Senjou no Valkyria 4

Jako fanboi Hitoshiego Sakimoto musiałem zagrać w kolejną część cyklu Valkyria Chronicles. Gram w czwórkę. Pamiętam, że ledwo zacząłem jedynkę a dwójkę porzuciłem – sam nie wiem czemu, ale chyba stała się zbyt trudna. Powiedziałbym, że gram dla muzyki, ale tak do końca nie jest. Czekam na ścieżkę dźwiękową, ale wiem że nic nowego na niej nie będzie.

Valkyria Chronicles 4 a także te wcześniejsze, ma wiele zalet. Ot, styl graficzny. Nie jestem wielkim miłośnikiem japońskiej animacji, przynajmniej takim co widząc anime już się ślinią, to jednak seria Segi świetnie tym stylem operuje na modelach trójwymiarowych. Swoje pewno robi design, oraz filtr nałożony na animacje.

Fabularnie czwórka (na razie) wypada solidnie. Nawet trafiłem na opinię, że to jedna z najlepszych fabuł w grach, a że nie skończyłem to nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Mnie tematyka wojenna zawsze w jakiś sposób odstraszała, sprawiała że się gubiłem. Tutaj takiego uczucia nie mam bo ta (fikcyjna) wojna między federacją a imperium jest tylko tłem do pokazania postaci ich motywacji, umiejętności i charakteru. A jak to w Japońskich grach bywa poważny temat, przeplatany jest gadkami o bekonie, babeczkach i piwie (nie wyszło mi z tego Razowe 3B (beer, babes, becon)).

Kolejna rzecz to unikalna jak na strategię mechanika. Choć tutaj poza tym, że jest inna niż w sporej ilości gier strategicznych, to często widzę pewne, drobne, wady. Ruch postaci, odbywa się w czasie rzeczywistym jak w grach akcji. Postać zużywa punkty akcji i zależnie od klasy ma ich więcej lub mniej. Wiadomo scout pobiegnie dalej niż lancer, ale nadal bywa tak, że braknie mu kilku punktów by podejść do osłony. To skutkuje wystawieniem się na ostrzał wroga i… litanię przekleństw z moich ust.

Z czasem łapie się jako takie wyczucie, ale wolałbym gdyby na mapie zarysowany był obszar gdzie postać idąc po prostej skończy ruch. Wiadomo palec na gałce czasem dziwnie chodzi i nie zawsze byłoby to idealne, ale dzięki temu łatwiej było by podejmować strategiczne działania.

Do tego drażni mnie bardzo fakt, że bywają takie misje w których pewne rzeczy zmieniają się o 180 stopni. Nie znam się na prowadzeniu wojny i mogę wyobrazić sobie, tak może to wyglądać, ale czasem człowiek dostaje w kość. Choć nie ukrywam, że odkrycie możliwości zapisu w dowolnym momencie misji, oraz pogodzenie się z faktem iż nie każdą misję przejdę od razu z najwyższą oceną mocno ukoiło nerwy. Niemniej jednak, często zdarza się, że gra wręcz zmusza nas do porażki w danej misji, by robiąc ją po raz kolejny inaczej do niej podejść, głównie biorąc pod uwagę co stanie się z czasem.

Kolejną rzeczą, która nie do końca mi się podoba to awansowanie klas a nie postaci. Taki system sprawia, że zwracamy większej uwagi na członków swego składu, bo każdy z nich ma taki sam poziom. Do tego to co ich odróżnia od siebie – czyli potencjał aktywujący się w losowych chwilach – jest na tyle… losowy… że nie dbam o to, którego wezmę. Poza tym, często opisy są niejasne, kiedy takowy może się aktywować. Owszem taki double movement Minervy często może tylko pomóc, ale ja i tak biorę do walki gdyż jako ważniejsza fabularnie postać, daje mi dodatkowe punkty w turze.

Wspomnę jeszcze o jednej (w sumie dwóch, ale podobnych) upierdliwej kwestii. R&D, czyli ulepszenie broni/czołgów, czy też rozkazy podczas walki. W tym pierwszym przypadku, nasz spec od upgradeów za każdym razem musi powiedzieć trzy słowa. ZA KAŻDYM RAZEM. No ludzie złoci. Ja rozumiem, że Miles to może jakiś nerd i lubi ale ja jako gracz jestem tym już znużony i rozdrażniony. Poza tym, jak wydam różnego rodzaju bronie postacią, to nagle po upgradzie wszystkim się to zmienia. Mah… i znowu myślenie, co komu dać.

Co do rozkazów. Chyba wiem, czemu ich prawie nie używam i nie używałem kiedyś. Animacja i gadka za każdym razem, a w przypadku tych wydawanych statkowi wspierającemu nas w walce to animacja może nie jest długa, ale patrzenie jak po raz 10 zaczynają używać radaru, albo jak montują czołgi by wykonać ostrzał męczy (męczy już za drugim razem).

I tak sobie myślę, że więcej narzekam niż zachwalam. Nie wspomniałem o muzyce, bo ta w sumie od pierwszej części jest dobra i nie męczy, choć mam wrażenie, że tutaj więcej recyklingu niż rzeczy nowych. A jak więcej narzekam, to czemu gram?

Bo to dobra gra. W wielu tak jest, że chętnie byśmy pewne drobne rzeczy zmienili. I mimo, że czasem przeszkadza to i owo, to jednak siedzimy, gramy, przymykamy oko by wady nie przysłaniały nam zalet.

Świetne kobitki, ze zgrabnymi tyłkami. Sympatycznie goście tacy jak Aulard. Jak człowiek nauczy się trochę bawić i ciut podmaksuje to idzie jakoś łatwiej. Jasne, nadal rzucam mięsem od czasu do czasu. Nadal wkurzam się, że coś głupio wyszło, źle poszło i że mogłem to przewidzieć.

I jakby nie było mam nadzieję, że to nie ostatnia Valkyria Chronicles, choć czwarta nie sprzedała się zbyt dobrze.

Muzyka ery zodiaków

Jestem przeciwnikiem HD Remakeów, ale czasem przyjdzie taka gra, z której odświeżenia się cieszę. W przypadku Final Fantasy XII Zodiac Age bardziej się cieszę ze ścieżki dźwiękowej i dziś parę słów o tym jakie to głupie i dlaczego trzeba kupić było. Tak jest, już kupiona mimo że wychodzi w połowie lipca.

Final Fantasy XII Original Sountrack, ten z 2006 roku, był pierwszym albumem jaki sprowadziłem z Japonii. Precyzyjniej ujmując – pierwszy japoński album, który kupiłem za granicą. Wcześniej było parę ścieżek dźwiękowych z gier, wydanych w europie i sprzedawanych w Polsce. Na dodatek FFXIIOST kupiłem z chińskiego sklepu, na szczęście takiego, który handluje oryginałami.

Lecz pomińmy długą genezę zakupu soundtracku z Final Fantasy XII, bo to nie teraz jest najważniejsze. Kluczową rolę pełni tutaj Hitoshiego Sakimoto, mój ulubionego kompozytor – autor dźwięków przygrywających w Ivalice (w sumie każdej gry, osadzonej w tym świecie, także Final Fantasy XII). Kompozycje Sakimoto są bardzo rozbudowane i przez ograniczenia sprzętowe Playstation 2 trzeba było czasem je przycinać. Wsłuchując się w materiał zawarty na soundtracku i porównując go z muzyką w grze, tylko głuchy nie wychwyci różnic. Audiofile będą w obu przypadkach skręcać się z bólu, bo to orkiestra samplowana. I mógłbym bronić, że na tym polega pewna oryginalność i styl Sakimoto i pisać inne głupoty, ale nie zamierzam nikogo przekonywać.

Na przeciw oczekiwaniom wszystkich tych muzycznych purystów (słuchających muzyki z mp3ej) wychodzi Square Enix odświeżając ścieżkę dźwiękową do remake’u Final Fantasy XII. Czasy się zmieniają i to co kiedyś było niemożliwe, a także bardzo nieopłacalne dziś staje się standardem.

Kompozycje Hitoshiego Sakimoto zagrane zostaną przez orkiestrę – taką z krwi i kości. A Square Enix wiedząc jaką popularnością cieszą się ich soundtracki nie zmarnuje okazji i wyda Final Fantasy XII Zodiac Age Original Soundtrack w formie Bluray Audio – stało się to już taką tradycją.

Główną zaletą BRA jest  możliwość uzyskania lepszej jakości dźwięku (24bit/96kHz) niż na płycie CD, jednocześnie mogąc zamknąć się w jednej płycie – nośniku. Moje ucho i tak nie wychwyci różnicy, ale jako wielki fanboy Hitoshiego Sakimoto (i poniekąd FFXII/Ivalice/Matsuno) i tak muszę kupić (co już zrobiłem). Fajną opcją BRA jest także towarzyszące muzyce wideo. Każdy utwór ma swoje obrazki, które ilustrują gdzie odtwarzany utwór znajduje się grze.

Świetna okładka edycji limitowanej. Zwykła, to absolutna pomyłka…

Jest także jedna duża wada takiego wydania. Osobiście by puścić muzykę jako tło – obrazu z reguły nie potrzebuję – muszę trochę kabli przepiąć. A bez obrazu nie da się po płycie nawigować. Chyba że na chybił – trafił, lub po prostu puścimy całą od początku do końca (najbardziej sensowne rozwiązanie). Sam korzystam z PS3/4 i nie mam pojęcia jak sprawa się ma w przypadku stacjonarnych odtwarzaczy Blu-ray. Do tego sądzę, że tego typu sprzęt nie jest aż tak popularny.

I mimo pewnych utrudnień mnie takie wydanie pasuje. Zdaje sobie sprawę że przez dziwny nośnik grono odbiorców się zmniejsza. Nawet jeżeli na płycie dodają pełen komplet mp3ek.

Uszy mam dobre, ale daleko mi do audiofila i to zwykle z tej drugiej opcji korzystam. A od czasu do czasu można trochę się pobawić i puścić BRA.

Era Zodiaków

Lat temu 10, Square Enix pozwoliło/poprosiło Yasumiego Matsuno by ten zrobił kolejną odsłonę Final Fantasty – dwunastą. Famitsu dało perfect score, później ogłosiło, że to gra roku 2006 a z czasem pojawiło się w europie.

Ponieważ biorąc Matsuno w pakiecie dostaje się Akihiko Yoshidę, oraz Hitoshiego Sakimoto to mój pierwszy kontakt z tym tytułem odbył się przez głośniki wieży hi-fi. Zresztą Final Fantasy XII Original Soundtrack to pierwsza ścieżka dźwiękowa, taka japońska, na którą udało mi się wysupłać złocisze by ją kupić. Trochę było wtedy kombinowania, ale to dzięki pewnemu Waldemarowi, limitowana edycja ścieżki dźwiękowe spoczęła na mojej półce – za co mu jestem dozgonnie wdzięczny. Nie będę ukrywał, trochę czasu zajęło mi przekonanie się do genialności tych czterech płyt, ale dzięki temu mam także nauczkę, że muzyka z gier prawie zawsze odbierana jest inaczej przed i po kontakcie z grą.

Później przyszła pora na włożenie płyty do PS2. Zawsze byłem przekonany, że Yasumi Matsuno to geniusz. Kocham jego Final Fantasy Tactics, kocham Vagrant Story (i później także  bardzo, bardzo polubiłem Tactics Ogre), dlatego też Final Fantasy XII zamówiłem przedpremierowo – a wtedy jeszcze nie pracowałem. Gdy już do mnie dotarła, grałem jakieś 10 godzin. Wsiąkłem, ktoś nawet próbował mi przeszkadzać (pamiętam, że zadzwonił jakiś gość z którym ponoć studiowałem i jednego z przerywników nie oglądnąłem). Leciałem do przodu jak przecinak, robiąc wszystkie zadania poboczne jakie tylko mogłem.

I jak na błahość historii można narzekać, to pewne elementy są tam świetne. Brat spędził ponad 120 godzin w tej wersji Ivalice. Ja sam później zacząłem grać od nowa, choć i tak nie zrobiłem wszystkiego co było do zrobienia. Balthier to obok Viviego z FFIX jedna z najciekawszych postaci w serii (tej finalowej). Choćby dla niego warto przeżyć tą przygodę chociaż raz. Ścieżka dźwiękowa jest świetna, przygodowa, taka Sakimotowa, orkiestrowa choć przez dźwiękowy układ ps2 trochę “ubita” – i tak Keiji Kawamori zrobił kawał dobrej roboty by przenieść muzykę tak by niewiele straciła na swej wartości.

 

I tak 10 lat później, Square Enix postanowił że poprosi o (nie tylko) moje pieniądze i stworzy remake tego genialnego tytułu. Dokładnie zabierze się za przerobienie wersji International Zodiac Job System (czy jakoś tak), która wyszła tylko w Japonii, grubo po premierze podstawowej edycji. Ja kwadratowym panom nie odmówię, bo chętnie wrócę do Ivalice, tak samo jak chętnie wracałem (i mam nadzieję, że jeszcze nie raz to zrobię) do Ivalice z Final Fantasy Tacics, czy Vagrant Story.

Dla mnie Matsuno jest geniuszem (czy nie pisałem już o tym?), Sakimoto (mimo że wtórny) mistrzem a Yoshida artystą. Wszyscy są świetni w swoim fachu, a jak połączą siły, to czy może im wyjść coś złego. Kupuję z zamkniętymi oczami.