O regularnym pisaniu z wyprzedzeniem

Na początku roku postanowiłem, że posty będą pojawiać się cyklicznie – co drugi czwartek. Oczywiście mając sklerozę, zapomniałem że plan zakładał 26 wpisów w tym roku i na początku się rozpędziłem. Wszystko to sprawiło, że zacząłem pisać na zapas. Z perspektywy czasu nie wydaje mi się to być najlepszym pomysłem.

A pomysł był prosty, publikować “harmonogramem” (opcją taką). Pojawił się on dlatego, że mam takie okresy, że jakoś pisanie mi nie idzie. Tak więc postanowiłem, że gdy akurat mam dzień bardziej płodny, z większą ilością chęci i pomysłów, będę tworzył kilka wpisów, lub chociaż trochę bardziej rozbudowane szkice.

I gdy tak leżą i dojrzewają, czasem myślę że już przekwitły. Ja zapominałem o czym chciałem tak naprawdę napisać, czy też raczej dochodziłem do wniosku, że wypadałoby je rozbudować przez co często miałem ochotę napisać je od zera. Lecz gdy myślę o długim, rozbudowanym poście myślę też o tych wszystkich potencjalnych czytelnikach, którym czytanie z ekranu nudzi się po kilku minutach. Którzy chcieliby szybko przeczytać jakieś trzy, cztery zwięzłe akapity na konkretny temat i bez owijania w bawełnę.

Myślę, że to także problem nieokreślonej natury tego bloga. Piszę o wszystkim i nie skupiam się na niczym. Choć w sumie tak wygląda mój dzień, a to blog osobisty – taki nie o życiu (bo bym musiał pisać o tym że mnie dupa cały czas boli), tylko o tym co chcę pisać bez konkretnego powodu. Siadam, nie planuję, tylko robię to na co mam ochotę. Czasem nic nie robię – bo lenistwo, kompletny odpoczynek czasem także jest potrzebny.

Chciałbym znaleźć jakiś złoty środek (początek i koniec też) przy tworzeniu wpisów i czerpać jeszcze więcej radości i przyjemności z pisania o niczym – może wtedy bym wybuchnął przez ilość endorfin. Jest trochę szkiców czekających na publikację, a może po drodze coś jeszcze się wykluje…

time and relative dimension in space

Całkiem niedawno miałem ambitne plany. Zwykle je mam i spalają na panewce. Te miały dotyczyć tego bloga. I jak z każdymi planami, które robię tak i tutaj dałem sobie na wstrzymanie. Chciałem coś zmienić. Nawet poczyniłem pewne – techniczne – kroki w tą stronę. Trochę się nakombinowałem i w sumie dobrze, że się nie zapędziłem.

Od dawna mówię, że bloga piszę dla siebie. Piszę jak mnie palce swędzą i piszę gdy mam chęci. (Według tej teorii nawet próba bycia regularnym jest głupia). Myślę, że pewne rzeczy mogę zrobić inaczej i jak się uda wejść w pewien schemat, obrać jakiś rytm wtedy będę mógł zasiąść do czynienia zmian.

Gdy człowiek czasem zacznie myśleć. Zrobi sobie odskocznię od pewnych spraw i zajmie się innym hobby, któremu poświęca mniej czasu z różnych przyczyn, zaczynają pojawiać się dziwne pomysły. Człowiek myśli, kombinuje. Zaświeca mu się żarówka nad głową – jak w Zaczarowanym Ołówku (a może to była inna bajka). A im więcej myśli, dochodzi do wniosku, że brak mu czasu* na wiele rzeczy już teraz, więc po co sobie coś dodatkowego dokładać.

Dopóki nie uda mi się posiąść TARDIS daje sobie na wstrzymanie.

*nienawidzę tego stwierdzenia, bo każdy ma 24 godziny i tyle; a że ja nie umiem ich zaplanować to mój problem…

Ponarzekam, bo mogę… #2

Dawno temu przeczytałem, że przy prowadzeniu bloga nie jest istotna ilość wpisów, ale systematyczność ich publikowania.

I jakbym o tym nie myślał to zawsze się z tym zgadzam. Dlatego zrobiłem sobie takie właśnie postanowienie w tym roku. W każdy czwartek wpis. By mój jedyny czytelnik wiedział kiedy przyjść, pośmiać się (albo załamać) i wyjść.

I mimo, że nadal chciałbym takie planu się trzymać to widzę w nim pewne… wady. Choćby ten wpis. Piszę go z myślą jutro czwartek wypadałoby coś opublikować.

Pomysł wydawał się realny gdy jeszcze z końcem 2019 napisałem sobie kilka pomysłów na wpisy. Pomysł, pomysłem ale czasem ciężko ubrać w słowa. Czasem człowiek siada i nic się nie klei.

To ostatnie pamiętam jeszcze z czasów gdy próbowałem prowadzić bloga o muzyce z gier. I choć czasem nadal bym chciał to bywało tak, że siadałem do pisania i jakoś nic sensownego się nie pojawiało – wedle moich standardów oczywiście, bo nawet to co tam się pojawiło może być kiepskie według innych.

Osobisty blog pozwala na większą dowolność. Piszę o byle czym. Byle jak. Ale nadal czasem siadam i to co napisałem stwierdzam, że jest bez sensu. Nie celuję w wysoki poziom, ale poniżej kryjówki Żołwi Ninja schodzić nie chcę.

Kałabanga!

Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt. Czas. Czas i sposób w jaki chcę go przeznaczyć. I choć czasem mam ochotę coś napisać, to jednak nie wiem czy tygodniowy cykl ma sens.

Ten wpis to właśnie przykład tego, że muszę to przemyśleć.

Czwartkowy zapychacz.

#100

Czasem siadam przed edytorem wordpressowym i próbuję coś pisać. Nigdy to nie jest dobre, ale często jest tak, że nie piszę dalej. Czasem zostaje szkic i sobie leży. Nie raz go przypadkiem usuwam i w sumie nie żebym tego żałował, bo bywa tak, że lepiej zacząć od nowa.

I pewno nie powinienem robić 100 wpisu mówiącego o tym jaki on szczególny i specjalny jest, bo jest setnym a z drugiej strony czemu nie. Mój blog widział wiele bzdur i mimo, że czasem myślę, iż fajnie byłoby pisać z sensem i na temat to zastanawiam się – po cholerę.

Setny wpis będzie tym kolejnym do którego siadam by po prostu pomęczyć klawiaturę, palce i oczy. By wstawić sobie Hitomi w obrazek wyróżniający. By ten jeden jedyny czytelnik stracił trochę czasu.

Żadnych podsumowań. Żadnych postanowień. Bo zwyczajnie mi się nie chce. Zbyt długo już miewam ochotę by wprowadzać zmiany. Zbyt wiele razy próbowałem startować od nowa i sprawić by chęci przemieniły się w coś realnego. Żaden kołcz nie musi mówić mi, że czekając na cud niczego się nie doczekamy. Będzie co ma być i tyle.

Pozdrawiam mojego jedynego czytelnika i mam nadzieję, że go kiedyś czymś zaskoczę.

Owijając w bawełnę #2

Czas. Precyzyjny pomiar sprawia, że minuta to minuta, ale czasem się dłuży, czasem leci zbyt szybko. Raz chcemy by coś już się skończyło, innym chcielibyśmy by trwało wiecznie.

Jakoś tak niektórzy uparli się, by ich twór trwał co najmniej 2 godziny. Dziś często trwa więcej. 150-180 minut staje się normą. I gdy tak podziwiasz te dwie godziny lub więcej, zwykle się nudzisz, chłoniesz po kawałku.

A gdy już wchłoniesz to masz to uczucie, że mogło być krócej. Że nigdy nie byłeś reżyserem/montażystą/scenarzystą, ale znalazłbyś sposoby by uciąć kilkanaście minut. Czasem nawet ciachnąłbyś połowę. Myślisz, wtedy byłoby super.

Chwytasz się kolejnego dzieła. Oglądasz. Znowu przerywasz w połowie i mówisz, że wrócisz dnia kolejnego. Historia prosta, powtarza się do chwili gdy trafisz na takie dwie godziny gdzie mimo dłużyzn i monotonii siedzisz z przyjemnością i stwierdzasz, że było warto. Ba nawet spędziłbyś kolejne dwie godziny.

Ale takie rzeczy zdarzają się rzadko.

Owijając w bawełnę #1

Mam taki nałóg. Skośnooki, niski i zwykle płaski. Czasem owinięty w bawełnę, czasem bez niej. Niestety jak każdy nałóg i ten kosztuje. A jak przystało na skośne rzeczy, te są drogie.

No i tak później wszystko sprowadza się do myślenia, które nigdy nie daje dobrego rezultatu. Czy mi to potrzebne, czy aby warto aż tyle zapłacić.

Zwykle uważam, że za dobre rzeczy warto płacić, czasem nawet niemałe pieniądze. Do tego, wolę płacić tam gdzie należy a nie myśleć, że wspieram kapitana z opaską na oku i jego załogę.

Do tego dochodzi lenistwo. Jasne, że pewnych rzeczy nie potrzebuję 24 godziny na dobę, ale czasem jak mam ochotę rzucić okiem, skorzystać to wolę zrobić to szybko, bez problemów, nerwów i tracąc czas.

Tylko gdy ma człowiek tak wiele potrzeb, często odwrotnie proporcjonalnie do zasobów, zaczyna myśleć, wartościować i tak mijają mu całe dnie.

I nigdy do sensownych wniosków nie dochodzi.