybieraniem kolejności przerzucanych dialogów. I naprawdę nie mam nic do tego, by ta gra nie przypominała poprzedniczek.

Później przyszedł czas na Yoshi’s Crafted World. Grę dla dzieci z cudownym dinozaurem w roli głównej. Takie inne Super Mario. Świetnie się bawiłem. Zdobywałem kwiatki i pieniążki w każdym świecie. Czasem posiłkowałem się internetem, czasem wytrzeszczałem oczy by znaleźć te wszystkie znajdźki. Myślałem prosta gra dla dzieci, to będzie to pierwsza gra na Switcha, w której zrobię absolutnie wszystko! No i się myliłem. Po przejściu gry, jak w każdej dobrej grze, otwierają się nowe światy, wyzwania. Uważam to za plus, ale niestety te wyzwania ciut mnie przerosły. Pewno kilkuletnie dziecko lepiej by sobie poradziło niż stary dziad jak ja. W końcu to gra dla dzieci.

I pewno dlatego też ma ona pełno uroku. Bardzo sympatycznie się gra, a pomysłowość w każdym następnym poziomie zaskakuje. Czasem byłem zdumiony tym, że tylko dla jednego etapu, twórcy opracowali kompletnie inną mechanikę -latanie samolotem, czy jazda po torze. Praktycznie do samego końca, programiści wymyślali drobne rzeczy, które wpływały na grę. Wybuchający przeciwnicy, których można połknąć by później wysadzić kawałek ściany. Magnes, który przyczepia się do puszek wiszących na sznurkach. Przeciwnicy, którzy dobrze pokierowani – gonią nas by odebrać serduszka życia – niszczą fragmenty planszy otwierają nowe przejścia. Gra daje takie poczucie świeżości przez cały czas. Jedyny minus, to muzyka. Bardzo przeciętna. W sumie to jeden utwór zgrabnie aranżowany pod to co widzimy na ekranie, ale to taki malutki minusik.

Teraz gram, męczę, próbuję The Last Remnant Remastered. Pamiętając całkiem dobry soundtrack Tsuyoshiego Sekito, pomyślałem by sprawdzić grę do której muzyka ta była napisana. Zresztą muzyka to często dla mnie punkt wyjściowy by grę kupić – choć dziś to się często zmienia. Kupiłem na promocji, chwyciłem z ciekawości (zresztą chyba po coś kupowałem) i naczytałem się różnych głupot. Takich, że prawie wypada nie walczyć, czy mądrze wybierać walki by nie mieć problemów. A największym z problemów może być to, że ostatni boss będzie niemożliwy do pokonania. Grając w grę. Próbując się nauczyć grać, próbując zrobić wszystko co zaplanowali twórcy, sprawiamy że nie zobaczymy kto ją stworzył – choć tu kłamię bo listę płac można z menu sobie włączyć, może właśnie dlatego tam jest.

Gram z nastawieniem najwyżej. Poczytałem, że już wersja PC była pod tym względem udoskonalona (to nie sarkazm, faktycznie coś zrobili by było łatwiej, czy jakoś tak) a wersja na Playstion 4 stworzona jest w oparciu o wersję PC. To też problem internetu. Człowiek nie załapał czy też przerzucił jak tłumaczyli w grze jak się gra i szuka by się czegoś dowiedzieć i dowiaduje się czegoś kompletnie innego.

Na początku często widywałem napis Game Over. Teraz praktycznie się to nie zdarza, lecz nie da się ukryć, że nie wiem co się w tej grze dzieje – tak mechanicznie, bo fabularnie to na razie nic ciekawego się nie wydarzyło. To, że to gra starej generacji mogę przeboleć. Założenia w walce są ciekawe, bo nie walczymy jednostkami, tylko zespołami. Wybieram ogólny schemat zachowań – choć możemy podglądnąć, która postać jakiej akcji użyje. Wybieram przeciwnika do którego zespół podbiegnie i może za flankuje, albo np. na drodze stanie im inny przeciwnik. Może w walce jest jakaś głębia której nie dostrzegam.

Brakuje mi jeszcze tylko opcji japońskiego dubbingu. Angielski ciut męczy uszy, choć nie jest tak tragicznie. Do tego dziwne te rasy. Na pewno dość oryginalne – człowiek pantera (czy inny koteł) z 4 rękami – co uważam za plus, ale czasem czuję, że to nic nie zmienia i tylko ktoś poleciał zbyt daleko z fantazjowaniem.

Będzie co będzie. Gram. Coraz mniej się wkurzam i jak definitywnie skończę to coś więcej będę mógł powiedzieć. Zresztą czekam na Judgemnet. Grę twórców Yakuzy, która niby Yakuzą nie jest, ale jest. Tak głupio to brzmi, ale coś w tym prawdziwego.

PS. Miałem także, krótki romans z Final Fantasy XIV, który pozwolił mi zdecydować się na zakup nadchodzącego dodatku Shadowbringers. Viery, oraz kilka dni zabawy przekonały mnie by dać temu MMO kolejną szansę.

Ale głównie Viery…

Senjou no Valkyria 4

Jako fanboi Hitoshiego Sakimoto musiałem zagrać w kolejną część cyklu Valkyria Chronicles. Gram w czwórkę. Pamiętam, że ledwo zacząłem jedynkę a dwójkę porzuciłem – sam nie wiem czemu, ale chyba stała się zbyt trudna. Powiedziałbym, że gram dla muzyki, ale tak do końca nie jest. Czekam na ścieżkę dźwiękową, ale wiem że nic nowego na niej nie będzie.

Valkyria Chronicles 4 a także te wcześniejsze, ma wiele zalet. Ot, styl graficzny. Nie jestem wielkim miłośnikiem japońskiej animacji, przynajmniej takim co widząc anime już się ślinią, to jednak seria Segi świetnie tym stylem operuje na modelach trójwymiarowych. Swoje pewno robi design, oraz filtr nałożony na animacje.

Fabularnie czwórka (na razie) wypada solidnie. Nawet trafiłem na opinię, że to jedna z najlepszych fabuł w grach, a że nie skończyłem to nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Mnie tematyka wojenna zawsze w jakiś sposób odstraszała, sprawiała że się gubiłem. Tutaj takiego uczucia nie mam bo ta (fikcyjna) wojna między federacją a imperium jest tylko tłem do pokazania postaci ich motywacji, umiejętności i charakteru. A jak to w Japońskich grach bywa poważny temat, przeplatany jest gadkami o bekonie, babeczkach i piwie (nie wyszło mi z tego Razowe 3B (beer, babes, becon)).

Kolejna rzecz to unikalna jak na strategię mechanika. Choć tutaj poza tym, że jest inna niż w sporej ilości gier strategicznych, to często widzę pewne, drobne, wady. Ruch postaci, odbywa się w czasie rzeczywistym jak w grach akcji. Postać zużywa punkty akcji i zależnie od klasy ma ich więcej lub mniej. Wiadomo scout pobiegnie dalej niż lancer, ale nadal bywa tak, że braknie mu kilku punktów by podejść do osłony. To skutkuje wystawieniem się na ostrzał wroga i… litanię przekleństw z moich ust.

Z czasem łapie się jako takie wyczucie, ale wolałbym gdyby na mapie zarysowany był obszar gdzie postać idąc po prostej skończy ruch. Wiadomo palec na gałce czasem dziwnie chodzi i nie zawsze byłoby to idealne, ale dzięki temu łatwiej było by podejmować strategiczne działania.

Do tego drażni mnie bardzo fakt, że bywają takie misje w których pewne rzeczy zmieniają się o 180 stopni. Nie znam się na prowadzeniu wojny i mogę wyobrazić sobie, tak może to wyglądać, ale czasem człowiek dostaje w kość. Choć nie ukrywam, że odkrycie możliwości zapisu w dowolnym momencie misji, oraz pogodzenie się z faktem iż nie każdą misję przejdę od razu z najwyższą oceną mocno ukoiło nerwy. Niemniej jednak, często zdarza się, że gra wręcz zmusza nas do porażki w danej misji, by robiąc ją po raz kolejny inaczej do niej podejść, głównie biorąc pod uwagę co stanie się z czasem.

Kolejną rzeczą, która nie do końca mi się podoba to awansowanie klas a nie postaci. Taki system sprawia, że zwracamy większej uwagi na członków swego składu, bo każdy z nich ma taki sam poziom. Do tego to co ich odróżnia od siebie – czyli potencjał aktywujący się w losowych chwilach – jest na tyle… losowy… że nie dbam o to, którego wezmę. Poza tym, często opisy są niejasne, kiedy takowy może się aktywować. Owszem taki double movement Minervy często może tylko pomóc, ale ja i tak biorę do walki gdyż jako ważniejsza fabularnie postać, daje mi dodatkowe punkty w turze.

Wspomnę jeszcze o jednej (w sumie dwóch, ale podobnych) upierdliwej kwestii. R&D, czyli ulepszenie broni/czołgów, czy też rozkazy podczas walki. W tym pierwszym przypadku, nasz spec od upgradeów za każdym razem musi powiedzieć trzy słowa. ZA KAŻDYM RAZEM. No ludzie złoci. Ja rozumiem, że Miles to może jakiś nerd i lubi ale ja jako gracz jestem tym już znużony i rozdrażniony. Poza tym, jak wydam różnego rodzaju bronie postacią, to nagle po upgradzie wszystkim się to zmienia. Mah… i znowu myślenie, co komu dać.

Co do rozkazów. Chyba wiem, czemu ich prawie nie używam i nie używałem kiedyś. Animacja i gadka za każdym razem, a w przypadku tych wydawanych statkowi wspierającemu nas w walce to animacja może nie jest długa, ale patrzenie jak po raz 10 zaczynają używać radaru, albo jak montują czołgi by wykonać ostrzał męczy (męczy już za drugim razem).

I tak sobie myślę, że więcej narzekam niż zachwalam. Nie wspomniałem o muzyce, bo ta w sumie od pierwszej części jest dobra i nie męczy, choć mam wrażenie, że tutaj więcej recyklingu niż rzeczy nowych. A jak więcej narzekam, to czemu gram?

Bo to dobra gra. W wielu tak jest, że chętnie byśmy pewne drobne rzeczy zmienili. I mimo, że czasem przeszkadza to i owo, to jednak siedzimy, gramy, przymykamy oko by wady nie przysłaniały nam zalet.

Świetne kobitki, ze zgrabnymi tyłkami. Sympatycznie goście tacy jak Aulard. Jak człowiek nauczy się trochę bawić i ciut podmaksuje to idzie jakoś łatwiej. Jasne, nadal rzucam mięsem od czasu do czasu. Nadal wkurzam się, że coś głupio wyszło, źle poszło i że mogłem to przewidzieć.

I jakby nie było mam nadzieję, że to nie ostatnia Valkyria Chronicles, choć czwarta nie sprzedała się zbyt dobrze.

Skacząc żukiem… nie na czterech kołach.

Czasem jest tak, że kupię grę na promocji, lub dostanę za darmo i później żałuję, że nie mogę kupić drugi raz. Czy też, mam tyle rzeczy do kupienia, że nie mogę dać na tym samym produkcie dać komuś zarobić ponownie. Pierwszą taką grą była Remeber Me. Ale tutaj miałem szansę dać zarobić twórcą kupując na premierę Life is Strange, a później Vampyra czyli ich kolejne produkcje.

Teraz zabrałem się za Hollow Knighta, kupując go w promocji mimo, że sam nie kosztował jakiś kokosów. Dałem ledwo 30 zł i uważam, że ta gra jest warta o wiele więcej.

Grając z czasem uświadomiłem sobie, że to nie moja druga metroidvania. Gdzieś tam będąc berbeciem grałem w Adventure Island IV, czy Milon Secret Castle, które bym do tego gatunku podciągnął. Chodzisz pomiędzy lokacjami, często piętrowymi. Zdobywasz nowe umiejętności dzięki czemu w starych możesz coś otworzyć, znaleźć nowe przejście. Nie ukrywam, że gatunek ten bardzo mi się spodobał.

Hollow Knight o jedna z takich gier, gdzie trzeba czasem umieć wykręcić combo skacząc przed siebie w celu ominięcia przeszkód i przy tym leci wiele przekleństw, ale kiedy już się wszystko uda satysfakcja jest przeogromna. Tak samo przy walkach z bossami. Jedna zajęła mi jakieś 7 godzin.

Oczywiście chodzi o to, że tyle raz podchodziłem, że sumarycznie tyle czasu na to zeszło. Najlepsze w tym jest to, że mimo iż z czasem pojawiała się frustracja i zastanawiałem się o co chodzi, byłem w miarę spokojny (przy innych grach rzucałem padem, czy kląłem na potęgę). Nawet zacząłem myśleć czy jedna kropka życia więcej, czy też ciut mocniejsza broń by mi pomogły, ale im dłużej grałem tym bardziej dochodziłem do wniosku, że po prostu muszę przejść tą walkę i tyle

Fabularnie, to nie mam zielonego pojęcia o co chodzi. W sumie to nie wiem czy jest jakaś fabuła. Jest jakiś świat – nawet fajny – ale czy fabuła, nie wiem. Może to jedna z tych gier, gdzie wszystko trzeba wyczytać między wierszami, interpretować? Nie przeszkadza mi to. Grunt, że po prostu się dobrze gra. Że człowiek czuje postęp – choć nie ukrywam, że już zdarzyło mi się utknąć, raz musiałem się wspomóc internetem. Za każdym razem, gdy trafiałem w nieznane, chęć eksploracji trzymała mnie przy grze.

To także, pierwsza gra od dawna w którą po prostu mogę grać cały czas. Oki, przesadzam, ale kilka pierwszych dni takie było (zresztą jakbym mógł grać cały czas, nie pisałbym tego posta). Teraz staram się robić także inne rzeczy, ale naprawdę na początku byłem wciągnięty. Zresztą te 7 godzin które wspomniałem wcześniej, to czas wycięty z jednego dnia – dwóch, bo 30 minut po północy w końcu mi się udało. Wróciłem na ławeczkę (savepoint) i wraz z głównym bohaterem odpocząłem wyłączając Switcha.

W Hollow Knightcie podoba mi się oprawa graficzna. Twórcy (aż 2, plus dwóch dodatkowych po tym, jak udało im się zebrać kasę na kickstarterze) nie poszli w 3d (no jakoś tak mają małe zespoły, myślę że to jednak więcej roboty), nie chwycili się też pixelartu, a ten często jest bardziej art niż fajny jak dla mnie, tylko zrobili przecudną, może nie zawsze ultra szczegółową (a to też zaleta) grafikę 2d, jak to czasem się mówi – ręcznie rysowaną.

Przez styl, z początku miałem łezkę w oku atakując przeciwników. Smutne żuczki niby atakowały, ale wyglądały tak sympatycznie i ponuro, że bardziej im współczułem. Uwielbiam uwalniać robaki ze słoików. Gdy taki jest w pobliżu piszczy, już się w serduszku coś robi i chęć pomocy wzbiera na sile. Zwykle nie tak łatwo do nich dojść, ale odwiedzanie kolonii do której trafiają po uwolnieniu sprawia mi radochę (i wcale nie chodzi o te monety, które rzuca starszyzna).

Aż tylu ich na razie nie mam, ale nawet jak skończę grę, to wrócę by uwolnić wszystkich.

Cudowna to gra. Owszem, nie powiem by była idealna, ale w każdej, nawet w tej najbardziej kochanej można znaleźć głupoty, które nam przeszkadzają. Zapłaciłem jakieś 60% ceny, ale wiem że jeżeli chciałbym (a chciałbym, ale może nie teraz) dać twórcom zarobić to mógłbym kupić sobie wersję na PS4. A może kiedyś uda im się wydać wersję pudełkową. Wtedy bardzo chętnie zakupię. Albo wymyślą kolejny majstersztyk – czego im życzę.

Tylko czy wtedy nie będę już wyrzucał kasy na ciuszki do DoA6?

Nie wiem czy mi się chce

Zanim jeszcze zacząłem grać w drugą Yakuzę Kiwami miałem taki plan by zrobić w niej platynę. Ambitny, bo taka zabawa zajmuje dużo czasu. Do tego jeszcze nie wiem do końca, jak mocno bym klął przy mahjongu, czy karaoke próbując zrobić te kilka misji z nimi związanych.

I chyba właśnie największy problem to ten czas. Czas, kiedy zamiast pisać bzdur na blogu mógłbym kończyć historię rozbudowy Kamurocho Hills. Czas kiedy zamiast nawalać w guzik na klawiaturze, mógłbym opanowywać zasady mahjonga czy wyklepywać kombinacje w kolejnej piosence na karaoke.

Do końca stycznia, czyli potencjalnego nadejścia Kingdom Heartsa III jeszcze jest trochę czasu. Ja nawet nie wiem czy aktualnie chce zabrać się za cokolwiek innego. Jakoś przeraża mnie perspektywa kilku rzeczy w Yakuzie. Czuję, że albo fuksem pójdzie szybko, albo będę długo starał się zrobić kilka rzeczy przy których mój mały rozumek nie da rady.

Seria Yakuza jest świetna. Wyborne postaci, ciekawa historia. Cała reszta dodatków i mini gier często umila nam zabawa głównie dlatego, że nie musimy ich robić aby grę skończyć. A ja ją skończyłem. Nie tak jak sobie kiedyś postanowiłem jakiś czas temu.

Ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Skrytykuję Smasha, bo w sumie mogę.

Z końcem 2017 roku kupowałem Legend of Zelda Breath of the Wild, czyli grę roku 2017. Sprawdziłem co w niej jest takie dobrego i w sumie rozumiem czemu ktoś może stawiać ją na piedestale. Z końcem 2018 roku zakupiłem Super Smash Bros Ultimate, grę która mimo że wyszła z początkiem grudnia (2018), jest najlepiej sprzedającą się grą na amazonie w roku 2018. No szacun, ale…

Właśnie. Kupiłem, ale nie na amazonie, więc nie dorzuciłem się do tej statystyki. Wcześniej byłem raczej niechętny, bo tak zwykle reaguję na hype, a ten był potężny (bardzo potężny). Nigdy nie miałem okazji grać w którąkolwiek wcześniejszą cześć, więc nie rozumiałem o co tyle zachodu, ale o dobrych recenzjach postanowiłem, że sprawdzę na własnej skórze o co w tym całym Super Smash Bros Ultimate chodzi.

No i wiele nie pograłem, ale czuję się na razie zawiedziony. Nie czuję by gra kiedykolwiek wytłumaczyła mi co mam robić i jak. Nie proszę się o super porady i taktyki, ale nawet przed pierwszą walką nie znalazłem prostego poradnika (aka tutoriala). Ba do sterowania trochę musiałem się dokopywać. Tak więc zacząłem grać i… poczułem, że komuś chyba nie zależy by mnie zachęcić do zabawy. Lub ktoś uznaje, że SSBU nie kupi ktoś kto nigdy w Smasha nie grał.

Może po prostu Nintendo zatrzymało się w latach 90, XX w. jeżeli chodzi o tworzenie gier. Jasne, przesadzam bo technicznie to nie mam nic do zarzucenia, tylko chciałbym zobaczyć króciutki filmik tłumaczący że jak nacisnę “B” to… zrobię to i tamto.

I to chyba największy zarzut jaki mam do tej gry. Bo to, że czasem nie daję sobie rady w trybie fabularnym, że odkrywam po omacku to przeżyję. Tylko walcząc częściej ginę przez przypadek. Czasem wygrywam i w sumie nie wiem czemu. Bywa tak, że wchodzę do walki i nic nie mogę zrobić, albo tak, że po 5 ciosie wygrywam… w obu przypadkach niekoniecznie wiem co się dzieje.

Chciałbym czasem nie musieć szukać w internecie o co chodzi. Chciałbym wejść do gry online i czuć, że jedyne co sprawia że przegrywam/wygrywam to moje umiejętności a nie jakiś los, szczęście czy przypadek.

Na koniec dodam, że nie pograłem jakoś dużo, choć tak z 35-50% tego czasu spędziłem przy jednej walce w trybie fabularnym. Miałem już wyrzucić konsolę, grę i pada. Ale nie wyrzuciłem, walkę przeszedłem i może jeszcze coś pogram.

Bo, żal tak 250 zł wydać i nic z tym nie zrobić…

Things are looking up+

Gdy pisałem poprzedni wpis na temat Dragon Questa XI, miałem inne wyobrażenie odnośnie tego co dalej po napisach – jak mi się zdawało – końcowych. Teraz czuję się pozytywnie zaskoczony i jakoś tak przytłoczony.

Tak dochodzę do wniosku, że słowa Qui-Gon Jinna mówiące że Zawsze znajdzie się większa ryba i tutaj okazują się prawdą. Wątek tego jeszcze bardziej złego delikatnie jest wpleciony we wcześniejszą fabułę i pokazuje, że cofając się w czasie, zmieniając pewne rzeczy sami rzucamy sobie kłody pod nogi. Nie ukrywam podoba mi się taki obrót spraw.

To co mi się nie podoba, to że nie wiem gdzie łapy włożyć. Sztucznie podniosłem poziom do 99. Teraz mogę przeciwników omijać i w sumie trochę tego żałuję, bo zrobi się z tego jakiś taki sandbox, gdzie biegam tylko z miejsca na miejsce.

Niby w prawie każdym mieście dostaję jakieś dodatkowe zadanie do zrobienia, doszły dodatkowe subquesty a ja nie wiem od czego zacząć i w sumie po co. Nawet nie wiem czy chce mi się ruszać dalej fabułę, bo mam takie przeczucie że będzie pod górkę – nawet z 99 poziomem. Zostało mi także kilka osiągnięć do zrobienia i pewno postaram się na tym skupić.

Tak więc, moja przygoda z Jade się nie skończyła. I mimo, że do DQXI siadam z lekkim oporem, to nie powiem że się męczę grając. No chyba, że nawalam w X próbując ugrać żetony w kasynie. Trochę to nuży.

Nadal uważam że to świetny RPG.

Oj moje pieniądze #2

A ja czekam i czekam i czekam… jak śpiewał kiedyś Grzegorz Turnau. I coś czuję, że się nie doczekam. Doczekałem się Mili. Gdzieś tam są plotki o Kokoro. Coraz bardziej się cieszę, że Dead or Alive 6 jest w produkcji, ale coraz bardziej martwi mnie brak ogłoszenia o jakieś wersji wypasionej.

Chyba będę musiał rzucić się na Japońską edycję kolekcjonerską, dla ludzi mniej zamożnych. Bo nie interesują mnie ręczniki, jakieś plakaty i poszewki. Chcę grę, na nośniku fizycznym i nie pogardziłbym ścieżką dźwiękową. Do tego nie chciałbym by ominęły mnie ciuszki, postacie i inne rzeczy, które będą w grze.

Problem tylko w tym, że Koei Tecmo nie kwapi się by ogłosić, że w europie dadzą ludziom wydać ciężko zarobione pieniądze na kilka kawałków plastiku i papieru. Natomiast istnieje coś takiego jak cyfrowa wersja deluxe. A ta ma dokładnie to, co mają dostać Japończycy w formie kodu w pudełku.

Chciałbym nie musieć wydać kasy 5 razy. Chciałbym dać im zarobić, ale nie dać się oskubać. Ale wydaje mi się, że mój zdrowy rozsądek, przegra z fanboismem.

Things are looking up

Zobaczyłem napisy końcowe Dragon Questa XI i ciut się popłakałem. Nie wiem czy wzruszam się bo kończę grę, czy tak mocno zżyłem się z postaciami.

Główną linią fabularną czasem czułem się zmęczony. Były takie chwile, że nie czułem potrzeby iść do przodu. W sumie to nawet nie wiedziałem gdzie, po co i czy w ogóle jest po co iść dalej. Ot takie skakanie od miasta do miasta, gdzie przez pomaganie mieszkańcom albo dowiadujemy się jak pokonać Mordegona, albo zdobywamy coś co potrzebne jest nam w jego pokonaniu.

Całą dobrą robotę odwalają tutaj napotkane postacie. Czy to te które do nas dołączają, czy te które spotykamy w miastach. Nie mam pamięci do imion, więc nie mam zamiaru tutaj ich przywoływać. Raz się można uśmiać do rozpuku a innym razem wzruszyć.

I pewno o te wszystkie wspomnienia chodzi na sam koniec, gdy po wygranej walce ze złem nasi współtowarzysze wracają do domu, człowiek wspomina i mu się łezka w oku kręci. Yuji Hori po tylu latach pewno wie, że nie trzeba się wysilać i tworzyć skomplikowane historie by ludzie dobrze się bawili, cieszyli grą i dobrze ją z czasem wspominali.

Do tego Dragon Quest XI ma jedna cudowną zaletę – humor. Jest go tutaj na pęczki. Czy to wygląd, animacja i nazwy przeciwników. Naprawdę podziwiam kreatywność twórców i tłumaczy.

Czy też specyficzne dla danych regionów sposoby wypowiadania się np. w Hotto, mieście gorących źródeł, wszyscy mówią jakby używali do tego haiku, choć nie da się ukryć, gdzieś to ucieka w angielskim tłumaczeniu. Zresztą sama nazwa Hotto pochodzi (prawdopodobnie) od japońskie sposobu zapisania angielskiego Hot – ホット.

Znajdziemy także proste gagi, jak ten poniżej (tak jest, spoilery!).

Nie ukrywam, że nie wyobrażam sobie jak wygląda ta gra, jeżeli postacie nie mówią – ich wypowiedzi nie są udźwiękowione – a tak jest w japońskiej wersji. Dużo by mi teraz brakowało, bo mimo że angielskie głosy może nie są najlepsze, to w 2018 roku przy tak wyglądającej grze aż trudno sobie to wyobrazić – w szczególności jak już grało się z głosami.

Rozumiem, że dla Japończyków Dragon Quest to nie tylko gra. To pewien kult i historia. Pewnych rzeczy po prostu się nie powinno zmienia, tylko akceptuje. I to szanuję, tak samo jak szanuję fanfary, które brzmią w niektórych momentach i których przerzucić nie możemy. Rzecz, tak staroświecka i jakoś tak upierdliwa.

Cieszy mnie jeszcze jedna rzecz. Pewno jak ktoś to przeczyta to dostanę po łbie od SJW, ale co tam. Mowa tutaj o Puff-Puff i Jade. Tego pierwszego nie będę tłumaczył grunt, że jest. A Jade… no po prostu świetna, cudowna i aż miło się szuka tych wdzianek dla niej (raz tyle czasu spędziłem w kasynie, tylko po to by przebrać ją za króliczka). Po to gram w gry, by sobie popatrzeć na ładne babki i nikt tego nie zmieni.

Dragon Quest XI po skończeniu, daje nam możliwość dalszego przeżywania losów bohaterów, tak więc jeszcze nie wszystko skończone. I dobrze, bo po 82 godzinach gry, nie powiedziałbym że czuję znudzony.

No może troszeczkę. Ale wiadomo.

Jade.

Tyle roboty, a tak mało czasu

Nie lubię stwierdzenia nie mam czasu. Ale to inna bajka, a takie życiowe (a może powinienem napisać dupne) wpisy to nie dla mnie. Niemniej jednak ostatnio nie mogę się odnaleźć i z tego powodu taka pustka na blogu.

Granie w Dragon Quest XI umila mi dni. To nie tak, że nie mogę odejść od konsoli i zrobić coś innego. To gra typu pogram godzinkę, dwie. Kończę zabawę, ale za pół godziny mam znowu chęć odpalić i dalej biegać i tłuc slimy. Do tego, w końcu po ponad 20 godzinach, do drużyny dołączyła Jade tak więc, czuję się spełniony i bardzo uradowany.

Od czasu, do czasu próbuję swoich sił na Arenie, tej medżikowej. Za parę dni i tak wszystko zostanie wyzerowane, ale po prostu mnie ciągnie do tej gry. Zawsze będę mówił, że mechanicznie jest świetna, gorzej z jej stroną finansową. I jak Arena jest free to play, to zawsze ten kto wyda trochę pieniędzy, będzie trochę do przodu. Czasem dziwię się sobie, że nadal się w to bawię. Myślę, że częściej klnę i się wkurzam. Raz na program, bo ile to razy można losować rękę bez lądów. Czasem na samą grę, bo gdy gram przeciwko kontrolkomfogomlifegainom powinienem rachunek za prąd wystawiać przeciwnikom, którzy tylko przedłużają grę – tak jest, takie to talie, ale tak jakoś bardzo to drażniące, choć uczę się poddawać za wczasu.

Do tego figurki się same nie pomalują a zasady Infinity same nie przyswoją. Choć na tym drugim aż tak bardzo mi nie zależy, to samo malowanie zostawiam sobie na długie zimowe wieczory. Tak przynajmniej mówię, ale myślę że to po prostu kwestia czasu gdy mi się zachce tym wszystkim bawić. Wymagam od siebie cudów, ale biorę poprawkę na umiejętności i w sumie i tak nie wychodzi na to co bym chciał.

Myślę, że trochę się wkopałem deklarując się, że poprowadzę Ravnicę w DnD. Jakoś nadal nie rozumiem co takiego fajnego w tym świecie, a co gorsza próbuję sobie wyobrazić co w Guildmasters’ Guide to Ravnica będzie, co pomoże mi zapanować nad chaosem sesji i jak dużo będę musiał nagiąć by całość spasowała do mojego wyobrażenia sesji Lochów i Smoków. Choć w 2018 roku coraz częściej mam chęci zrobić jakąś sesję – sprawić by inni się bawili i mam nadzieję, że często tak jest. Myślę, nad prowadzeniem nieoficjalnego programu Adventurers League. Stwierdziłem, że Wizards of the Coast i tak każą wszystko kupować tym, który chcą działać oficjalnie, więc jedyne co tracę ja i potencjalni gracze to ligowe punkty doświadczenia – choć nie żebym wiedział jak one działają.

Jest jedna kwestia, która mnie bardzo boli i jakoś się do niej przełamać nie mogę. Chcę, ale jakoś nie mogę zasiąść i się przemóc, by odkurzyć Muzykę Grową. Jakby tylko połowa tych chęci przerodziła się w działanie to już by coś tam było.

No to wracam do zabawy w Erderere… a sam nie wiem jak ten świat się nazywa.

Pstryczek

Za kilka dni minie rok odkąd stałem się szczęśliwym posiadaczem Nintendo Switcha. Szczęśliwym to bardzo dobre słowo w tym przypadku. Od jakiegoś czasu do każdego postu na facebooku dodaję (hash)taga #switchwkażdymdomu. Wiadomo, niepotrzebnie bo mam konto prywatne, więc i tak ujrzy to niewielkie grono osób.

Po prostu, po roku używania nadal uważam, że Switcha powinna mieć każda rodzina. Niezależnie od wieku i tego czy się ma dzieci czy nie. I zdaje sobie sprawę, że wiele gier i tak może nie trafić w gusta ludzi – tych wiecznie ponurych – i że Pstryczek to nie tania zabawka. Pomijam już kwestię kupowania gier, bo to studnia bez dna.

Sam kupiłem Switcha by znowu po wielu latach usiąść do zabawy z najbardziej znanym hydraulikiem i wiedziałem, że na tą konsolę raczej będę kupował gry, które nie pojawią się nigdzie indziej. I w gruncie rzeczy, jeżeli nie patrzy się z perspektywy firmy Nintendo i tego, że konsola musi zarabiać, to gry od Nintendo i te robione na wyłączność Switcha to wszystko co mi potrzeba.

Super Mario Odyssey czy Captain Toad : Treasure Tracker to raczej gry dla jednego gracza, z drugim tak ciut dodanym na siłę. Ale to takie gry, przy których dobrze się będzie bawić dorosły i dzieciak – oczywiście każdy na swój sposób inaczej. Kolorowe, radosne i ze świetnie zróżnicowanym poziomem trudności, który nie zniechęci dzieci, a Ci bardziej wymagający także znajdą coś dla siebie.

W Mario Tennis Aces czy Mario Kart 8 Deluxe. Świetnie się gra – w to pierwsze po sieci (o czym kiedyś jeszcze napiszę) w to drugie tak po prostu. W Mario Kart grałem sam, grywałem z bratem czy znajomymi. Owszem nie wszedłem jeszcze do sieci, bo leszcz ze mnie i generalnie nie przepadam za graniem online, ale nawet jak po długim czasie niegrania chwyciłem gokarty, to czułem że nadal mam co robić i dalej czułem tą samą radość z wygrywania.

Nie wiem co dokładnie Nintendo wymyśli w przyszłości – zapowiadają jakieś Super Mario Party – czyli zbiór minigier dla wielu osób. Sam chętnie bym zobaczył jakąś Marianową koszykówkę ale nie widzę na to szans. Poza tym, jest jeszcze sporo gier pod specyficzne gusta – nie widzę sensu robić wyliczanki (kolekcja Nekketsu się ma ukazać i choćbym miał sprowadzić Japończyka to i tak będę grał). Sam mam chęci kupić to i tamto, ale ograniczam się, bo wiem, że czasu na ogrywanie też trochę potrzeba a tego najbardziej mi brak.

Gry od samego Nintendo to już kupa zabawy dla całej rodziny i myślę, że czas miło spędzony przed konsolą wynagradza każdą wydaną złotówkę. Gdy ktoś lubi elektroniczną rozgrywkę powinien dać Ninny szansę.

Choć 1500 zł +, to dość duża cena za dawanie szansy.