Oj moje pieniądze #2

A ja czekam i czekam i czekam… jak śpiewał kiedyś Grzegorz Turnau. I coś czuję, że się nie doczekam. Doczekałem się Mili. Gdzieś tam są plotki o Kokoro. Coraz bardziej się cieszę, że Dead or Alive 6 jest w produkcji, ale coraz bardziej martwi mnie brak ogłoszenia o jakieś wersji wypasionej.

Chyba będę musiał rzucić się na Japońską edycję kolekcjonerską, dla ludzi mniej zamożnych. Bo nie interesują mnie ręczniki, jakieś plakaty i poszewki. Chcę grę, na nośniku fizycznym i nie pogardziłbym ścieżką dźwiękową. Do tego nie chciałbym by ominęły mnie ciuszki, postacie i inne rzeczy, które będą w grze.

Problem tylko w tym, że Koei Tecmo nie kwapi się by ogłosić, że w europie dadzą ludziom wydać ciężko zarobione pieniądze na kilka kawałków plastiku i papieru. Natomiast istnieje coś takiego jak cyfrowa wersja deluxe. A ta ma dokładnie to, co mają dostać Japończycy w formie kodu w pudełku.

Chciałbym nie musieć wydać kasy 5 razy. Chciałbym dać im zarobić, ale nie dać się oskubać. Ale wydaje mi się, że mój zdrowy rozsądek, przegra z fanboismem.

Things are looking up

Zobaczyłem napisy końcowe Dragon Questa XI i ciut się popłakałem. Nie wiem czy wzruszam się bo kończę grę, czy tak mocno zżyłem się z postaciami.

Główną linią fabularną czasem czułem się zmęczony. Były takie chwile, że nie czułem potrzeby iść do przodu. W sumie to nawet nie wiedziałem gdzie, po co i czy w ogóle jest po co iść dalej. Ot takie skakanie od miasta do miasta, gdzie przez pomaganie mieszkańcom albo dowiadujemy się jak pokonać Mordegona, albo zdobywamy coś co potrzebne jest nam w jego pokonaniu.

Całą dobrą robotę odwalają tutaj napotkane postacie. Czy to te które do nas dołączają, czy te które spotykamy w miastach. Nie mam pamięci do imion, więc nie mam zamiaru tutaj ich przywoływać. Raz się można uśmiać do rozpuku a innym razem wzruszyć.

I pewno o te wszystkie wspomnienia chodzi na sam koniec, gdy po wygranej walce ze złem nasi współtowarzysze wracają do domu, człowiek wspomina i mu się łezka w oku kręci. Yuji Hori po tylu latach pewno wie, że nie trzeba się wysilać i tworzyć skomplikowane historie by ludzie dobrze się bawili, cieszyli grą i dobrze ją z czasem wspominali.

Do tego Dragon Quest XI ma jedna cudowną zaletę – humor. Jest go tutaj na pęczki. Czy to wygląd, animacja i nazwy przeciwników. Naprawdę podziwiam kreatywność twórców i tłumaczy.

Czy też specyficzne dla danych regionów sposoby wypowiadania się np. w Hotto, mieście gorących źródeł, wszyscy mówią jakby używali do tego haiku, choć nie da się ukryć, gdzieś to ucieka w angielskim tłumaczeniu. Zresztą sama nazwa Hotto pochodzi (prawdopodobnie) od japońskie sposobu zapisania angielskiego Hot – ホット.

Znajdziemy także proste gagi, jak ten poniżej (tak jest, spoilery!).

Nie ukrywam, że nie wyobrażam sobie jak wygląda ta gra, jeżeli postacie nie mówią – ich wypowiedzi nie są udźwiękowione – a tak jest w japońskiej wersji. Dużo by mi teraz brakowało, bo mimo że angielskie głosy może nie są najlepsze, to w 2018 roku przy tak wyglądającej grze aż trudno sobie to wyobrazić – w szczególności jak już grało się z głosami.

Rozumiem, że dla Japończyków Dragon Quest to nie tylko gra. To pewien kult i historia. Pewnych rzeczy po prostu się nie powinno zmienia, tylko akceptuje. I to szanuję, tak samo jak szanuję fanfary, które brzmią w niektórych momentach i których przerzucić nie możemy. Rzecz, tak staroświecka i jakoś tak upierdliwa.

Cieszy mnie jeszcze jedna rzecz. Pewno jak ktoś to przeczyta to dostanę po łbie od SJW, ale co tam. Mowa tutaj o Puff-Puff i Jade. Tego pierwszego nie będę tłumaczył grunt, że jest. A Jade… no po prostu świetna, cudowna i aż miło się szuka tych wdzianek dla niej (raz tyle czasu spędziłem w kasynie, tylko po to by przebrać ją za króliczka). Po to gram w gry, by sobie popatrzeć na ładne babki i nikt tego nie zmieni.

Dragon Quest XI po skończeniu, daje nam możliwość dalszego przeżywania losów bohaterów, tak więc jeszcze nie wszystko skończone. I dobrze, bo po 82 godzinach gry, nie powiedziałbym że czuję znudzony.

No może troszeczkę. Ale wiadomo.

Jade.

System seler…

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie myśl by swą konsolową kolekcję wzbogacić o Nintendo Switch. I jak na początku myśl ta pojawiała się głównie ze względu na świetne opinie o nowej Zeldzie, to teraz pojawiła się (w końcu) kolejna karta przetargowa – Mario Kart 8 Deluxe. Myśl myślą, a rzeczywistość nie jest taka piękna.

Po pierwsze, to jedna gra (no, powiedzmy że dwie). I jak dobrze kiedyś w Mario Kart 64 i jego klony mi się nie grywało, to dziś waham się nad wydaniem 1500 zł. Na swój sposób MK8 to dla mnie taki w połowie system seller. Z jednej strony czuję, że spędziłbym przy nim wiele godzin, że byłaby z tego tona zabawy z drugiej nie ciągnie mnie do niego aż tak, bym już szukał w sklepach Switcha.

Po drugie, mam w co grać. Playstation 4 przeżywa rozkwit. I mimo że Nier skończony, Nioh się splatynił, to każda z tych gier dostaje jakieś dodatki. I jak Nierowy wcale nie musi być tak długi, to ten Niohowy już tak. Do tego świeżo zacząłem Dragon Quest Heroes II, w okresie wakacyjnym pojawią się Final Fantasy XII The Zodiac Age oraz Valkyria Revolution, nie mówiąc już o tym że kusi mnie Persona 5 i Yakuza 0 a to gry nie krótkie a czas z gumy nie jest.

Po trzecie Nintendo 3DS (a teraz już nowa wersja 2DSa). Choć ten nie ma tony gier które do mnie przemawiają to czuję, że i tam bym znalazł coś dla siebie. Może w końcu bym sprawdził fenomen Fire Emblem, lub sprawdził Bravely Default i nabył Dragon Quest VII. W przypadku tego handhelda system sellera brak, ale cena o połowę mniejsza. No i problem ten sam jak ze Switchem. Mam inne przenośne zabawki i gry na nie, których nawet nie włączyłem.

Playstation Portable i Nintendo DS kupiłem dla jednej gry. Playstation 4 kupiłem dla remake’u Dead or Alive 5 ale z perspektywą ciekawych gier w przyszłości. I mimo, że mam jakiś sentyment do Ninny to jakoś nie mogę się przekonać do ich nowych zabawek.

 

Noctis i spółka

Po jakiś 80 godzinach ukończyłem Final Fantasy XV. Kolejne 20 (plus/minus), spędziłem wykonując zadania poboczne. To co zostało, co nie wymagało zbyt wiele kombinowania, czy posiłkowania się internetem – by nie zacząć rzucać padem. Nie zrobiłem jeszcze wszystkiego. Zostawiłem sobie na przyszłość.

Po tych 100 godzinach grania, wiem że kupienie FFXV to dobra inwestycja. Nie narzekałbym na fabułę, która do ambitnych nie należy ale chyba taki znak czasów. Nie zachwalałbym (nazbyt) postaci. Noctis, Prompto, Ignis i Gladolius (pewno gdzieś błąd zrobiłem) są fajni, dobrze dobrani, zgrani, ciekawie stworzeni i pewno każdy chciałby mieć takich przyjaciół. A gdybym miał oceniać cyferkowo byłbym gdzieś pomiędzy polskimi a zagranicznymi serwisami, takie mocne 8/10.

Piętnasty Final Fantasy ma to do siebie, że wciąga. Gdy zaczynamy zabawę czasem myślimy “a to jeszcze jedno polowanie, jeszcze skończę to zadanie”. Chce się zwiedzać, odwiedzać i szukać. To pierwszy Final, który przestaje korzystać z systemu turowego (nieważne czy klasycznego, ATB, czy czegoś bardziej udającego turowy jak w FFXII). Aktywna walka daje sporo przyjemności. Dla mnie wzmacnia uczucie samego grania – aktywnego uczestniczenia w zabawie. Jest efektowna, choć czasem chaos na polu bitwy i praca kamery sprawią, że człowiek rzuci kilkoma przekleństwami.

Do tego fajny świat, klasyczne nawiązania do serii (przeciwnicy, kuraki, Wegde i Biggs). Świetne projekty, czasem frustrujące lochy. Trochę może zawodzi magia, oraz summony. Te mają fajne animacje, efekty, ale używania ich jest dość problematyczne i niekoniecznie zawsze daje najlepszy efekt. Choć prawda jest taka, że każda kolejna gra z serii Final Fantasy proponowało coś nowego w mechanice. Tłumaczyła to fabularnie i tutaj jest tak samo. Nie zawsze wszystko się sprawdzało.

Na koniec jeszcze jeden minus oraz dwa plusy. Minus za angielską wersję Cidney. Zmieniono imię na Cindy, głos niby nie najgorszy, ale akcent jakby z teksasu (nie znam się to się wypowiem) oraz czasem sposób intonacji niekoniecznie mi podszedł. Poza tym Square Enix, mógł pożyczyć soft engine 2.0 od KOEI.

Plusy za Gentianę, oraz Araneę Highwind. Pierwsza chłodna (nie żebym chciał spoilery robić), wyrachowana i tajemnicza. Mało występuje w grze, ale od czasu do czasu pojawia się znienacka na zdjęciach Prompto – i może dlatego zapada w pamięci.

Druga dołącza gościnnie do drużyny i ponoć ma być grywalną postacią w przyszłości. Nazwisko (Highwind) i broń, którą dzierży w dłoniach tworzą jasne i oczywiste nawiązanie do jednego z bohaterów Final Fantasy VII. Sylwetka, wygląd (oczywiście chodzi o biust) i charakter. Same plusy (i kolejny brak soft engine 2.0). Jedyne czego mi brakuje, to fajnego zdjęcia Aranei w Promptowej kolekcji.

Teraz pozostaje czekanie na dodatkowe historie i to co tam te wszystkie DLC przyniosą. Chętnie wrócę pograć dalej…