Things are looking up+

Gdy pisałem poprzedni wpis na temat Dragon Questa XI, miałem inne wyobrażenie odnośnie tego co dalej po napisach – jak mi się zdawało – końcowych. Teraz czuję się pozytywnie zaskoczony i jakoś tak przytłoczony.

Tak dochodzę do wniosku, że słowa Qui-Gon Jinna mówiące że Zawsze znajdzie się większa ryba i tutaj okazują się prawdą. Wątek tego jeszcze bardziej złego delikatnie jest wpleciony we wcześniejszą fabułę i pokazuje, że cofając się w czasie, zmieniając pewne rzeczy sami rzucamy sobie kłody pod nogi. Nie ukrywam podoba mi się taki obrót spraw.

To co mi się nie podoba, to że nie wiem gdzie łapy włożyć. Sztucznie podniosłem poziom do 99. Teraz mogę przeciwników omijać i w sumie trochę tego żałuję, bo zrobi się z tego jakiś taki sandbox, gdzie biegam tylko z miejsca na miejsce.

Niby w prawie każdym mieście dostaję jakieś dodatkowe zadanie do zrobienia, doszły dodatkowe subquesty a ja nie wiem od czego zacząć i w sumie po co. Nawet nie wiem czy chce mi się ruszać dalej fabułę, bo mam takie przeczucie że będzie pod górkę – nawet z 99 poziomem. Zostało mi także kilka osiągnięć do zrobienia i pewno postaram się na tym skupić.

Tak więc, moja przygoda z Jade się nie skończyła. I mimo, że do DQXI siadam z lekkim oporem, to nie powiem że się męczę grając. No chyba, że nawalam w X próbując ugrać żetony w kasynie. Trochę to nuży.

Nadal uważam że to świetny RPG.

Things are looking up

Zobaczyłem napisy końcowe Dragon Questa XI i ciut się popłakałem. Nie wiem czy wzruszam się bo kończę grę, czy tak mocno zżyłem się z postaciami.

Główną linią fabularną czasem czułem się zmęczony. Były takie chwile, że nie czułem potrzeby iść do przodu. W sumie to nawet nie wiedziałem gdzie, po co i czy w ogóle jest po co iść dalej. Ot takie skakanie od miasta do miasta, gdzie przez pomaganie mieszkańcom albo dowiadujemy się jak pokonać Mordegona, albo zdobywamy coś co potrzebne jest nam w jego pokonaniu.

Całą dobrą robotę odwalają tutaj napotkane postacie. Czy to te które do nas dołączają, czy te które spotykamy w miastach. Nie mam pamięci do imion, więc nie mam zamiaru tutaj ich przywoływać. Raz się można uśmiać do rozpuku a innym razem wzruszyć.

I pewno o te wszystkie wspomnienia chodzi na sam koniec, gdy po wygranej walce ze złem nasi współtowarzysze wracają do domu, człowiek wspomina i mu się łezka w oku kręci. Yuji Hori po tylu latach pewno wie, że nie trzeba się wysilać i tworzyć skomplikowane historie by ludzie dobrze się bawili, cieszyli grą i dobrze ją z czasem wspominali.

Do tego Dragon Quest XI ma jedna cudowną zaletę – humor. Jest go tutaj na pęczki. Czy to wygląd, animacja i nazwy przeciwników. Naprawdę podziwiam kreatywność twórców i tłumaczy.

Czy też specyficzne dla danych regionów sposoby wypowiadania się np. w Hotto, mieście gorących źródeł, wszyscy mówią jakby używali do tego haiku, choć nie da się ukryć, gdzieś to ucieka w angielskim tłumaczeniu. Zresztą sama nazwa Hotto pochodzi (prawdopodobnie) od japońskie sposobu zapisania angielskiego Hot – ホット.

Znajdziemy także proste gagi, jak ten poniżej (tak jest, spoilery!).

Nie ukrywam, że nie wyobrażam sobie jak wygląda ta gra, jeżeli postacie nie mówią – ich wypowiedzi nie są udźwiękowione – a tak jest w japońskiej wersji. Dużo by mi teraz brakowało, bo mimo że angielskie głosy może nie są najlepsze, to w 2018 roku przy tak wyglądającej grze aż trudno sobie to wyobrazić – w szczególności jak już grało się z głosami.

Rozumiem, że dla Japończyków Dragon Quest to nie tylko gra. To pewien kult i historia. Pewnych rzeczy po prostu się nie powinno zmienia, tylko akceptuje. I to szanuję, tak samo jak szanuję fanfary, które brzmią w niektórych momentach i których przerzucić nie możemy. Rzecz, tak staroświecka i jakoś tak upierdliwa.

Cieszy mnie jeszcze jedna rzecz. Pewno jak ktoś to przeczyta to dostanę po łbie od SJW, ale co tam. Mowa tutaj o Puff-Puff i Jade. Tego pierwszego nie będę tłumaczył grunt, że jest. A Jade… no po prostu świetna, cudowna i aż miło się szuka tych wdzianek dla niej (raz tyle czasu spędziłem w kasynie, tylko po to by przebrać ją za króliczka). Po to gram w gry, by sobie popatrzeć na ładne babki i nikt tego nie zmieni.

Dragon Quest XI po skończeniu, daje nam możliwość dalszego przeżywania losów bohaterów, tak więc jeszcze nie wszystko skończone. I dobrze, bo po 82 godzinach gry, nie powiedziałbym że czuję znudzony.

No może troszeczkę. Ale wiadomo.

Jade.