Selina Kyle i Joëlle Jones

Nie jestem miłośnikiem amerykańskiego komiksu. Czy też nigdy takowym nie byłem i ciężko jednoznacznie stwierdzić czy się takim stałem. Od niedawna zacząłem inwestować w to pieniądze – kolejne drogie hobby na liście. A zaczęło się tak niewinnie. Od trzech zeszytów Catwoman z okładkami Artgerma.

Wypięte tyłki. Obfite biusty. Czasem dziwaczne, pobudzające wyobraźnię, pozy. Podstawy wizerunku kobiet w amerykańskim komiksie*. Brzmi jak coś w sam raz dla mnie. Tylko czemu z czasem zacząłem kupować komiksy, które w tytułach nie mają woman, lub okładka nie przedstawia jakiejś piękności – sam nie wiem.

I w sumie przez wiele lat po amerykański komiks nie sięgałem. Do końca nie wiem czemu, ale jednym z wielu powodów na pewno był nieadekwatny poziom rysunków w komiksie w stosunku do zachęcającej okładki. Nadal się to nie zmieniło, ale dziś jestem w stanie docenić inne rzeczy, zrozumieć dlaczego tak jest i nie powiem by rysunki w komiksie były złe – choć wiadomo, różnie z tym bywa i często to kwestia gustu.

Nowa seria Catwoman trafiła w dobre ręce. Nie chcę uchodzić za człowieka się znającego, ale od razu gdy chwyciłem pierwsze zeszyciki do rąk i zacząłem je przeglądać, zostałem zauroczony rysunkami Joëlle Jones. Selina Kyle Joëlle to kobieta dojrzała, stylowa i z klasą. Ciężko tutaj o wizerunek seksbomby, dominy czy zabawki dla samców alfa.

Bardzo mi odpowiada taka Kobieta Kot. Joëlle Jones zaczynała przygodę z Seliną Kyle przy okazji serii Batman ze scenariuszem Toma Kinga. Ucieka sprzed ołtarza by nie zabierać Gotham jego obrońcy i zaczyna żyć własnym życiem. Nie chcę tutaj wychwalać scenariusza, bo porównania nie ma. Podoba mi się i cieszę się, że nie robi ze mnie głupka, trzyma poziom i zbyt często nie odwołuje się do historii Catwoman.

I tak zaczęła się moja wielka miłość do Catwoman. Jestem z siebie dumny.

*To taka moja regułka, stworzona na potrzeby wpisu. Opieram ją tylko na swoich doświadczeniach i przemyśleniach (a także oburzeniu jednego z redaktorów). Wiadomo Web 2.0 pozwala na pisanie swoich opinii i teorii to ja też mogę.

50 godzin to (może) zbyt wiele

InJustice 2 jest fajne. Nie jestem fanem ani DC ani Marvela (a także Dark Horse, Image, czy innych amerykańskich wydawnictw komiksowych), ale lanie tyłków superbohaterów Catwoman daje mi pewną perwersyjną przyjemność. No dawało, bo wszystko po trochu się nudzi.

Czasem pojawia się ten moment, gdy masz już dość. I mimo, że InJustice 2 nie ma zbyt wielu trybów rozgrywki to nie mamy tak szybko uczucia znużenia jak w przypadku Street Fightera V. Multiwersa, które zmieniają delikatnie zasady zabawy, oraz możliwość zdobywania skrzynek z elementami ekwipunku całkiem nieźle wypełniają czas. Nie wiem dokładnie jak długo grałem w InJustice 2. Pewno zbyt dużo, ale że było miło to nie narzekam.

Wiadomo, trzeba czasem zagrać w coś innego, ale nadal gdzieś tam męczy mnie ta Kobieta-Kot. Nie udało mi się zdobyć jej legendarnej broni, a powód jest tak banalny. 50 godzin grania jedną postacią. 3000 minut grania Catwoman. Tyle musiałbym zrobić by odblokować jedną walkę, która pozwoliłaby mi ruszyć dalej. Kombinując jak tylko się da doszedłem do 1800 i stwierdziłem, że to generalnie nie ma sensu.

Multiwersa zaczęły robić się powtarzalne. Grania online nie lubię, zresztą chodzi tutaj o 50 godzin grania a nie stania i czekania aż gra znajdzie mi przeciwnika. Wypadające ze skrzynek elementy ekwipunku dla Kobiety-Kota (wiem, że powinno być “-kot”, ale ja tylko cytuję grę) nie mają już, żadnego znaczenia – trzeba by cudu by wypadło coś lepszego niż mam. I do tego mechanika gry niby prosta, ale jakoś nie potrafię przestać naciskać przodu/tyłu wyprowadzając kombosy – co mocno zmienia wyprowadzaną serię. Do tego ze mnie raczej taki button masher, a i że gra pozwala na robienie w kółko jednego kombosa – i o dziwo to działa, nawet online – to mimo, że czasem próbowałem się przestawić, robić różne rzeczy to zwykle wracałem do tej samej kombinacji. Bo po co zmieniać coś co jest skuteczne.

Kobieta-Kot musi poczekać. Może do czasów InJustice 3.