13 strażników

13 Sentinels: Aegis Rim to jedna z takich gier, na które po prostu z czekam. Pograłem w japońskie demo, które było dodawane do mini soundtracku – wiadomo, że było odwrotnie, ale ja po prostu chciałem kupić tą płytę, a że musiałem wziąć ją z demem/prologiem to co miałem zrobić.

Na Kamitanim i Vanillaware się jak na razie nie zawiodłem. Zawsze może być ten pierwszy raz. Poprzednie gry były grami akcji, a tutaj mamy coś w rodzaju visual novel z elementami strategii. Hideo Kojima przy okazji Death Stranding także zrobił coś innego niż wcześniej. Jemu wyszło to czemu z Aegis Rim ma być inaczej. Dodam tylko że w demie/prologu nie było mi dane spróbować potyczek a cała rozgrywka opierała się na prezentacji 13 bohaterów – japońskiego nie znam, więc tylko podziwiałem stronę wizualną i dźwiękowa.

I tak sobie myślę, że nawet jak ta gra nie wyjdzie im najlepiej, to na swój sposób wypada dorzucić swoje (nie tylko trzy) grosze by dostali szansę na zrobienie kolejnego tytułu.

Cieszy mnie także to, że Vanillaware trzyma się z Basiscapem, który to kolejny raz odpowiadają za warstwę muzyczno-dźwiękową gry. Nie wiem, kiedy wyjdzie gra w wersji angielskiej, ale wiem że ścieżka dźwiękowa zostanie wydana 27 lutego.

Oj mój biedny portfel…

Skończyły mi się MPki…

Tytułem wstępu. MP to skrót od Magic Points*, czyli punkty magii.

I właśnie czuję że te punkty magii się kończą. Pewno to kolejny kryzys z cyklu “wezmę to wszystko wyrzucę/sprzedam/oddam”. Tym razem mógłbym obarczyć winą Wizards of the Coast o to, że zaczynają się rozdrabniać i tworzyć dziwne rzeczy takie jak super drogie kolekcjonerskie boostery. Ale przecież to firma, która ma zarobić a nie działać charytatywnie czy też wychodząc prawie ciut powyżej zero.

I choć na jeden produkt czekam, tak mniej – więcej, bo to zależy ile ta zabawa będzie kosztować, to jestem coraz bardziej zniechęcony do tej gry. Dalej uważam ją za świetną, ale po tych 9 latach nie bawi mnie już tak samo.

I w sumie miałem napisać jak to wielkie korpo jest złe i jakie bzdury robi, ale na dłuższą metę nic to nie zmieni. Zresztą nie wiem czy chcę by to zmieniało cokolwiek. Jeżeli ludzie dobrze się bawią wydając pieniądze na karty (i kompletnie jestem w stanie to zrozumieć) – te papierowe czy te wirtualne (w przypadku MTGO czy Areny), to kim ja jestem, że mam im zabraniać je tam wydawać.

Myślę, że od jakiegoś czasu jeżdżę na turnieje prerelease głównie dlatego, że lubię sklep w którym gram. Ludzi, których tam spotykam (nie wszystkich). Do tego raz na kwartał warto wyrwać się poza 4 ściany małego miasteczka i wciągnąć trochę smogu gdzieś indziej. Po prostu muszę wymyślić, co zrobić by karty nie wylewały się z półek i regałów. Jak pozbyć się tych, które nie są mi potrzebne i zastanowić co mi jest potrzebne.

A to nie będzie takie łatwe, wiem bo zabierałem się do tego nie raz. Ale może x razy sztuka… i kiedyś się uda?

* Choć w Star Ocean Till the End of Time jedna z bohaterek, która posługiwała się magią miała spore piersi i do dziś mam wątpliwości czy aby MP, to nie Milk Points.

2020

W grudniu (2019) postanowiłem sobie, że postaram się być regularny w publikowaniu wpisów. Pierwszy i trzeci czwartek miesiąca. Taki jest plan. Czyli jutro pierwszy cykliczny wpis. Tak samo durny jak wszystkie poprzednie.

Ponoć ważniejsza od ilości jest regularność. Nie mam tutaj reklamy by na nich zarabiać i by odsłony mi się liczyły. Wolę by potencjalny czytelnik wiedział, że dwa razy w miesiącu, może zatruć swój umysł jakąś grafomanią.

Może być trudno. Już mi się w głowie kłębią problemy dlaczego to nie ma sensu, ale lepiej na tym się nie rozpisywać tylko zabrać się do działania.

Do tego stworzyłem sobie taką kategorię gdzie mogą pojawiać się wpisy o specyficznej tematyce. W prawym górnym rogu jest odpowiedni link. Jeżeli jakiś napisze, to raczej nie będzie go w głównym strumieniu wpisów. To też taki dziwny pomysł.

I tyle. Szczęśliwego nowego roku, tych 366 dni.

Ho! Ho! Ho!

Nie lubię świąt. Nawet nie wiem czemu. Po prostu nie lubię. Nie kupuję tych promocji na święta, czy też niby okazji. Tak samo jak nie lubię czarnego piątku zapożyczonego do braci zza Atlantyku. Wszędzie promocje i co z tego, jak nagle więcej pieniędzy nie ma. Ale jest jedna rzecz, którą wiąże się ze świętami i którą lubię.

Panie mikołajowe. Co prawda ich widok z billboardów, czy pojawianie się w reklamach nie zachęca mnie do zakupu rzeczy, które reklamują ale czasem to po prostu miły widok – proste działanie na psychikę płci brzydkiej.

I w sumie o tym pamiętało Koei Tecmo. W DoA5 były mikołajkowe stroje na zasadzie kożuchów/sukienek, później renifery – te pierwsze są udostępnione ponownie w serii revival. W tym roku poszli oszczędniej. Nie ma żadnej śnieżnej planszy to po co dawać kożuchy, jak można dać mikołajowe bikini. I wszystko by było pięknie i cudownie tylko jakoś to się nie klei.

Po pierwsze wszystkie te bikini (i czapeczki) są takie same (no poza Phase 4, bo ta ma czarne a nie czerwone) – czyli jak zgarnąć tonę kasy za zrobienie jednego projektu. Po drugie czapeczki są bardzo durne. Pewno chcieli by coś z głowy spadało, ale jak do tej pory nie zagrałem z taką założoną – bo mi się nie podobają, więc nie mam pojęcia czy faktycznie spadają. Po trzecie durne dzwoneczki i wstążki. Nie pasują (mi i im). Po prostu. Chcieli odnieść się jakoś do świąt, by zestawu nie nazywać czerwone bikini i dodali elementy, które mają się ze świętami kojarzyć. Ale co za dużo to nie zdrowo.

Jedyny dobry (ale nie aż tak dobry) element w tych strojach to pończochy. Może nie wyglądają idealnie, może te buty na obcasie też nie są najlepsze, ale oba elementy to dobry ruch. Gdybym był twórcą tego DLCka, pokusiłbym się o zmianę wzorku na pończochach, w zależności od dziewczyny – ale pewno to już zbyt wielkie koszta.

Trzymam kciuki, że w przyszłość z kolejnym season passem dostaniemy bardziej pomysłowe stroje. Pewno już był jakiś konkurs na design (choć tam ludzie też mają straszne pomysły), a może szykuje się jakiś dobry cross-over (tu zaś kończą się licencje i stroje znikają).

Trzymam kciuki na padzie i patrzę na falujące piersi…

Jestem na rozdrożu…

Gdy zapowiedzieli Dead or Alive 6, – ba, nawet zanim zapowiedzieli – mówiłem sobie, że Koei Tecmo tak mocno trafia w mój gust jeżeli chodzi o wizualną stronę tej gry/serii, że mogę się zrujnować kupując wszystkie ciuszkowe DLCki. Może nie dokładnie tak mówiłem, ale kiedyś tam obiecałem sobie, że nie musząc nadrabiać starych pakietów będę regularnie wydawał na nowe – kupę kasy.

I tak ładnie to szło na początku. Jeden season pass. Potem drugi. Kasa uciekała a ja nawet jak grałem niewiele albo prawie nic, byłem szczęśliwy*. Po czym wymyślili sobie, że w sumie pieniędzy z przepustki sezonowej jest niewiele – wiadomo, moja spiskowa teoria – i postanowili zrobić serię revival.

To kostiumy, które można było już nabyć przy okazji Dead or Alive 5, które nie wchodzą w skład season passa. Serce krwawi, bo obiecałem sobie, że ten chory pomysł z toną kostiumów będę wspierał. Pewno wielu powiedziałoby, że karmię raka. Nie uważam praktyk Koei Tecmo za dobre, ale ludzi krzyczących w necie, że to złe tym bardziej.

Nie podoba Ci się to? Nie kupuj. Mi się przebieranie e-dziewczyn podoba i wydaje na to moje pieniądze. To, że mógłbym je wydać lepiej to sam wiem. Ale jak już napisałem, wydając je w ten – jakby nie było durny – sposób jestem szczęśliwy*. Ale gdzieś mnie boli, że brniemy z tym wszystkim… donikąd.

Fajnie, że moje waifu mają się w co ubrać (no jeszcze nie wszystko nabyłem) ale chciałbym czuć, że mam co robić w tej grze. Nie jestem zbyt dobry w mordobiciach więc trenowanie i granie po sieci zbytnio mnie nie bawi. Kiedyś mogłem przesiedzieć, kilka godzin próbując uchwycić świetne ujęcie w trybie fotograficznym – dziś już nie za bardzo mi się chce, czy też raczej mam inne rzeczy do zrobienia. A granie w trybach arcade/survival/time attack bawi kilka minut raz na dwa tygodnie…

…a tam nie ma co narzekać. Moje serce fanboya i tak to wszystko kupi.

* O tym kiedyś indziej w innym poście niekoniecznie na temat DoA, ale powiązanym.

Kupiłem (drogiego) Winyla

Fanboy. Słowo zwykle odnoszące się do pewnego zaślepienia względem jakiegoś tematu czy osoby. Spotkałem się z nim pierwszy raz przeczesując internet w poszukiwaniu rzeczy związanych z Japońskimi Idolkami.

Zwykle gdy mówi się o kimś fanboy nie ma się nic dobrego na myśli. A ja czasem sam o sobie tak mówię. Bo nie ukrywam, że nie raz kupuję rzeczy w ciemno, wydając sporo kasy. Bywa i tak, że wielu (a czasem nawet ja sam) powie, że to kasa wyrzucona w błoto.

I mam tak z Hitoshim Sakimoto. Może i chłop jest wtórny, może od 15 lat ciekawego, nowego, oryginalnego nie zrobił. Ale jeżeli nawet słyszę te same, czy też bardzo podobne motywy po raz n-ty to nie krzywię się, gdyż je lubię. A jak powiadał inżynier Mamoń w Rejsie

Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. (…)

Tak więc gdy nadarzyła się okazja, zakupiłem sobie płytę winylową ze ścieżką dźwiękową z Radiant Silvergun. Nie mam gramofonu i nie planuję kupić. Pewno bałbym się nawet tego słuchać. Nawet nie wiem czy rozpakuję, a jeżeli nawet to znajdę sposób by ponownie go zapakować.

I taki ze mnie fanboy.

P.S. Do tematu fanboismu jeszcze wrócę.

Mo bile. Nie kule.

Postanowiłem dać WordPressowej aplikacji mobilnej kolejną szansę. Nie żeby to ona stanowiła 100% problemów jakie napotkałem próbując tworzyć wpisy na telefonie, ale muszę napisać jakiegoś posta by sprawdzić czy zadziała tak jak powinna.

I o tym ten wpis. Krótki bo jak się coś sypnie to nie po godzinie nawalania w ekran. Taki o niczym, stworzony dla testu.

Jak da się go przeczytać to znaczy, że się udało.

I tyle…

Z pamiętnika kuriera…

Poprzedni wpis wspomina o jakiś Catherine’ach i Astral Chainach, a ja nawet nie wiem jak te gry wyglądają. Fire Emblema nie skończyłem, jakoś nie mogłem. Może wrócę. Pewno jak do Zeldy. Pomijam, że w tym czasie udało mi się kupić kilka gier a ja dalej biegałem po Eorzei, bo tam pełno roboty. Ale przyszedł Death Stranding (oraz River City Girls) i podróżowanie z paczkami mnie wciągnęło.

Teraz podłączam Amerykę do sieci chiralnej, obijam tych którzy chcą być obici w River City Girls, oraz próbuję zrobić jakiś postęp w Final Fantasy XIV. Życie zaczyna brakować a pamiętam taki czas, gdy byłem chętny czas wolny sprzedać.

I tak szczerze mówiąc sam nie wiem co takiego wciągającego jest w Death Stranding. Pisząc, że bierze się paczkę z jednego miejsca i dostarcza w drugie dużo upraszczam, ale bezsensu opisywać tu proste, a jakże genialne mechaniki podróżowania.

Wydaje mi się, że to ta inność tej gry. Nagle po prostu idziemy (kolejny raz upraszczam). Bierzemy pakunki na plecy i gdzieś po zielonej trawie idziemy przed siebie, sporadycznie włączy się jakiś spokojny, nastrojowy utwór i człowiek się relaksuje.

By za chwilę zaczął padać temporalny deszcz który postarza (uszkadza) nasze pakunki, pojawili się wynurzeni, którzy chcą nas zabić, czy napatoczyły MUŁy, które chcą nas okraść. Cały spokój szlag trafia a człowiek robi wszystko by po prostu ominąć niebezpieczne tereny.

Z zabawy w kuriera, zaczynamy bawić się w skradankę, stratega – paczka ułożona niżej później się psuje od deszczu – i pomagamy innym zostawiając liny, drabinki czy stawiając mosty.

Niby idziemy, a czasem jedziemy, od punktu A do B, ale zawsze jakaś paczuszka leży kawałeczek od nas. To klika kroków w prawo i ją podnosimy. Po czym okazuje się, że kolejnych kilka kroków dalej, kolejna paczka. Z czasem wyznaczona przez nas trasa przestaje istnieć, a my zamiast spokojnie nieść 40 – 50 kg, dźwigamy 120 i Sam chwieje się z prawej na lewą, ciężko mu utrzymać równowagę a z czasem nawet musi na chwilę siąść by odpocząć.

Mam tak, może poza jakimiś mały wyjątkami, których teraz nie wymyślę, że nie jestem w stanie grać non-stop w jeden gatunek gier. Te 50-60 godzin robienia prawie tego samego zaczyna mnie męczyć i muszę znaleźć odpowiedni moment by pójść do przodu i skończyć grę. Ponieważ Death Stranding jest grą inną od tego co znajduje się na rynku, grą w jakąś jeszcze nie grałem, gra mi się w nią cholernie dobrze.

Z czasem pewno przyjdzie znudzenie, ale wtedy mam nadzieję, że już skończę zabawę w dystopijnej (jakkolwiek to odmienić) Ameryce i będę mógł odkopywać się z kupki wstydu.

PS. Ponieważ czasu wolnego na to co bym chciał robić nie mam, nie mam zamiaru czytać ponownie tego wpisu, więc go publikuję. I tak nie będzie dobry.

Oj za dużo tego, za dużo

Gdy wchodzę do panelu i widzę aktualizację aż czterech pluginów to wiem, że dawno mnie tu nie było. Nie no przesada, ale tak się składa, że aktualnie mam zbyt wiele zajęć by móc i spróbować coś napisać na blogu (tak, tak, znalazłem chwilę).

Tak więc, jak skończę Fire Emblema, oraz Cathering i Astral Chaina pojawi się Death Stranding a ja nadal będę zwiedzał Eorzeę. Dużo grania, dużo malowania figurek a i czasem coś poczytam.

Dlatego tutaj tak pusto. Ale kiedyś się znudzę. Siądę, pomyślę i napiszę coś dłuższego.

I tak będzie bez sensu.

Zacząłem by rzucić wszystko inne #0

To taki wstęp. Może pierwszy z jakiegoś dłuższego cyklu. Ba nawet pojawił się pomysł bym pisał na ten temat w miarę regularnie, bym prowadził prawdziwego webloga z tej gry ale u mnie za pomysłami i chęciami nie idą czyny. Już dawno zapomniałem co to “regularność” i to w wielu dziedzinach.

Tak więc, jakieś tygodnie* temu zacząłem grać w Final Fantasy XIV. Zacznę od tego, by nakreślić trochę historii dlaczego się zabrałem za granie w Final Fantasy XIV – w tym będzie ciut o tym czym FFXIV jest i dlaczego nie powinienem był się zabierać do tej zabawy.

Czytaj dalej Zacząłem by rzucić wszystko inne #0