Ponarzekam bo mogę… #3, aka ból rozstania

Od długiego czasu zbieram się do posortowania i pozbycia się kart. Czas leci a ja ciągle zastanawiam się jak co i po co i czy warto. Najpierw myślałem o dublach ale tych dużo nie mam. Później stwierdziłem, że warto sprzedać karty które są coś warte, ale niekoniecznie mi potrzebne – choć pewno jak je sprzedam to okaże się, że by się przydały. Teraz już myślę by sprzedać wszystko jak leci – bo wcale nie chce mi się tym bawić.

I ja wiem, że jestem człowiekiem zmiennym. Dziś się wkurzę i myślę inaczej. Jutro zagram ze dwie partie i już zmienię zdanie. Do tego jestem świadom, że jak pozbycie się pewnych kart to nie problem, to upchnięcie kompletnego zestawu kart z bloku Scars of Mirrodin to już jest problem. Tanio nie sprzedam, a jakoś nie wyobrażam sobie bym karty wartę kilka tysięcy sprzedał przez internet… tak po prostu.

Do tego ostatnio przekonałem się do jednej rzeczy. Ciężko mi się rozstawać z przedmiotami, które leżą u mnie już jakiś czas. Nawet gdy się psują, nie do końca spełniają swą funkcję i poczyniono kroki by je zastąpić. Gdzieś ta łezka wzruszenia i nostalgia pojawiają się w człowieku i z bólem mówi przedmiotom materialnym “pa pa”.

Nostalgia, sentymenty, wspomnienia. Najlepiej by było się nie przywiązywać, ale żeby tego nie robić to pewno wypadałoby nic nie kupować. Zostać minimalistą. 10-15 m2, łóżko, jedne spodnie i koszula. Jeść w restauracji i kupować gotowe kanapki. Później nawet nie rozbije się talerz i nie będzie nam go żal.

Nigdy nie nauczyłem się sprzedawać rzeczy używanych i może dlatego tak kiepsko mi idzie z tymi kartami. A może wcale się ich nie chcę pozbyć. Może tylko szukam wymówki. Może piszę tego posta tylko dlatego by potencjalny czas na sortowanie i wypychanie klasera for sale zmarnować na coś innego.

Skończyły mi się MPki…

Tytułem wstępu. MP to skrót od Magic Points*, czyli punkty magii.

I właśnie czuję że te punkty magii się kończą. Pewno to kolejny kryzys z cyklu “wezmę to wszystko wyrzucę/sprzedam/oddam”. Tym razem mógłbym obarczyć winą Wizards of the Coast o to, że zaczynają się rozdrabniać i tworzyć dziwne rzeczy takie jak super drogie kolekcjonerskie boostery. Ale przecież to firma, która ma zarobić a nie działać charytatywnie czy też wychodząc prawie ciut powyżej zero.

I choć na jeden produkt czekam, tak mniej – więcej, bo to zależy ile ta zabawa będzie kosztować, to jestem coraz bardziej zniechęcony do tej gry. Dalej uważam ją za świetną, ale po tych 9 latach nie bawi mnie już tak samo.

I w sumie miałem napisać jak to wielkie korpo jest złe i jakie bzdury robi, ale na dłuższą metę nic to nie zmieni. Zresztą nie wiem czy chcę by to zmieniało cokolwiek. Jeżeli ludzie dobrze się bawią wydając pieniądze na karty (i kompletnie jestem w stanie to zrozumieć) – te papierowe czy te wirtualne (w przypadku MTGO czy Areny), to kim ja jestem, że mam im zabraniać je tam wydawać.

Myślę, że od jakiegoś czasu jeżdżę na turnieje prerelease głównie dlatego, że lubię sklep w którym gram. Ludzi, których tam spotykam (nie wszystkich). Do tego raz na kwartał warto wyrwać się poza 4 ściany małego miasteczka i wciągnąć trochę smogu gdzieś indziej. Po prostu muszę wymyślić, co zrobić by karty nie wylewały się z półek i regałów. Jak pozbyć się tych, które nie są mi potrzebne i zastanowić co mi jest potrzebne.

A to nie będzie takie łatwe, wiem bo zabierałem się do tego nie raz. Ale może x razy sztuka… i kiedyś się uda?

* Choć w Star Ocean Till the End of Time jedna z bohaterek, która posługiwała się magią miała spore piersi i do dziś mam wątpliwości czy aby MP, to nie Milk Points.

Arena po raz kolejny

Gdy siadłem kilka dni temu do (MtG) Areny doszedłem do wniosku, że ten okres gdy wychodzi nowy dodatek to mój ulubiony. Od dłuższego czasu nie grałem standardu ze względu na logistykę i chęci wydawania kasy na karty. Do tego, gdy ludzie dostają nowe karty a profesjonaliści jeszcze nie zagrali swoich cudownych turniejów, tzw. meta się jeszcze nie ustaliła i każda kolejna gra to walka przeciw czemuś innemu.

Oczywiście bywają talie stare, dobrze znane, z drobnymi zmianami. Ale jest też sporo nowości. Niestety wiem, że ten stan rzeczy nie utrzyma się wieki, a później będzie coraz nudniej.

Dokładnie zacznie się to, co w Magicu mnie zawsze męczyło i wkurzało. Powtarzalność i znudzenie. Do tego Arena nie pozwala zbytnio na częste zmiany talii. A ja lubię grać czymś nowym, często niestety przyjdzie wydać wszystkie wildcardy na karty potrzebne do jakiejś specyficznej konstrukcji, która nie będzie się sprawdzać a przecież bez sensu tak non stop przegrywać. Do tego, nie ma jakiejś metody by przywrócić choćby część zużytych dzikich kart. Przez co zaczyna się grind i coraz więcej godzin spędzonych przed Magiciem.

Dlatego też myślę, że daruję sobie dalszą zabawę. Czas z gumy nie jest a nawet kilka partii MtG to czas kiedy mógłbym robić coś innego. Pewno nie zacznę, ale przez te 8 lat zabawy moje podejście do gry się zmieniło. Kiedyś myślałem że to fajna gra, gdzie ludzie sami wymyślają to i tamto. Później odkryłem, że lepiej skopiować coś z internetu. Że lepiej kupić pojedyncze karty niż boostery. I choć te nadal lubię otwierać, to ilość kart kompletnie nieprzydatnych rośnie z każdą paczką. A co gorsza, ciężko cokolwiek z nimi zrobić.

Magic mnie nie opuści, bo to zbyt dobra zabawa – od czasu do czasu. Zostanę przy papierkach i EDH, oraz kolekcjonerstwie. Przez lata sam mówiłem, że karcianka na komputerze to nie karcianka, a teraz gram… w tą JPGówkę. Po prostu musimy znaleźć jakiś kompromis w tym związku.

Bo Hitomi będzie zła.

NMW #5: MtG Sucks

Już od bardzo dawna moje zainteresowanie MtG jest bardzo zmienne. Już nie raz narzekałem i nie raz będę narzekać. Dziś tak bardziej pozytywnie, bo jeżeli coś zajmuje nam czas, przez co odciąga od czegoś innego – można by rzecz równie niepotrzebnego, czy po prostu mającego dostarczyć także rozrywkę, umilić czas wolny – to nie jest takie złe i niestety MtG Arena od czasu wejścia w fazę Open Beta, codziennie przyciąga mnie do siebie. 
Czasem na zbyt długo.

Gra się w miarę przyjemnie. Mój deck może nie porywa, ale mam taki jaki bym mógł chcieć złożyć normalnie. Ale po pierwsze nie gram papierowego standardu, a po drugie aż tyle kasy wydawać mi się nie chce, a tutaj mam karty za pół darmo.

Nauczyłem się, że czasem trzeba się szybko poddać by nie tracić czasu na próbę ugrania gry z kontrolką, czy lifegainem. A, że poddanie się niewiele zmienia przy zwykłym graniu rankingowym – no poza rankingiem, ale ten także ma dla mnie żadne znaczenie, bo poza jakimś innym obrazkiem obok nicka nic mi nie daje – to staram się robić to szybko i rozpocząć kolejną pasjonującą grę.

Z takich rzeczy, które raczej mnie denerwują – poza kontrolkami – to animacje. Chciałbym je móc wyłączyć. Według mnie to nie są one cool i bez nich, może niektórzy ze słabszym sprzętem mogliby sobie pograć. Ja rozumiem, że “jemy oczami”, ale prosta opcja (prosta z perspektywy gracza) byłaby mile widziana.

Czasem żałuję, że czuję takie poczucie obowiązku zagrania na Arenie. Przez to Dragon Quest XI mimo, że coraz bliżej końca, to nadal niezbyt szybko posuwa się ku niemu. Dobrze chociaż, że po 4 zwycięstwach dziennie, dalsze nagrody są nijakie, bo jeszcze kompletnie bym wsiąknął w cyfrową karciankę.

A mówiłem kiedyś że karcianka na monitorze to nie karcianka. Głupi ja.

Tyle roboty, a tak mało czasu

Nie lubię stwierdzenia nie mam czasu. Ale to inna bajka, a takie życiowe (a może powinienem napisać dupne) wpisy to nie dla mnie. Niemniej jednak ostatnio nie mogę się odnaleźć i z tego powodu taka pustka na blogu.

Granie w Dragon Quest XI umila mi dni. To nie tak, że nie mogę odejść od konsoli i zrobić coś innego. To gra typu pogram godzinkę, dwie. Kończę zabawę, ale za pół godziny mam znowu chęć odpalić i dalej biegać i tłuc slimy. Do tego, w końcu po ponad 20 godzinach, do drużyny dołączyła Jade tak więc, czuję się spełniony i bardzo uradowany.

Od czasu, do czasu próbuję swoich sił na Arenie, tej medżikowej. Za parę dni i tak wszystko zostanie wyzerowane, ale po prostu mnie ciągnie do tej gry. Zawsze będę mówił, że mechanicznie jest świetna, gorzej z jej stroną finansową. I jak Arena jest free to play, to zawsze ten kto wyda trochę pieniędzy, będzie trochę do przodu. Czasem dziwię się sobie, że nadal się w to bawię. Myślę, że częściej klnę i się wkurzam. Raz na program, bo ile to razy można losować rękę bez lądów. Czasem na samą grę, bo gdy gram przeciwko kontrolkomfogomlifegainom powinienem rachunek za prąd wystawiać przeciwnikom, którzy tylko przedłużają grę – tak jest, takie to talie, ale tak jakoś bardzo to drażniące, choć uczę się poddawać za wczasu.

Do tego figurki się same nie pomalują a zasady Infinity same nie przyswoją. Choć na tym drugim aż tak bardzo mi nie zależy, to samo malowanie zostawiam sobie na długie zimowe wieczory. Tak przynajmniej mówię, ale myślę że to po prostu kwestia czasu gdy mi się zachce tym wszystkim bawić. Wymagam od siebie cudów, ale biorę poprawkę na umiejętności i w sumie i tak nie wychodzi na to co bym chciał.

Myślę, że trochę się wkopałem deklarując się, że poprowadzę Ravnicę w DnD. Jakoś nadal nie rozumiem co takiego fajnego w tym świecie, a co gorsza próbuję sobie wyobrazić co w Guildmasters’ Guide to Ravnica będzie, co pomoże mi zapanować nad chaosem sesji i jak dużo będę musiał nagiąć by całość spasowała do mojego wyobrażenia sesji Lochów i Smoków. Choć w 2018 roku coraz częściej mam chęci zrobić jakąś sesję – sprawić by inni się bawili i mam nadzieję, że często tak jest. Myślę, nad prowadzeniem nieoficjalnego programu Adventurers League. Stwierdziłem, że Wizards of the Coast i tak każą wszystko kupować tym, który chcą działać oficjalnie, więc jedyne co tracę ja i potencjalni gracze to ligowe punkty doświadczenia – choć nie żebym wiedział jak one działają.

Jest jedna kwestia, która mnie bardzo boli i jakoś się do niej przełamać nie mogę. Chcę, ale jakoś nie mogę zasiąść i się przemóc, by odkurzyć Muzykę Grową. Jakby tylko połowa tych chęci przerodziła się w działanie to już by coś tam było.

No to wracam do zabawy w Erderere… a sam nie wiem jak ten świat się nazywa.

NMW #4: MtG Arena

Od czasu gdy o Magic the Gathering Arena można oficjalnie mówić, gdyż klauzura poufności została zniesiona, nie mam zbyt wielu powodów by mówić o nie dobrze. Moja bardzo, bardzo subiektywna opinia o tej odmianie jednej z najlepszych karcianek nie będzie pozytywna, głównie z jednego powodu.

I owszem jestem uprzedzony. Bo gra karciana na ekranie to nie gra karciana. I choć taka zabawa ma swoje zalety, to zdania nie zmienię. Ale to także nie powód dla którego Arenie wystawiłbym niską ocenę. Do tego zdaję sobie sprawę że to na razie beta i że finalny produkt może kompletnie odbiegać od tego co teraz (nie) widzę – i taką mam też nadzieję.

Wszystko rozchodzi się o to, że po ostatniej dużej aktualizacji nie jestem w stanie grać. Po jednym, dwóch a nawet raz jeszcze przed rozpoczęciem jakiegokolwiek meczu, gra się mi po prostu wiesza. Raz zdarzyło mi się zagrać ich kilka. Siadła przy (zbędnej) animacji jakiegoś czaru.

I pewno bym machnął na to ręką, ale dwie poprzednie wersje chodziły tak sobie, ale 90% pojedynków doprowadzałem do końca – niezależnie od rezultatu. Administrator MTGoldfish zachwalał te całe błyski, animacje. Mówił, że jest to fajne i miał trochę racji. Trochę, bo źle to nie wygląda, choć uważam, że nudzi się po kilku godzinach i przestajemy zwracać na to uwagę (jak an cycki w Dead or Alive).

Chciałbym taką opcję, która pozwoliłaby wyłączyć te animacje. Zostawiła proste strzałki/linie wskazujące cele, areny byłyby płaskie, a karty bez przedłużania lądowały na stole. Oczywiście winne tego są dwie rzeczy. Jedna to, że dla mnie komputer nie służy do grania. Próbuję Arenę na laptopie, który ma udawaną kartę graficzną i surfując po necie znalazłem informacje, że to nie tylko mój problem.

Druga to deweloperzy. Może im nie zależeć by mogło w grę zagrać jak najwięcej ludzi i nie chce im się bawić w optymalizację. Rozumiem, ja też bywam leniwy. Mogą tłumaczyć, że to beta i później będzie lepiej, a może po prostu zawarli pakt z producentami sprzętu. Choć ja raczej nie kupię nowego laptopa tylko po to by bawić się Areną.

Jest w Arenie kilka pozytywnych rzeczy, takich malutkich, że raczej nie mam zamiaru się nad nimi w tej chwili rozwodzić. I pewno, jeżeli uda się komuś, kiedyś sprawić by Magic the Gathering Arena przyzwoicie działała na słabszym sprzęcie to wrócę do zabawy. Z przyjemnościom spróbuję drafta, może pogram ze znajomymi a nuż się wciągnę, lub doczekam się jakiegoś Brawla.

Czas pokaże…

NMW #3: Finanse

Gdy Magowie z wybrzeża drukują nowy dodatek do Magic the Gathering czy to common, czy mythic rare kawałek kartonu kosztuje tyle samo. Do tego dochodzi kawałek folii, transport i inne pieniądze, które zarobić muszą pośrednicy. Koszt paczki 15 kart (14 + lądu + wypełniacze) to kilka dolarów, czy też na polskie 10-12 zł.

Tak więc robiąc bardzo proste i szybkie przeliczenie wychodzi, że pojedyncza karta kosztować powinna 70 – 85 gr. Proste. Oczywiście nie mamy gwarancji, że otwierając booster dostaniemy to o czym sobie marzymy. Zwykle jest tak, że nie dostajemy tego czego chcemy i idealnie byłoby móc się z kimś wymienić.

Karta za kartę. 80 gr za 80 gr. Kawałek papieru, za kawałek papieru. Tylko niestety zbyt idealnie to brzmi.

Gdy chodzi o rynek wtórny zaczyna się zabawa w prawdopodobieństwo. Nie zagłębiam się w działania matematyczne, bo nawet nie wiem gdzie zacząć. Ktoś prosto wyliczy że w danym dodatku jest tyle kart takiego typu – skupmy się na Rkach, bo prościej – i jest taka szansa, że otwierając paczkę otrzymamy tą kartę.

Załóżmy, że mamy 60 kart rzadkich w dodatku a taka jedna znajduje się w paczce (plus oczywiście pewna szansa na to że będą dwie, ze względu na pojawiające się foile, ale nie ma co komplikować sprawy). Do tego jedna na 8 to karta mityczna. Załóżmy że jest ich 15. Tak więc przy otwieraniu paczki mamy szansę 1 na 75, że będzie dokładnie karta rare którą chcemy*. Wypada więc otworzyć 75 boosterów. Czyli wydamy na nie 750 zł, a gdyby wziąć pod uwagę że pojedynczy kawałek kartonu to 80 gr, wychodzi że karta rare kosztować powinna 60 zł.

No i jeżeli ja mam kartę rzadką za 60 zł, tylko jakoś jej nie potrzebuję bo mi do talii nie pasuje, to może wymienię ją na inną kartę rare z kimś kto ma podobny dylemat. 60 zł za 60 zł, rare za rare. Byłoby miło, ale to nie wszystko.

Kilka lat temu, ktoś powiedział, że około 10% kart z dodatku to te sensowne, które nadają się do grania turniejów constructed. Nie chcę tego oceniać, ale często tak się kończy, że wiele kart to raczej ciekawostki, które bardzo sporadycznie po latach błyszczą. Karty, które wsadzone do talii nic nie zrobią. Zwykle potrzebne są tylko przy okazji turniejów limited, a czasem i zdarzają się takie, których nikt nie chce – mogliby im chociaż jakieś ładne grafiki dawać. Tak więc można by próbować założyć, że pośród 250 kart które średnio przypada na dodatek, to 25 to takie które są przydatne do grania i one głównie mają jakąś wartość dla ludzi. Tak więc cena całej reszty kart spada w dół, a tych 25 leci do góry.

I stąd Rka kosztująca 2 – 5 zł, lub taka która kosztuje więcej niż 60 – choć to rzadkość. Dobry common czy uncommon trochę nadrabia wartość paczki (boostera) a istnienie jakiegoś świetnego mythica dobija finansowo niedzielnych graczy.

Gdy zaczynałem grać, był taki czas, że by złożyć talię, która będzie się miało szanse coś wygrać należało się zaopatrzyć w jakieś 2,5 – 3 tysiące złotych. Królował Jace the Mind Sculptor, który do dnia dzisiejszego, mimo kilku dodruków potrafi kosztować kilkaset złotych. Później bywało różnie, lecz wszelkie turnieje dla profesjonalistów, gdzie “wybitni gracze” tworzyli najlepsze możliwe talie sprawiły, że ceny kart szybowały w górę. Większość graczy, starało się kupić karty do jednej z topowych talii, a że popyt i podaż coś działają na siebie ceny szły nadal w górę.

Teraz, po kilku banach w standardzie i braku Pro Toura w tym formacie sprawa wygląda ciut inaczej. Jest więcej różnych talii. Ludzie nie są pewni co tak naprawdę jest najlepsze, choć dobre karty zawsze będą w cenie.

Do tego na ostatnim prereleasie, dane było mi zagrać z gościem, który gra w MtG od czasów gdy jeszcze nie było tak powszechnego dostępu do internetu. Powiedział że wtedy było lepiej, inaczej. Ceny były inne i gdy chciało się kupić kartę nikt nie siadał do komórki by sprawdzić cenę, tylko sam ją ustalał – tego mi mówić nie musiał, bo to logiczne. Myślę, że były to lepsze czasy. Ludzie sami tworzyli bo nie mogli znaleźć decklisty w necie. Ludzie sami ustalali co dla nich jest ile warte.

Właśnie w MtG dziś najbardziej denerwuje mnie ten brak samodzielności. Jasne sam czasem kopiuję pomysły – nie ukrywam, że dzięki nim zwykle lepiej mi idzie. Brakuje mi turniejów dla ludzi, którzy chcą się bawić a nie zarabiać. Takich gdzie siadasz, patrzysz na karty przeciwnika na stole i nie masz zielonego pojęcia co cię czeka. Brakuje mi decków składanych “z tego co mam”. Mam takie wrażenie, że boostery otwierają dziś tylko handlarze singlami i mało kto wie jaka to fajna zabawa i ile w tym radochy.

Marzy mi się taki prerelease, gdzie Wizards of the Coast dadzą paczki w których nikt z grających nie będzie wiedział co jest. Bez tego budowania hype’a przed premierą.

Ale szans na to nie widzę.

* tak sądzę, że to bardziej skomplikowane, ale jakoś nie chce mi się cofać do czasów szkolnych by stwierdzić dokładnie jak to jest

Czekając na Monster Huntera

Dziś, może jutro. Kto to wie kiedy dojdzie. Ostatnio coraz bardziej zawodzę się na wszelkich spedytorach. Może powoli budzą się w nowym roku, a może tak bardzo zeszli z ceny, że teraz się odkopać z ilościami nie mogą. Jak na razie to tylko kurierzy z krwi i kości są jeszcze oki.

Czekając na Monster Huntera, odłożyłem Zeldę. Gdzieś mnie zmęczyła. Wiele tam wspaniałych rzeczy, świetnie się gra(ło) i myślę, że wrócę, ale z różnymi rzeczami myślałem a później to się kończyło jak zwykle. Nie przekreślam Breath of the Wild bo to naprawdę świetna gra. Podejrzewam, że powinienem był skupić się bardziej na misjach fabularnych i dążyć do końca. Może jest później jakaś możliwość cofnięcia się do ostatniego save’a, lub grania w świecie bez Ganona.

Po drodze rzuciłem też DoAXVV. Przestało dla mnie mieć to sens. Po tym jak wyrzuciłem 12500 VC na Hitomiową gatczę i nie dostałem nic wartego uwagi, stwierdziłem że podziękuję. Dla mnie te kilka miesięcy to czas gdy taka jakby przeglądarkowa gra free to play kończy żywot. Może gdyby ktoś wymyślił trochę inny system zdobywania ciuchów, który nagradzałby po prostu granie, dalej bym codziennie siadał na chwilę albo dwie.

Gdzieś tam jeszcze próbuję bawić się betą MTGAreny. Jak już tym rzucę to może coś więcej napiszę – a jestem niedaleki od przejścia w tryb spoczynku. Magic to świetna gra, dobrze przeniesiona na komputer broni się tym czy wersja papierowa. Choć mam wrażenie, że w wersji papierowej mam mniej szczęścia niż w tej cyfrowej.

Teraz czeka mnie jeszcze wymyślenie jakiejś sesji, nauka jakiegoś dziwnego systemu, oraz dowiedzenie się o co chodzi w Infinity. Boję się tylko, że Monster Hunter zepsuje wszystkie plany.

Ale to może dobrze…

NMW #2: RIX Prerelease

Jestem zadowolony. Zresztą zwykle dobrze się bawię podczas prereleasu. Czasem lepiej a czasem lepsiej. Ponieważ prerelease Rivals of Ixalan był dla mnie w pewnym sensie przełomowym, postanowiłem napisać o nim 5, czy 10 zdań.

Pierwszy raz odkąd biorę udział w turniejach przedpremierowych zdarzyło mi się wygrać więcej gier, niż ich przegrać. Na cztery gry, przegrałem tylko jedną, a przy tej przegranej miałem tak sympatycznego przeciwnika, że byłem bardziej zadowolony z gry, niż czasem gdy wygrywam.

Dodatkowo pewnym sukcesem jest to, że po otwarciu paczek dość standardowo miałem wielki dylemat co ja mam z tych kart złożyć – co niestety, ostatnio zdarza się coraz. Brak tzw. bomb, dużych stworów chyba coraz mniej drukują (w moich boosterach, bo Ixalanowe dinozaury potrafią gryźć (w sensie mają dużego powera)) i chyba tylko na brak removalu nie mogę narzekać.

Z czasem okazało się, że RIX jak jego prekursor może wygrywać szybko, małymi stworami z dziwnymi umiejętnościami. I tak Goblin Pirat, wyglądający jak małpa, był dla mnie taką commonowa bombą. Oczywiście sam wszystkich gier nie wygrał, ale był dość kluczowym elementem podczas każdej z nich. Do tego dziewczyna szamana, która przyzywa kolegów gdy atakuje. Niby chucherko, ale potrafi zrobić zamieszanie gdy wpada na stół w odpowiednim momencie.

Co tu dużo gdybać. Magicowy rok dobrze się dla mnie zaczął. Nic to nie znaczy, co najwyżej cieszy.

Ogarnąć ten bałagan

Jakiś czas temu siadłem do pisania skryptu do katalogowania kart. Choć wiadomo, skrypt skryptem ale karty same się nie posprzątają. Od czasu gdy robi się ich z roku na rok coraz więcej, coraz bardziej oddalam się od porządku.

Zaczyna mi się wydawać (słowo klucz), że wiem gdzie co mam. Gorzej, że czasem mam wrażenie, iż niektóre karty gdzieś mieć powinienem ale znaleźć nie mogę. Idealnym wyjściem byłoby porzucić to durne hobby. Pozbyć się tego wszystkiego i cieszyć się błogim życiem gracza limited. Albo człowieka uwolnionego od nałogu.

Nawet swego czasu miałem taki pomysł by jadąc na prerelease od razu po nim sprzedać całą paczkę. Nie chodzi o to by się zwróciło, tylko by się kart pozbyć. Mieć na Katowickiego Kebaba i powrót do domu. Szczwany plan ale od czasu do czasu mam ochotę na partyjkę EDH, czy standard w klubowym gronie – a czasem nawet poza nim.

Więc przyszedł kiedyś do głowy plan B. Zrobić sobie ładną bazę, katalog, by móc utrzymać wszystko w ładzie. I mieć na tyle siły by wprowadzać wszystkie zmiany do niej.

I gdy powstaje, daje rezultaty to cieszy. Ale patrząc ile klepania kodu przede mną i jak bardzo nie mogę trafić w idealny wygląd zatrzymuję się w tworzeniu. Wypadałoby olać wygląd. Zająć się nim później, ale umiejętności nie pozwalają mi na odpowiednie dobranie sensownych znaczników by wszystko z czasem dało się ładnie style opisać.

Do tego, to chyba drugie podejście do katalogu kart. Tym razem już coś się udało zrobić. Skrypt jest w miarę przejrzysty, dużo komentarzy i może nawet po przerwie uda się zacząć bawić nim dalej.

Marzy mi się także wykorzystanie programowania obiektowego. Z jednej strony w kółko przywołuję te same funkcje, więc stworzenie klasy i jej wywoływanie byłoby idealne. Z drugiej jakoś nie potrafię się zabrać za zrozumienie o co w tym OOP chodzi. Niby wiem, ale jakoś taka czarna magia to dla mnie.

Sam nie wiem co uda mi się wcześniej. Posortować sensownie karty – cokolwiek sensownie znaczy – czy zrobić stworzyć w miarę działający skrypt. A i tak najgorsze jest to, że przy braku dostępu do internetu, baza działać nie będzie.

Może lepiej zacząć uczyć się jakiegoś C+-.