Things are looking up

Zobaczyłem napisy końcowe Dragon Questa XI i ciut się popłakałem. Nie wiem czy wzruszam się bo kończę grę, czy tak mocno zżyłem się z postaciami.

Główną linią fabularną czasem czułem się zmęczony. Były takie chwile, że nie czułem potrzeby iść do przodu. W sumie to nawet nie wiedziałem gdzie, po co i czy w ogóle jest po co iść dalej. Ot takie skakanie od miasta do miasta, gdzie przez pomaganie mieszkańcom albo dowiadujemy się jak pokonać Mordegona, albo zdobywamy coś co potrzebne jest nam w jego pokonaniu.

Całą dobrą robotę odwalają tutaj napotkane postacie. Czy to te które do nas dołączają, czy te które spotykamy w miastach. Nie mam pamięci do imion, więc nie mam zamiaru tutaj ich przywoływać. Raz się można uśmiać do rozpuku a innym razem wzruszyć.

I pewno o te wszystkie wspomnienia chodzi na sam koniec, gdy po wygranej walce ze złem nasi współtowarzysze wracają do domu, człowiek wspomina i mu się łezka w oku kręci. Yuji Hori po tylu latach pewno wie, że nie trzeba się wysilać i tworzyć skomplikowane historie by ludzie dobrze się bawili, cieszyli grą i dobrze ją z czasem wspominali.

Do tego Dragon Quest XI ma jedna cudowną zaletę – humor. Jest go tutaj na pęczki. Czy to wygląd, animacja i nazwy przeciwników. Naprawdę podziwiam kreatywność twórców i tłumaczy.

Czy też specyficzne dla danych regionów sposoby wypowiadania się np. w Hotto, mieście gorących źródeł, wszyscy mówią jakby używali do tego haiku, choć nie da się ukryć, gdzieś to ucieka w angielskim tłumaczeniu. Zresztą sama nazwa Hotto pochodzi (prawdopodobnie) od japońskie sposobu zapisania angielskiego Hot – ホット.

Znajdziemy także proste gagi, jak ten poniżej (tak jest, spoilery!).

Nie ukrywam, że nie wyobrażam sobie jak wygląda ta gra, jeżeli postacie nie mówią – ich wypowiedzi nie są udźwiękowione – a tak jest w japońskiej wersji. Dużo by mi teraz brakowało, bo mimo że angielskie głosy może nie są najlepsze, to w 2018 roku przy tak wyglądającej grze aż trudno sobie to wyobrazić – w szczególności jak już grało się z głosami.

Rozumiem, że dla Japończyków Dragon Quest to nie tylko gra. To pewien kult i historia. Pewnych rzeczy po prostu się nie powinno zmienia, tylko akceptuje. I to szanuję, tak samo jak szanuję fanfary, które brzmią w niektórych momentach i których przerzucić nie możemy. Rzecz, tak staroświecka i jakoś tak upierdliwa.

Cieszy mnie jeszcze jedna rzecz. Pewno jak ktoś to przeczyta to dostanę po łbie od SJW, ale co tam. Mowa tutaj o Puff-Puff i Jade. Tego pierwszego nie będę tłumaczył grunt, że jest. A Jade… no po prostu świetna, cudowna i aż miło się szuka tych wdzianek dla niej (raz tyle czasu spędziłem w kasynie, tylko po to by przebrać ją za króliczka). Po to gram w gry, by sobie popatrzeć na ładne babki i nikt tego nie zmieni.

Dragon Quest XI po skończeniu, daje nam możliwość dalszego przeżywania losów bohaterów, tak więc jeszcze nie wszystko skończone. I dobrze, bo po 82 godzinach gry, nie powiedziałbym że czuję znudzony.

No może troszeczkę. Ale wiadomo.

Jade.

Tyle roboty, a tak mało czasu

Nie lubię stwierdzenia nie mam czasu. Ale to inna bajka, a takie życiowe (a może powinienem napisać dupne) wpisy to nie dla mnie. Niemniej jednak ostatnio nie mogę się odnaleźć i z tego powodu taka pustka na blogu.

Granie w Dragon Quest XI umila mi dni. To nie tak, że nie mogę odejść od konsoli i zrobić coś innego. To gra typu pogram godzinkę, dwie. Kończę zabawę, ale za pół godziny mam znowu chęć odpalić i dalej biegać i tłuc slimy. Do tego, w końcu po ponad 20 godzinach, do drużyny dołączyła Jade tak więc, czuję się spełniony i bardzo uradowany.

Od czasu, do czasu próbuję swoich sił na Arenie, tej medżikowej. Za parę dni i tak wszystko zostanie wyzerowane, ale po prostu mnie ciągnie do tej gry. Zawsze będę mówił, że mechanicznie jest świetna, gorzej z jej stroną finansową. I jak Arena jest free to play, to zawsze ten kto wyda trochę pieniędzy, będzie trochę do przodu. Czasem dziwię się sobie, że nadal się w to bawię. Myślę, że częściej klnę i się wkurzam. Raz na program, bo ile to razy można losować rękę bez lądów. Czasem na samą grę, bo gdy gram przeciwko kontrolkomfogomlifegainom powinienem rachunek za prąd wystawiać przeciwnikom, którzy tylko przedłużają grę – tak jest, takie to talie, ale tak jakoś bardzo to drażniące, choć uczę się poddawać za wczasu.

Do tego figurki się same nie pomalują a zasady Infinity same nie przyswoją. Choć na tym drugim aż tak bardzo mi nie zależy, to samo malowanie zostawiam sobie na długie zimowe wieczory. Tak przynajmniej mówię, ale myślę że to po prostu kwestia czasu gdy mi się zachce tym wszystkim bawić. Wymagam od siebie cudów, ale biorę poprawkę na umiejętności i w sumie i tak nie wychodzi na to co bym chciał.

Myślę, że trochę się wkopałem deklarując się, że poprowadzę Ravnicę w DnD. Jakoś nadal nie rozumiem co takiego fajnego w tym świecie, a co gorsza próbuję sobie wyobrazić co w Guildmasters’ Guide to Ravnica będzie, co pomoże mi zapanować nad chaosem sesji i jak dużo będę musiał nagiąć by całość spasowała do mojego wyobrażenia sesji Lochów i Smoków. Choć w 2018 roku coraz częściej mam chęci zrobić jakąś sesję – sprawić by inni się bawili i mam nadzieję, że często tak jest. Myślę, nad prowadzeniem nieoficjalnego programu Adventurers League. Stwierdziłem, że Wizards of the Coast i tak każą wszystko kupować tym, który chcą działać oficjalnie, więc jedyne co tracę ja i potencjalni gracze to ligowe punkty doświadczenia – choć nie żebym wiedział jak one działają.

Jest jedna kwestia, która mnie bardzo boli i jakoś się do niej przełamać nie mogę. Chcę, ale jakoś nie mogę zasiąść i się przemóc, by odkurzyć Muzykę Grową. Jakby tylko połowa tych chęci przerodziła się w działanie to już by coś tam było.

No to wracam do zabawy w Erderere… a sam nie wiem jak ten świat się nazywa.