Jakoś mnie tu ciągnie z powrotem

Wiele myśli chodzi mi się po głowie i czasem czuję potrzebę przelania ich na e-papier – aż palce mnie świerzbią nad klawiaturą. I mimo, że marzy mi się regularne pisanie o muzyce z gier, to jednak jest ono – dla mnie – o wiele trudniejsze niż chaotyczne wpisy o byle czym na blogu osobistym.

Jako duże dziecko, mam dużo hobby. Nie potrafię na długo zatrzymać się na jednym. Stare miłości wracają, nowe się pojawiają. Nie znam się na zbyt wielu rzeczach. W sumie to praktycznie na niczym się nie znam. A, że nie potrafię skupić się na jednym hobby to niczego nie doskonale. Z tej perspektywy mam zamiar pisać o wszystkim co w danej chwili będzie dla mnie istotne. Co mi przyjedzie do głowy. Do tego wordpress tak mocno się zmienił, że zaczynam się w nim gubić i mimo, że są sposoby by wyłączyć nowy edytor to wypada iść z postępem i nauczyć się z niego korzystać.

Mam także bardzo prosty plan na restart – publikowanie wpisów rzadko, długich i 10 razy przeczytanych, poprawionych. Takich, których będę się mniej wstydził. Nieważne czy będzie to wpis mówiący o tym jak to stary, prawie 40 letni dziad dostaje stresa grając w Final Fantasy XIV, czy też wychwalający komiksy z Bettie Page w roli głównej.

Wiem też że każdy wpis może być jak droga na K2 czy choćby Rysy bo myślę, że te niskie, niezbyt strome górki mam za sobą. To nie pierwszy blog, który próbuje prowadzić. Chciałbym w jakiś sposób wyrobić sobie pióro by łatwiej przyszło mi pisanie tekstów na /mzg. Czy prowadzenie bloga w tym jakoś pomoże? Tego nie wiem. A ostatnimi laty czuję, że czytając czy też słuchając poradników (nie o pisaniu) bez praktyki do niczego nie dojdę.

Jest jeszcze jeden problem, choć chyba lekko urojony. Lubię stary styl na tamtym, muzykogrowym blogu, lecz dawno nie był on aktualizowany przez autora. Nie wiem czego miałbym się spodziewać po aktualizacji na nową wersję wordpressa i teraz już boję się jej robić.

Zrobienie własnego stylu to jedna z rzeczy, za którą zabierałem się już wiele razy, ale nigdy wielce nie ruszyłem z miejsca. Byłby on prosty, ale trzeba by do tej roboty siąść – jak do wielu innych rzeczy. Cały czas obwiniam Final Fantasy XIV, bo to takie hobby, w które muszę najmniej energii zainwestować by jak najwięcej radości z niego wyciągnąć.

Do tego nie potrafię robić i trzymać się planu. Chaos, a może raczej nieład to moje drugie imię a notoryczny brak chęci sprawia, że ulubione moje zajęcie to podziwianie sufitu, albo kobiet przez szklany ekran (choć to niekoniecznie prawda bo ffxiv i tak dużo wolnego czasu mi zjada). Powiedziałbym że robię to na co mam w danej chwili ochotę, bo ze zmuszania się nic dobrego nie wychodzi.

Gdzieś trzeba skończyć ten wpis. Przy wcześniejszym podejściu miał mieć jeszcze trochę znaków, ale przez kolejny akapit zaczynał wyglądać jakbym chciał w tym wstępniaku restartu poruszyć wszelkie możliwe tematy jakie teraz chodzą mi po głowie.

Tak więc nie tracę więcej czasu i zajmę się tym co wypada i wrócę tu w przyszłości by poruszyć kolejny temat.

Pieniądz rzecz nabyta

Muramasa pokazuje, że gry z grafiką 2D, piękną grafiką 2D bronią się na przestrzeni wieków. Nie starzeją się. Są po prostu nadal ładne. Nie zaczyna im brakować polygonów, kształty nie zaczynają być kańciaste. Może tylko kuleć sterowanie, bo i dźwięk, muzyka nadal mogą być dobre.

Muramasę kocham za klimat, styl. Historia jest przyjemna, choć najlepiej wspominam tą z DLC A Cause to Daikon For. Muramasa ma jeszcze jedną rzecz, którą od dawna chciałem mieć, ale nie mogłem bo to drogie i się w sumie spóźniłem. Figurkę Momohime.

Jakoś nie jestem zwolennikiem zbierania tego typu gadżetów na półce, to jednak dzięki temu że komuś do głowy przyszło zrobić kolejną reedycję, kupię sobie i na koniec tego roku postawię na półce. Chyba że znowu się spóźnię, albo gdzie po drodze z bankrutuję i będę musiał odwołać zamówienie.