Mo bile. Nie kule.

Postanowiłem dać WordPressowej aplikacji mobilnej kolejną szansę. Nie żeby to ona stanowiła 100% problemów jakie napotkałem próbując tworzyć wpisy na telefonie, ale muszę napisać jakiegoś posta by sprawdzić czy zadziała tak jak powinna.

I o tym ten wpis. Krótki bo jak się coś sypnie to nie po godzinie nawalania w ekran. Taki o niczym, stworzony dla testu.

Jak da się go przeczytać to znaczy, że się udało.

I tyle…

#100

Czasem siadam przed edytorem wordpressowym i próbuję coś pisać. Nigdy to nie jest dobre, ale często jest tak, że nie piszę dalej. Czasem zostaje szkic i sobie leży. Nie raz go przypadkiem usuwam i w sumie nie żebym tego żałował, bo bywa tak, że lepiej zacząć od nowa.

I pewno nie powinienem robić 100 wpisu mówiącego o tym jaki on szczególny i specjalny jest, bo jest setnym a z drugiej strony czemu nie. Mój blog widział wiele bzdur i mimo, że czasem myślę, iż fajnie byłoby pisać z sensem i na temat to zastanawiam się – po cholerę.

Setny wpis będzie tym kolejnym do którego siadam by po prostu pomęczyć klawiaturę, palce i oczy. By wstawić sobie Hitomi w obrazek wyróżniający. By ten jeden jedyny czytelnik stracił trochę czasu.

Żadnych podsumowań. Żadnych postanowień. Bo zwyczajnie mi się nie chce. Zbyt długo już miewam ochotę by wprowadzać zmiany. Zbyt wiele razy próbowałem startować od nowa i sprawić by chęci przemieniły się w coś realnego. Żaden kołcz nie musi mówić mi, że czekając na cud niczego się nie doczekamy. Będzie co ma być i tyle.

Pozdrawiam mojego jedynego czytelnika i mam nadzieję, że go kiedyś czymś zaskoczę.

Tyle roboty, a tak mało czasu

Nie lubię stwierdzenia nie mam czasu. Ale to inna bajka, a takie życiowe (a może powinienem napisać dupne) wpisy to nie dla mnie. Niemniej jednak ostatnio nie mogę się odnaleźć i z tego powodu taka pustka na blogu.

Granie w Dragon Quest XI umila mi dni. To nie tak, że nie mogę odejść od konsoli i zrobić coś innego. To gra typu pogram godzinkę, dwie. Kończę zabawę, ale za pół godziny mam znowu chęć odpalić i dalej biegać i tłuc slimy. Do tego, w końcu po ponad 20 godzinach, do drużyny dołączyła Jade tak więc, czuję się spełniony i bardzo uradowany.

Od czasu, do czasu próbuję swoich sił na Arenie, tej medżikowej. Za parę dni i tak wszystko zostanie wyzerowane, ale po prostu mnie ciągnie do tej gry. Zawsze będę mówił, że mechanicznie jest świetna, gorzej z jej stroną finansową. I jak Arena jest free to play, to zawsze ten kto wyda trochę pieniędzy, będzie trochę do przodu. Czasem dziwię się sobie, że nadal się w to bawię. Myślę, że częściej klnę i się wkurzam. Raz na program, bo ile to razy można losować rękę bez lądów. Czasem na samą grę, bo gdy gram przeciwko kontrolkomfogomlifegainom powinienem rachunek za prąd wystawiać przeciwnikom, którzy tylko przedłużają grę – tak jest, takie to talie, ale tak jakoś bardzo to drażniące, choć uczę się poddawać za wczasu.

Do tego figurki się same nie pomalują a zasady Infinity same nie przyswoją. Choć na tym drugim aż tak bardzo mi nie zależy, to samo malowanie zostawiam sobie na długie zimowe wieczory. Tak przynajmniej mówię, ale myślę że to po prostu kwestia czasu gdy mi się zachce tym wszystkim bawić. Wymagam od siebie cudów, ale biorę poprawkę na umiejętności i w sumie i tak nie wychodzi na to co bym chciał.

Myślę, że trochę się wkopałem deklarując się, że poprowadzę Ravnicę w DnD. Jakoś nadal nie rozumiem co takiego fajnego w tym świecie, a co gorsza próbuję sobie wyobrazić co w Guildmasters’ Guide to Ravnica będzie, co pomoże mi zapanować nad chaosem sesji i jak dużo będę musiał nagiąć by całość spasowała do mojego wyobrażenia sesji Lochów i Smoków. Choć w 2018 roku coraz częściej mam chęci zrobić jakąś sesję – sprawić by inni się bawili i mam nadzieję, że często tak jest. Myślę, nad prowadzeniem nieoficjalnego programu Adventurers League. Stwierdziłem, że Wizards of the Coast i tak każą wszystko kupować tym, który chcą działać oficjalnie, więc jedyne co tracę ja i potencjalni gracze to ligowe punkty doświadczenia – choć nie żebym wiedział jak one działają.

Jest jedna kwestia, która mnie bardzo boli i jakoś się do niej przełamać nie mogę. Chcę, ale jakoś nie mogę zasiąść i się przemóc, by odkurzyć Muzykę Grową. Jakby tylko połowa tych chęci przerodziła się w działanie to już by coś tam było.

No to wracam do zabawy w Erderere… a sam nie wiem jak ten świat się nazywa.

Czego nauczyłem się dzięki Infinity

Trochę trwało, ale w końcu się udało poruszać figurkami po stole. Właśnie, poruszać, porzucać kostkami, pogdybać. A później doszedłem do wniosku, że miły zestaw dla dwóch graczy i że maluje się fajnie, ale później to już tylko woda z mózgu. Choć faktycznie, takowy trzeba mieć, by woda się zrobiła.

Odkryłem (na nowo), że malowanie może być relaksujące. Gdy wszystko się dobrze skleja, gdy zgrabne tyłki kobitek maluje się pędzlem i nawet jeżeli całość nie wychodzi tak jakby się o tym marzyło, to malowanie figurek jest przyjemną sprawą. Chyba, że okazuje się że ręka nie schodzi się z tułowiem, że te antenki co się do głowy przyczepia jednak wypada jakoś dziwnie założyć, lub w ogóle tego nie robić. Wypadkowa jest taka, że 90% czasu to przyjemność, 10% to rzucanie mięsem. Finalny efekt niezadowalający, ale nie od razu Rzym zbudowano i łudzę się, że w przyszłości będzie coraz lepiej.

Następnie utwierdziłem się w przekonaniu, że przyswajanie zasad i ich próba wytłumaczenie innym to drogą przez mękę. Przynajmniej dla mnie. Do tego okazało się, że zestaw szybkich zasad, który dodawany jest do Operation Icestorm, to uproszczona wersja tego co w podręczniku z zasadami można znaleźć. Nie wszystko jest takie jasne i gra zaczyna się robić dziwna. Gdy już później siadłem, by przeczytać zasady ich ogrom mnie przytoczył. A jak sobie uświadomiłem, że jestem jedynym, który próbuje je pojąć i nie będzie komu ich zweryfikować.

Wszystko to sprawiło, że wiem czemu nigdy wcześniej nie zgrałem w grę figurkową/bitewną. Teraz mam ciut więcej motywacji, lecz zbyt wiele rzeczy dookoła mnie skutecznie od tego odciąga.

Lista życzeń

Gdy po raz kolejny na jednym ze sklepów dodałem sobie coś do wishlisty, doszedłem do wniosku, że ta cała lista to wielka głupota. Gdzie nie popatrzę to takowa się nie zmniejsza, a nawet często jest tak, że z niej nie korzystam, lub korzystam rzadko.

Zwykle sprawa wygląda tak samo. Lista życzeń to taka kupka rzeczy, które bym chciał, ale aktualnie mnie nie stać. Gdy przychodzi czas, że mogę na coś kasę wydać, to zwykle dokładnie w tym samym momencie coś wychodzi. Tak więc nie sięgam po staroć, tylko po nowość.

Przy okazji gdy kupuję, widzę coś innego co bym mógł chcieć. A że dziś, sklepy internetowe stworzone są tak by analizować co kupujemy, przeglądamy i gdzie klikamy, to wchodząc na stronę główną wiedzą co nam podetknąć pod nos.

I tak sobie myślę – fajne, może kiedyś kupię – i dodaję do listy życzeń. Leży, kurzy się. Bywa też tak, że z czasem znika kompletnie ze sklepu, czy też pojawia się taki nieładny napis Out of Print.

Wtedy człowiek dochodzi do wniosku, że mógł kupić stare zamiast kupować to nowe. Ale jakoś nigdy nie uczy się na błędach. Czasem czuję się jak trener pokemonów, który zbiera także znaczki oraz monety i także chce je mieć wszystkie.

Tylko mało co do pokeballa wsadzę.