tag, hashtag, tak albo nie tak…

Tag czyli etykieta (price tag to cena). Prosty szybki sposób pokazania istotnych rzeczy. Nie wiem kiedy zabawa w tagowanie zaczęła się w internecie. Myślę, że miała ona jeden bardzo ważny cel – w prosty sposób wskazać nam treści, które mogą nas zainteresować, takie których szukamy. Ułatwić nam znalezienie rzeczy które nas interesują pośród z tony innych.

Gdy na początku zacząłem używać WordPressa (będzie to jakieś niecałe 20 lat) miał on tylko kategorie. Był to taki wstęp do tagów. Do dziś przy każdym wpisie można ustawić zarówno jedne jak i drugie. Można zastanowić się czy jest sens używać obu – zarówno kategorii jak i tagów. Wydaje mi się, że to raczej kwestia podejścia osoby tworzącej swoją stronę/blog, grunt by używać tego z głową.

Ale niestety ludzie mają tendencję do wstawianie – jako tagi – wszystkiego czego się da. Wszystko tylko by lepiej działały wyszukiwarki, by było więcej wyświetleń, lajków.

Na początku istnienia serwisów społecznościowych tagów się nie używało. Zresztą gdyby sięgnąć pamięcią do czasów takiego Grono.net, to serwisy społecznościowe opierały się na czymś innym niż dziś. Nadal rzadko widuję tagi na fejsbuku (czemu? pewno i tak nie będą one miały znaczenia, bo fb pokaże nam nie to co chcemy widzieć ale to za co płacą im byśmy widzieli), więc chyba ich popularyzację można zawdzięczać instagramowi i twitterowi.

Niestety także przez to z tagów zrobiły się hashtagi (#tagi). Dlaczego # jest przed tagiem? Taka wiedza nikomu do szczęścia nie jest potrzebna. Grunt, że się to przyjęło i teraz będzie. Ale ja napiszę…

Czytaj dalej tag, hashtag, tak albo nie tak…

Owijając w bawełnę #2

Czas. Precyzyjny pomiar sprawia, że minuta to minuta, ale czasem się dłuży, czasem leci zbyt szybko. Raz chcemy by coś już się skończyło, innym chcielibyśmy by trwało wiecznie.

Jakoś tak niektórzy uparli się, by ich twór trwał co najmniej 2 godziny. Dziś często trwa więcej. 150-180 minut staje się normą. I gdy tak podziwiasz te dwie godziny lub więcej, zwykle się nudzisz, chłoniesz po kawałku.

A gdy już wchłoniesz to masz to uczucie, że mogło być krócej. Że nigdy nie byłeś reżyserem/montażystą/scenarzystą, ale znalazłbyś sposoby by uciąć kilkanaście minut. Czasem nawet ciachnąłbyś połowę. Myślisz, wtedy byłoby super.

Chwytasz się kolejnego dzieła. Oglądasz. Znowu przerywasz w połowie i mówisz, że wrócisz dnia kolejnego. Historia prosta, powtarza się do chwili gdy trafisz na takie dwie godziny gdzie mimo dłużyzn i monotonii siedzisz z przyjemnością i stwierdzasz, że było warto. Ba nawet spędziłbyś kolejne dwie godziny.

Ale takie rzeczy zdarzają się rzadko.

Owijając w bawełnę #1

Mam taki nałóg. Skośnooki, niski i zwykle płaski. Czasem owinięty w bawełnę, czasem bez niej. Niestety jak każdy nałóg i ten kosztuje. A jak przystało na skośne rzeczy, te są drogie.

No i tak później wszystko sprowadza się do myślenia, które nigdy nie daje dobrego rezultatu. Czy mi to potrzebne, czy aby warto aż tyle zapłacić.

Zwykle uważam, że za dobre rzeczy warto płacić, czasem nawet niemałe pieniądze. Do tego, wolę płacić tam gdzie należy a nie myśleć, że wspieram kapitana z opaską na oku i jego załogę.

Do tego dochodzi lenistwo. Jasne, że pewnych rzeczy nie potrzebuję 24 godziny na dobę, ale czasem jak mam ochotę rzucić okiem, skorzystać to wolę zrobić to szybko, bez problemów, nerwów i tracąc czas.

Tylko gdy ma człowiek tak wiele potrzeb, często odwrotnie proporcjonalnie do zasobów, zaczyna myśleć, wartościować i tak mijają mu całe dnie.

I nigdy do sensownych wniosków nie dochodzi.