NES na Switchu

Gdy byłem dzieckiem, takim krągłym, niezbyt mądrym (i tak do dziś mi zostało), posiadałem podróbkę NESa. Pięknego cudownego Pegasusa a wraz z nim cardridge’a 168 in 1. Oczywiście, gier było tam jakieś 30, a cała reszta to pewne wariacje na ich temat.

Niemniej jednak, po latach dostaję znowu możliwość zagrania w klasyki mojego dzieciństwa w sposób prosty i przyjemny. Prosty, bo jakbym się potrudził to bym jakoś tego pegasusa gdzieś tam uruchomił. Przyjemny, bo jakoś nigdy nie przepadałem za zabawą w emulację konsoli na PC.

Pewno byłbym w siódmym niebie gdyby w NSOwym zestawie znalazła się Contra, czy Tank, ale nie wszystko na raz. Na razie mogę pokląć na Ice Climbera, czy spróbować Super Mario Bros 3, w którego nigdy nie było mi dane zagrać.

Takie idealne gry na 15-20 minut, które czasem wciągają. Czekam na ten moment, gdy będzie mi się chciało w którąś dłużej pograć, która wciągnie mnie na więcej. Ale na to nie liczę, bo dobre wspomnienia z lat dzieciństwa szybko obnażane są przez toporność sterowania.

Kiedyś grało się w takie gry, bo każda z nich była tak samo toporna. Człowiek nie miał w czym przebierać i siedział przy tym co aktualnie było nowe, jeszcze nie odkryte. Miał więcej cierpliwości, może lepszą pamięć i refleks.

Na razie jest tam jedna gra, w którą mam ochotę pograć coś więcej  – River City Ransom – ale nie wiem czy nie lepiej poczekać na kolekcję Nekketsu.