Niezbyt mocne postanowienie

Blog ten powoli staje się polem eksperymentów. Kiedyś, gdzieś o tym pisałem, ale doszedłem do wniosku że w końcu trzeba siąść i zacząć coś robić. Dobrze by było skupić się na jednym, zrobić i odhaczyć na liście rzeczy do zrobienia – choć jak znam życie, to się nie uda.

Na razie chciałbym “upięknić” stronę OKFu, stworzyć jakieś nowe logo by mieć święty spokój z jego ewentualnymi modyfikacjami. Nie myślę by robić rewolucję, ot trochę zabawy CSSem, stworzenie jednego widgetu.

Zmieniam styl tutaj, by później zrobić jakieś drobne modyfikacje, w końcu tego bloga i tak (prawie) nikt nie czyta, więc może i nikt nie dojrzy planowanych przemian na stronie OKFu. Trzymam kciuki za samego siebie, bo ostatnio jestem wielkim leniem i brak mi jakichkolwiek pomysłów.

Bohater Resonail i inne takie

Jakieś 170 godzin zajęło mi zrobienie platyny w Grand Kingdom. Trochę życia uciekło, grunt że dobrze się bawiłem. Co prawda z czasem popadałem w rutynę, a granie online stało się już nie tak samo interesujące. Zostało mi tam coś do zrobienia, ale może w czasach posuchy i wzmożonych chęci wrócę do tego (tak samo myślałem o Final Fantasy Type-0). Może nawet bym grał dalej, ale pod koniec miesiąca pojawiło się demo.

Z Nioh Beta Demo, bawiłem się dobre 25-30 godzin. W stosunku do wersji alfa zmienili kilka rzeczy. Broń już się nie psuje, zamiast tego im dłużej się nią posługujemy tym staje się ona mocniejsza. Trochę pozmieniali misje, a każdą z nich można rozegrać także w wersji Twilight. Przeciwników ludzkich zastępują demony, ich poziom jest znacznie wyższy oraz układ na planszy także się zmienia. Niby jest trudniej, ale jak Williama się “przemaksuje”, a człowiek nauczy się pewnych nawyków to pokonanie bossa, a nawet dojście do niego nie jest takie trudne. Nadal za największy atut Nioha uważam stylistykę oraz klimat.

Generalnie to bardzo chętnie częściej przygarnę tak rozbudowane, przyjemne i czasochłonne wersje demonstracyjne. Jeżeli dziś kampania dla pojedynczego gracza w FPSie często zajmuje poniżej 10 godzin, to wolałbym jakieś dema niż wydawać na gry 250 zł. Z drugiej strony demo Nioha przekonało mnie bym na samą grę wydał te 250 zł.

Teraz po skończeniu krótkiego, acz przyjemnego Castle of Illusion stoję przed dylematem, co dalej? Parę gier nowych czeka, coś starego miałem kiedyś przejść/zagrać/splatynić. Do pewnych gier bym powrócił na chwilę, a w szczególności do Dead or Alive 5, gdy do składu dołączy Mai Shiranui z King of Fighters.

I pewno to będzie mój kolejny przystanek, w końcu premierę Final Fantasy XV przełożyli o dwa miesiące.
PS. Mai w DoA, wygląda lepiej niż w ostatniej odsłonie KoFa.

Nie taki mądry jakim go zwią

To że technika idzie do przodu to nie znaczy, że człowiek ma za nią lecieć jak szalony. Zakup smartfona okładałem na później i chyba tak czy siak trochę się z min pośpieszyłem. Bo to fajna zabawka, tylko że jako telefon do dzwonienia i pisania SMSów przy tak krótko trzymającej baterii może się nie sprawdzać.

Po pierwsze powoli wyrabiam sobie nawyk by codziennie podpinać go pod prąd. Taki mus. Może z czasem jak przestanę się tyle bawić to pożyje dłużej od jednego do drugiego ładowania.

Po drugie, zamiast usiąść przed komputerem, z wygodną klawiaturą i myszką, z dużym ekranem, męczę oczy przed 5 calami.

Po trzecie, tani smartfon to udawany smartfon. Brakuje miejsca na aplikacje, nie każdą da się przerzucić na kartę SD. Aparat może i ma 8 Mpx, ale zdjęcia wyglądają dobrze tylko i wyłącznie na tym małym ekraniku – i to nie zawsze.

Trochę się przejechałem, ale i trochę się dowiedziałem. Może pobawić się trochę instagramem, bo ten chyba został stworzony z myślą o kiepskich “aparatach” w komórkach.

"There is other way". Tymbark's cap always tells the truth. #tymbark #cap #applejuice

A post shared by Paweł Węglarz (@pabeukun) on

Magicowe prereleasy

Magicowe turnieje przedpremierowe od zawsze stawiały na czerpanie radości z gry. Bywa, że ktoś wymyśli jakieś konkretne solidne nagrody na takowy turniej, a ludzie którzy przyjdą je wygrać są największą szkodą dla całego spotkania.

Jak dla mnie pre to możliwość zdobycia nowych kart. Zresztą dlatego zawsze lubiłem turnieje limited. Płacę więcej, ale nie wychodzę z pustymi rękoma. Wpisowe nie musi się mi zwrócić, nie muszę dostać samych drogich kart by być zadowolonym – bo ja nimi nie handluję.

Dlatego także często wybieram taki turniej prereleasowy gdzie do wygrania jest tylko dobra zabawa. Lubię grać limited, bo tutaj liczą się umiejętności. No i szczęście w przypadku wariantu sealed. Nie zastanawiam się czy moja budżetowa talia wygra z kimkolwiek.

Zresztą im więcej prereleasów zagrałem, tym coraz mniej zacząłem się przejmować tym czy cokolwiek ugram i co ważniejsze coraz lepiej mi idzie.

Dlatego wszystkim tym, którzy idą jutro na pre Eldritch Moon życzę przede wszystkim dobrej zabawy (a i niech wyciągną takie karty jakie potrzebują do swoich talii EDH/T2). I jak najmniej eldrazich.

Wciągająca powtarzalność

Czasem są takie gry, które nie mają cudów do zaoferowania. Są inne, ciekawe i powtarzalne, ale sprawiają że człowiek nie może się oderwać. Jak już skończy sesję grania, to za chwilę siada od nowa. A jak nie gra to myśli co by tam w grze zrobić jak już do niej siądzie.

I właśnie trafiłem na Grand Kingdom. Jest ładna, muzykę pisali ludzie z Basiscape‘a. Jest całkiem inną, urokliwą strategią turową. Główny trzon, czyli walka, jest realizowana w ciekawy sposób i odmienność tego elementu najmocniej przyciąga. Bywa monotonna, fabuła jakoś mnie nie kręci a granie online to chyba najlepsza rzecz sieciowa z jaką miałem do czynienia.

Asynchroniczny multiplayer, to taki wariant gdzie z jednej strony wysyłamy swoich wojaków na wojnę, a steruje nimi komputer. A z drugiej wybieramy własny skład, którym sterujemy w wybranych potyczkach. Grając wariant drugi, stajemy na przeciw drużynom z wariantu pierwszego (oczywiście nie przeciwko swoim). Nie ma bezpośredniej interakcji, nie ma hejtu i wyzywających nas dzieciaków. Mimo, że drużyna wysłana ma problemy z wygranie potyczki sama, to czasem się to zdarza – a ostatnio coraz częściej widuję takie przypadki.

Zapewne trochę przesadzę, ale czuję się tutaj jak w przypadku Dead or Alive Xtreme 3. No tak trochę, bo Grand Kingdom ma o wiele (WIELE) więcej do zaoferowania. Po godzinie, dwóch a i nawet trzech grania, czuję znużenie, ale posiedzę z dala od konsoli pół godziny i już chętnie bym wrócił do zabawy.

Nie jest to gra idealna, jest tona grindowania i milion schematów. Przyjdzie taki dzień, że powiem “dość!”, ale mało która gra jest wieczną rozrywką. To także kolejny przykład że można zrobić grę bez 3D, z ładną grafiką która o wiele dłużej będzie się starzeć – o ile w ogóle się zestarzeje.

Brakuje mi tylko cross buy’a i/lub cross save’a, bo tak to bym jeszcze Playstation Vitę zatrudnił do zabawy.

A Innistrad był taki fajny

Pierwsza karta, jaką pokazali magicy z wybrzeża zepsuła całą fajność Innistradu. Był gotyk, wilkołaki, wampiry, ludzie i anioły. Walka o przetrwanie, dominacje. Niestety, nie mogli się powstrzymać i musieli dorzucić durne elementy z kiepskiego fantasy.

Nigdy jakoś nie przywiązywałem wielkiej wagi do klimatu. Znaczenie dla mnie miały mechaniki i konkretne karty. Czy były one fajne, czy dało się nimi grać. Tylko że akurat w przypadku Innistradu (tego poprzedniego i tego nowego), świat przedstawiony, klimat i grafiki mają dla mnie duże znaczenie.

Zmutowane anioły (biedna Bruna). Fuzje rodem z Dragon Balla. Wilkołaki zmieniające się w dziwne potwory a nie ludzi. Ktoś oszalał. Ok, może takich cudów fantasy nie widziało (a może widziało, nie znam się), ale dlatego akurat Innistrad? Nie mogły sobie elfy mutować, stały by się bardziej męskie, czy jakoś tak. Czy ten fioletowy mackowaty stwór musiał akurat przenieść się do świata nad którym czuwały długonogie anioły (bez przesady, aż tak pięknych grafik im tam nie zrobili).

I jak pewne mechaniki mi się podobają, to łączenia dwóch kart w jedną (meld) – a razem tych fuzji jest chyba tylko trzy – nie rozumiem kompletnie. Przez to Gisela (fajny art) i Bruna są bardzo spłycone. Jedna taka ciut lepsza vanilla creature, która pewno w jakimś aggro zagra (cena nawet na to wskazuje). Druga zbyt droga do standardu, w EDH może gdzieś zagrzeje miejsce. Ale czy nie można było zrobić czegoś fajniejszego?

Wiem pokazali dopiero 20% kart a ja już narzekam. Grafiki trzymają poziom, choć przez ten emrakulowy fiolet, trochę traci się urok świata. Znajduję tam kilka fajnych kart, takich grywalny, pomysłowych. Ale takie zepsucia Innistradu to Wizardsom nie wybaczę.

Era Zodiaków

Lat temu 10, Square Enix pozwoliło/poprosiło Yasumiego Matsuno by ten zrobił kolejną odsłonę Final Fantasty – dwunastą. Famitsu dało perfect score, później ogłosiło, że to gra roku 2006 a z czasem pojawiło się w europie.

Ponieważ biorąc Matsuno w pakiecie dostaje się Akihiko Yoshidę, oraz Hitoshiego Sakimoto to mój pierwszy kontakt z tym tytułem odbył się przez głośniki wieży hi-fi. Zresztą Final Fantasy XII Original Soundtrack to pierwsza ścieżka dźwiękowa, taka japońska, na którą udało mi się wysupłać złocisze by ją kupić. Trochę było wtedy kombinowania, ale to dzięki pewnemu Waldemarowi, limitowana edycja ścieżki dźwiękowe spoczęła na mojej półce – za co mu jestem dozgonnie wdzięczny. Nie będę ukrywał, trochę czasu zajęło mi przekonanie się do genialności tych czterech płyt, ale dzięki temu mam także nauczkę, że muzyka z gier prawie zawsze odbierana jest inaczej przed i po kontakcie z grą.

Później przyszła pora na włożenie płyty do PS2. Zawsze byłem przekonany, że Yasumi Matsuno to geniusz. Kocham jego Final Fantasy Tactics, kocham Vagrant Story (i później także  bardzo, bardzo polubiłem Tactics Ogre), dlatego też Final Fantasy XII zamówiłem przedpremierowo – a wtedy jeszcze nie pracowałem. Gdy już do mnie dotarła, grałem jakieś 10 godzin. Wsiąkłem, ktoś nawet próbował mi przeszkadzać (pamiętam, że zadzwonił jakiś gość z którym ponoć studiowałem i jednego z przerywników nie oglądnąłem). Leciałem do przodu jak przecinak, robiąc wszystkie zadania poboczne jakie tylko mogłem.

I jak na błahość historii można narzekać, to pewne elementy są tam świetne. Brat spędził ponad 120 godzin w tej wersji Ivalice. Ja sam później zacząłem grać od nowa, choć i tak nie zrobiłem wszystkiego co było do zrobienia. Balthier to obok Viviego z FFIX jedna z najciekawszych postaci w serii (tej finalowej). Choćby dla niego warto przeżyć tą przygodę chociaż raz. Ścieżka dźwiękowa jest świetna, przygodowa, taka Sakimotowa, orkiestrowa choć przez dźwiękowy układ ps2 trochę “ubita” – i tak Keiji Kawamori zrobił kawał dobrej roboty by przenieść muzykę tak by niewiele straciła na swej wartości.

 

I tak 10 lat później, Square Enix postanowił że poprosi o (nie tylko) moje pieniądze i stworzy remake tego genialnego tytułu. Dokładnie zabierze się za przerobienie wersji International Zodiac Job System (czy jakoś tak), która wyszła tylko w Japonii, grubo po premierze podstawowej edycji. Ja kwadratowym panom nie odmówię, bo chętnie wrócę do Ivalice, tak samo jak chętnie wracałem (i mam nadzieję, że jeszcze nie raz to zrobię) do Ivalice z Final Fantasy Tacics, czy Vagrant Story.

Dla mnie Matsuno jest geniuszem (czy nie pisałem już o tym?), Sakimoto (mimo że wtórny) mistrzem a Yoshida artystą. Wszyscy są świetni w swoim fachu, a jak połączą siły, to czy może im wyjść coś złego. Kupuję z zamkniętymi oczami.

Pieniądz rzecz nabyta

Muramasa pokazuje, że gry z grafiką 2D, piękną grafiką 2D bronią się na przestrzeni wieków. Nie starzeją się. Są po prostu nadal ładne. Nie zaczyna im brakować polygonów, kształty nie zaczynają być kańciaste. Może tylko kuleć sterowanie, bo i dźwięk, muzyka nadal mogą być dobre.

Muramasę kocham za klimat, styl. Historia jest przyjemna, choć najlepiej wspominam tą z DLC A Cause to Daikon For. Muramasa ma jeszcze jedną rzecz, którą od dawna chciałem mieć, ale nie mogłem bo to drogie i się w sumie spóźniłem. Figurkę Momohime.

Jakoś nie jestem zwolennikiem zbierania tego typu gadżetów na półce, to jednak dzięki temu że komuś do głowy przyszło zrobić kolejną reedycję, kupię sobie i na koniec tego roku postawię na półce. Chyba że znowu się spóźnię, albo gdzie po drodze z bankrutuję i będę musiał odwołać zamówienie.

e-dziewczyny w e-bikini #4

Zajęło mi to jakieś 70 godzin. Wszystkie (nudne i powtarzalne) osiągnięcia zdobyte. Platyna łatwa, ale czasochłonna (i nudna). Niby jeszcze wiele można tam zdobyć, odkryć, osiągnąć, ale czy warto.

Moje podejście do Dead or Alive Xtreme 3 jest zmienne. Ale wiele rzeczy na chwilę bawi, na chwilę cieszy. Czasem trochę wkurza i męczy. Z jednej strony to gra, ale czasem strach powiedzieć że się w nią gra.

Nie jest to popis mocy technicznej PS4, ale jakoś te 70 godzin minęło. Trochę grindowania – na różne sposoby. Sporo czasu spędzone tylko po to by zdążyć z zakupem kostiumu dla Hitomi zanim je zdejmą. Potem zabawa by jednak go wzięła.

Czasem myślę, że wypadałoby już odstawić na półkę pudełko z płytą i nie wracać. Ale kusi opcja timestop, którą dostaje się na 80 poziomie. W końcu człowiek zatrzyma akcję, obróci kamerę, zbliży i… spokojnie pstryknie focie. Tylko czy to tak bardzo warte zachodu?

Kusi myśl by tej jednej jedynej urlopowiczce odblokować wszystkie stroje – nie mówię o tych z DLC, bo aż cieszę się, że do tej pory nie wydałem ani zł więcej niż na samą grę. Jest tego mnóstwo, znalazłem sposób jak to zrobić, ale na samą myśl że musiałbym grać Marie Rose, Honoką czy Heleną się krzywię.

Niby miałem skończyć, a wracam. Niby miałem zająć się czymś innym a mi się nie chce. Dead or Alive Xtreme 3 w wielu aspektach jest słaby/zły/tragiczny, ale nadal mam od czasu do czasu ochotę wrzucić płytę do napędu i potracić trochę czasu.

A i wpis lepiej wygląda z jakimś obrazkiem.

Lochy, prowadzenie i różne oczekiwania

Uwielbiam Dungeons & Dragons. Nie wiem dokładnie czemu, ale dla mnie inne gry fabularne w klimatach fantasy mogą nie istnieć. Bo co fajniejszego może być od bicia potworów, rozwoju postaci i ratowania dziewic z zamków.

Problem tylko w tym, że wolałbym sam siąść po stronie gracza. Niestety będąc bardzo wybrednym bytem ziemskim, by zagrać sobie w D&D 5ed. sam musiałem stać się mistrzem gry. Nigdy nie byłem dobrym prowadzącym, moje przygody rzadko mnie samego przekonywały, a w trakcie prowadzenia zwykle coś się sypało.

I mimo, że nie pierwszy raz prowadzę jakąś sesję, to ostatnio próbując coś zrobić, ktoś skutecznie mi to uniemożliwia. Stary się robię. Zrzędliwy. Graczy zmienić powinienem. Pewno tak, tylko że to tak samo trudne jak znalezienie MG, który by chciał prowadzić.

Jak już piszę o tym biciu potworów itd. to dochodzę do wniosku, że sam się zagalopowałem. Mało tego, gdzieś z moich sesji uciekł klasyczny dungeon crawling. Nie mówiąc już że dziewic nie ma, tak samo jak jednorożców.

Lubię D&D, kocham tworzyć postacie – bardziej od strony mechanicznej, więc zapisuję tonę kart postaci. Chciałbym w niego grać, ale chyba zwykle ja i gracze mijamy się z wyobrażeniem sesji.

A może za dużo kombinuję z fabułą, może wypada zacząć robić sesje w bardzo starym stylu. Wejść do miasta, powiedzieć że tam gdzieś jest loch w którym jest straszny stwór i że dają dużo za ubicie dziada.