Oj moje pieniądze #2

A ja czekam i czekam i czekam… jak śpiewał kiedyś Grzegorz Turnau. I coś czuję, że się nie doczekam. Doczekałem się Mili. Gdzieś tam są plotki o Kokoro. Coraz bardziej się cieszę, że Dead or Alive 6 jest w produkcji, ale coraz bardziej martwi mnie brak ogłoszenia o jakieś wersji wypasionej.

Chyba będę musiał rzucić się na Japońską edycję kolekcjonerską, dla ludzi mniej zamożnych. Bo nie interesują mnie ręczniki, jakieś plakaty i poszewki. Chcę grę, na nośniku fizycznym i nie pogardziłbym ścieżką dźwiękową. Do tego nie chciałbym by ominęły mnie ciuszki, postacie i inne rzeczy, które będą w grze.

Problem tylko w tym, że Koei Tecmo nie kwapi się by ogłosić, że w europie dadzą ludziom wydać ciężko zarobione pieniądze na kilka kawałków plastiku i papieru. Natomiast istnieje coś takiego jak cyfrowa wersja deluxe. A ta ma dokładnie to, co mają dostać Japończycy w formie kodu w pudełku.

Chciałbym nie musieć wydać kasy 5 razy. Chciałbym dać im zarobić, ale nie dać się oskubać. Ale wydaje mi się, że mój zdrowy rozsądek, przegra z fanboismem.

Things are looking up

Zobaczyłem napisy końcowe Dragon Questa XI i ciut się popłakałem. Nie wiem czy wzruszam się bo kończę grę, czy tak mocno zżyłem się z postaciami.

Główną linią fabularną czasem czułem się zmęczony. Były takie chwile, że nie czułem potrzeby iść do przodu. W sumie to nawet nie wiedziałem gdzie, po co i czy w ogóle jest po co iść dalej. Ot takie skakanie od miasta do miasta, gdzie przez pomaganie mieszkańcom albo dowiadujemy się jak pokonać Mordegona, albo zdobywamy coś co potrzebne jest nam w jego pokonaniu.

Całą dobrą robotę odwalają tutaj napotkane postacie. Czy to te które do nas dołączają, czy te które spotykamy w miastach. Nie mam pamięci do imion, więc nie mam zamiaru tutaj ich przywoływać. Raz się można uśmiać do rozpuku a innym razem wzruszyć.

I pewno o te wszystkie wspomnienia chodzi na sam koniec, gdy po wygranej walce ze złem nasi współtowarzysze wracają do domu, człowiek wspomina i mu się łezka w oku kręci. Yuji Hori po tylu latach pewno wie, że nie trzeba się wysilać i tworzyć skomplikowane historie by ludzie dobrze się bawili, cieszyli grą i dobrze ją z czasem wspominali.

Do tego Dragon Quest XI ma jedna cudowną zaletę – humor. Jest go tutaj na pęczki. Czy to wygląd, animacja i nazwy przeciwników. Naprawdę podziwiam kreatywność twórców i tłumaczy.

Czy też specyficzne dla danych regionów sposoby wypowiadania się np. w Hotto, mieście gorących źródeł, wszyscy mówią jakby używali do tego haiku, choć nie da się ukryć, gdzieś to ucieka w angielskim tłumaczeniu. Zresztą sama nazwa Hotto pochodzi (prawdopodobnie) od japońskie sposobu zapisania angielskiego Hot – ホット.

Znajdziemy także proste gagi, jak ten poniżej (tak jest, spoilery!).

Nie ukrywam, że nie wyobrażam sobie jak wygląda ta gra, jeżeli postacie nie mówią – ich wypowiedzi nie są udźwiękowione – a tak jest w japońskiej wersji. Dużo by mi teraz brakowało, bo mimo że angielskie głosy może nie są najlepsze, to w 2018 roku przy tak wyglądającej grze aż trudno sobie to wyobrazić – w szczególności jak już grało się z głosami.

Rozumiem, że dla Japończyków Dragon Quest to nie tylko gra. To pewien kult i historia. Pewnych rzeczy po prostu się nie powinno zmienia, tylko akceptuje. I to szanuję, tak samo jak szanuję fanfary, które brzmią w niektórych momentach i których przerzucić nie możemy. Rzecz, tak staroświecka i jakoś tak upierdliwa.

Cieszy mnie jeszcze jedna rzecz. Pewno jak ktoś to przeczyta to dostanę po łbie od SJW, ale co tam. Mowa tutaj o Puff-Puff i Jade. Tego pierwszego nie będę tłumaczył grunt, że jest. A Jade… no po prostu świetna, cudowna i aż miło się szuka tych wdzianek dla niej (raz tyle czasu spędziłem w kasynie, tylko po to by przebrać ją za króliczka). Po to gram w gry, by sobie popatrzeć na ładne babki i nikt tego nie zmieni.

Dragon Quest XI po skończeniu, daje nam możliwość dalszego przeżywania losów bohaterów, tak więc jeszcze nie wszystko skończone. I dobrze, bo po 82 godzinach gry, nie powiedziałbym że czuję znudzony.

No może troszeczkę. Ale wiadomo.

Jade.

Oj moje pieniądze… #1

Miałem kiedyś napisać o tym jak Dead or Alive Xtreme Venus Vacation mnie kusi do powrotu. Jak te wszystkie śliczne screeny wrzucane na twittera kuszą bym spróbował znowu tego klikadła. A, że generalnie jakoś kiepsko się ostatnio zbieram do czegokolwiek, to i nie udało mi się zrobić kolejnego nijakiego wpisu z cyklu e-dziewczyny w e-bikini.

Niemniej jednak na horyzoncie pojawia się kolejny wyciągacz kasy. Potencjalny, bo tak do końca niewiele o nim wiadomo. Koei Tecmo w 2019 roku, wypuści Dead or Alive 6 i ja oczywiście się z tego powodu cieszę, a tym bardziej, że powoli pokazując kolejne postacie, w końcu pokazali Hitomi.

Nie spodziewam się rewolucji. Nie mam wielkich oczekiwań, ot wiem, że kupuję na premierę i może sprawię sobie jakąś edycję limitowaną – a jak jeszcze oszaleję to może i kupię PS4Pro. Zresztą patrzę na to co jest prezentowane i nie widzę tutaj jakiegoś ogromnego skoku graficznego – choć coraz rzadziej takowego się spodziewam w jakiejkolwiek grze.

Nawet nie przeszkadza mi, że twórcy postanowili odejść od fanservice’u. Zapowiadają, że stawiają na to by postacie były bardziej cool, a nie sexy. Pewno wsłuchują się w głosy społeczności i chcą zrobić wszystko by mordobicie było postrzegane jako mordobicie a nie symulator dyndających nienaturalnie piersi.

Gdybym miał mieć jakieś życzenia co do samej gry, to chciałbym czuć, że mam w co grać. Street Fighter V na którego tak mocno liczyłem bardzo szybko mi się znudził, bo zakładał że każdy grający będzie chciał od razu skoczyć online i zacząć kopać tyłki ludziom z całego świata. Skończyło się to tym, że kiepski i długi matchmaking sprawiał że podczas godziny siedzenia z padem w ręku, graliśmy 20 minut.

Chciałbym aby walki szybko się wczytywały, że opcja random była tak samo świetnie rozwiązana jak w piątce, oraz by dało się zdobywać ciuszki nie tylko przez playstation store. Choć pewno jak będzie dało się coś zdobyć przez sklep, to konto Koei Tecmo się bardzo ucieszy – a ja nie będę smucił, w końcu pieniądz rzecz nabyta.

Na koniec chciałem przeprosić Hitomi, że to jej przyjaciółka Lei Fang znajduje się w nagłówku tego postu i wytłumaczyć się, że nie robię skoku w bok. Ot jakoś tak bardziej do mnie przemawia ten screen.

50 godzin to (może) zbyt wiele

InJustice 2 jest fajne. Nie jestem fanem ani DC ani Marvela (a także Dark Horse, Image, czy innych amerykańskich wydawnictw komiksowych), ale lanie tyłków superbohaterów Catwoman daje mi pewną perwersyjną przyjemność. No dawało, bo wszystko po trochu się nudzi.

Czasem pojawia się ten moment, gdy masz już dość. I mimo, że InJustice 2 nie ma zbyt wielu trybów rozgrywki to nie mamy tak szybko uczucia znużenia jak w przypadku Street Fightera V. Multiwersa, które zmieniają delikatnie zasady zabawy, oraz możliwość zdobywania skrzynek z elementami ekwipunku całkiem nieźle wypełniają czas. Nie wiem dokładnie jak długo grałem w InJustice 2. Pewno zbyt dużo, ale że było miło to nie narzekam.

Wiadomo, trzeba czasem zagrać w coś innego, ale nadal gdzieś tam męczy mnie ta Kobieta-Kot. Nie udało mi się zdobyć jej legendarnej broni, a powód jest tak banalny. 50 godzin grania jedną postacią. 3000 minut grania Catwoman. Tyle musiałbym zrobić by odblokować jedną walkę, która pozwoliłaby mi ruszyć dalej. Kombinując jak tylko się da doszedłem do 1800 i stwierdziłem, że to generalnie nie ma sensu.

Multiwersa zaczęły robić się powtarzalne. Grania online nie lubię, zresztą chodzi tutaj o 50 godzin grania a nie stania i czekania aż gra znajdzie mi przeciwnika. Wypadające ze skrzynek elementy ekwipunku dla Kobiety-Kota (wiem, że powinno być “-kot”, ale ja tylko cytuję grę) nie mają już, żadnego znaczenia – trzeba by cudu by wypadło coś lepszego niż mam. I do tego mechanika gry niby prosta, ale jakoś nie potrafię przestać naciskać przodu/tyłu wyprowadzając kombosy – co mocno zmienia wyprowadzaną serię. Do tego ze mnie raczej taki button masher, a i że gra pozwala na robienie w kółko jednego kombosa – i o dziwo to działa, nawet online – to mimo, że czasem próbowałem się przestawić, robić różne rzeczy to zwykle wracałem do tej samej kombinacji. Bo po co zmieniać coś co jest skuteczne.

Kobieta-Kot musi poczekać. Może do czasów InJustice 3.

Wysysanie krwi nie bawi

Ostatnio nie zdarza mi się porzucić gry zanim ją skończę. Czasem nie staram się zrobić platyny, zrobić wszystkich zadań pobocznych, ale zwykle staram się zobaczyć napisy końcowe. Niestety na razie od Vampyra się odbiłem.

Grę kupiłem przed premierą bo ostatnie dwie pozycje Dontnod uważam za świetne (a i skusił mnie winyl). Do tego ponieważ nie kupiłem Remember Me więc postanowiłem wspierać francuskich developerów przy następnych produkcja. Ot taki kredyt zaufania. Jasne mogłem poczytać recenzje i podjąć decyzję o zakupię, ale do kupowania gier po przeczytaniu recenzji uraziłem się dawno temu, przy okazji Phantom Brave na PS2, ale to całkiem inna historia.

I to nie jest tak, że Vampyr jest grą złą. Fajny klimat i ciekawe wykreowane postacie, ale gdzieś nie zagrało. Jakoś nie interesuje mnie co się stało z głównym bohaterem. Zresztą Remember Me zaczynało się podobnie – kim ja jestem, co ja robię, co się ze mną stało. Czasem wkurza walka – pewno kwestia przyzwyczajenia. Opisy umiejętności niewiele mówią i w sumie nie wiem jak i po co rozwijać postać, gdy będąc trochę bardziej cierpliwym większość przeciwników da się pokonać tańcząc wkoło nich. Tak samo bronie, zwykle używałem cały czas tych dwóch samych broni.

Nawet to co ma być clou mechaniki fabularnej, czyli wybory wpływające na dalsze losy bohaterów są takie dziwne, nijakie i często nie dają poczucia że coś to zmienia. Owszem, gdy zabiłem jedną z postaci – a co ważne mogłem tego nie robić – poczułem się jakoś tak dziwnie i miałem ochotę wczytać poprzedniego save’a, ale to jeden z niewielu przypadków i myślę, że tylko za pierwszym razem człowiek się zacznie zastanawiam czy słusznie zrobił.

Gra ponoć jest niedługa – cokolwiek to znaczy bo wydaje mi się że grałem już sporo. Nawet recenzent w magazynie PIXEL zachęca do przejścia kilka razy. Ja nie wiem czy uda mi się skończyć ją raz. Chciałbym to zrobić, ale jakoś wolę popykać w coś innego. Może wolałbym gdyby ta gra była bardziej liniowa. Może po Yakuzie 6 chwyciłem gatunkowo złą grę i mam takie dejavu przy tej zabawie.

Wiem tylko tyle, że jeżeli nie uda mi się zabrać za grę do 13 lipca, później będzie coraz gorzej. Captain Toad oraz Octopath Traveler już zamówione.

Już 100 godzin poluję…

I ciągle na te same potwory. I właśnie to jest rzecz najbardziej zadziwiająca w Monster Hunter World (choć pewno w każdym MH jest podobnie). Po przejściu linii fabularnej, praktycznie nie ma gada/płaza, którego byśmy jeszcze nie zlali, a człowiek jakoś nadal gra.

Monster Hunter World sprzedał się fenomenalnie. Półtora miesiąca i 7.5 miliona kopii gry trafiło w ręce (lub na dyski) graczy. Capcom spodziewał się, że w Japonii gra się sprzeda świetnie – zresztą nie tylko Capcom. Sony wiedziało, że takiej gry potrzebuje by więcej PeeSCzwórek zagościło pod japońskimi dachami. Ale, że reszta świata tak mocno się zainteresowała tym tytułem może dziwić.

Gra jest wymagająca, owszem w wielu kwestiach uproszczona w stosunku do wersji, którą pamiętam z czasów PSP. Niemniej jednak nie da się skończyć gry nawalając w przyciski bez myślenia. Trzeba się trochę nabiegać, nakombinować, czasem trochę pogrindować/pofarmić. Czas mija i człowiek w końcu przechodzi fabułę. W połowie już przestało mnie obchodzić o co chodzi, a ponoć to pierwsza odsłona w która fabuła jako tako jest. Tylko po co – nie wiem.

Pomaga fakt, że w 90% przypadków zawsze jest z kim grać, nawet jak nie ma się kumpli z tą samą konsolą i grą. Do tego 70% z nich to Azjaci. Jedni wymiatają, inni tylko ścierają kurz. Są i tacy co kurz ściera ich. Grunt, że w każdej misji można wysłać SOS Flare i poprosić o pomoc. Nie wiem jak dziś wygląda pomoc przy zadaniach niskiego poziomu, ale bicie wszystkich Starożytnych Smoków w szczególności tych w wersji tempered to kwestia sekund by znaleźć kompanów.

Granie multi zwykle bardzo pomaga. Widać, że twórcom bardzo zależało na tym by nie bawić się samemu. Przy wybieraniu misji trzeba się więcej natrudzić by ograniczyć się do siebie samego. Ciągłe – co prawda niewymagane – bycie online sprawia, że co chwilę widzimy kto dołączył do tej samej sesji co my. Rekordy na Arenie biją “pary”, bo samemu zawsze będzie gorzej. Niestety zdarzają się też mniej przyjemne chwile, ale to jakaś kropla w morzu.

I tak 100 godzin minęło a ja codziennie siadam, robię questa albo dwa. Zamiast robić coś sensownego, konstruktywnego i twórczego, biegam za tymi sami potworami. Nadal to świetny sposób na spędzenie wolnego czasu.

Szkoda tylko, że księżniczka Zelda dalej nieuratowana.

Przecierając kurz

Zatrzymałem się w próżni, w kwadracie Alfa próbując każdą kończyną chwytać coś innego. Okazało się, że nawet soniczny śrubokręt nie pomaga w zderzeniu z lenistwem.

Jeden. Próbuję skończyć dodatki do Nioha. Świetna gra, tylko ile można kląć na sadystyczne pomysły twórców wie tylko ten co zagrał. Czasem myślę, że wiele stworzeń przeniósłbym na sesje DnD. Może kiedyś, jak w me ręce wpadnie Tardis.

Dwa. Dla względnego relaksu gram w River City Melee SP. Liczę, że kiedyś wpadnie mi ostatnie osiągnięcie, choć nie ukrywam że nie mam pojęcia czemu się to jeszcze nie stało. Gra ta to taka tęsknota za starymi gramy z serii Nekketsu. Prostota pod każdym względem ale cieszy. Choć kiedyś były lepsze.

Dwa i pół. W 2018 roku poza remasterem Dragon’s Crowna (zakupiony) ma wyjść kolekcja gier Nekketsu. Gra roku, czy tam zbiór gier roku. Hokej, Goal 3, Kankutou Densetsu, Koszykówka i wiele innych. To takie żerowanie na sentymentach z dzieciństwa, ale gdy próbowałem emulować NESowe gry na komputerze to też dobrze się bawiłem.

Dwa i trzy czwarte. Za dużo by wymieniać gier które interesują mnie w 2018. Do tego stare czekają a ja cały czas myślę by wrócić się do czasów PS3 i skończyć pewną trylogię. Tardis gdzie jesteś!

Trzy. Dead or Alive Xtreme Venus Vacation. Absolutny zjadacz czasu. Coraz więcej wiem co się tam dzieje, coraz częściej przeklikuję wszystko co mogę, coraz mniej robię. Trafiłem na paywall i mam zamiar pod nim stać, obmyślając plan jak się powoli, bardzo powoli przez tą ścianę przebić. Jak chęci starczy to napiszę kilka zdań więcej.

Cztery. ß MTGArena. Wszędzie widzę confidential. Przed czym się tak chować? Bez przesady, tragedii nie ma. Na razie wiele nie mogę powiedzieć, choć powoli zamierzam się by napisać parę akapitów na ten temat. Kolejny marnowacz czasu.

Pięć. Kończę, by nie było pusto w grudniu. Idę dupy oglądać i dalej czas marnować myśląc, że może uda mi się znaleźć Tardis i wrócić do pehape.

e-dziewczyny w e-bikini #9

Coraz więcej ćwirków pojawia się na twiterowym koncie Dead Or Alive Xtreme Venus Vacation. A ja coraz mocniej czuję, że ta przygoda może mnie ominąć. To taki durny dylemat odnośnie tego, czy aby warto wydawać ponad tysiąc złotych na sprzęt, by móc sobie zagrać w darmową grę. Im dłużej o tym myślę, tym do dziwniejszych wniosków dochodzę.

Pierwszy to taki, że Dead or Alive Xtreme 3 na PS4 to moja najdroższa gra pudełkowa. Nie wiem ile dokładnie na nią wydałem. Japońska cena gry (takiej z najwyższej półki cenowej) razy jakiś tam kurs jena. Do tego przesyłka, tak ze cztery razy większa niż ta krajowa – ale ok, przeszła paczka pół globu. Oraz moje ukochane cło + vat, czyli dodatkowe 25% ceny gry. Nie tanio, ale trochę czasu miło spędziłem.

Drugi opiera się na tym, że nie wiem czy wydanie tysiąca na kartę graficzną dla jeden gry – bo graczem pctowym nie jestem – ma sens. Nie wiem kiedy ta gra przestanie być darmowa i na ile ze znikomą znajomością japońskiego cokolwiek pogram. Boje się, że nawet nie będę wstanie spróbować DoAXVV na obecnym sprzęcie i dodać sobie samemu argumentów za zakupem karty graficznej.

Trzecia myśl opiera się na kupowaniu konsoli dla jeden gry. Kilka razy tak robiłem. Był jeden hit, którego ominąć nie mogłem. W każdym przypadku (PSP, PSV NDS, Switch, a może i na swój sposób PS4) skończyło się to tym, że na półce znalazło się co najmniej kilka dodatkowych tytułów, które ograłem a czasem i takie których nawet nie tknąłem. Przy czym handheldy nigdy nie kosztowały, aż tyle co dzisiejsze, porządne karty graficzne.

Oczywiście biorę pod uwagę to, że karta graficzna może mi się przydać choćby przy zabawie photoshopem. Ale na ile wpłynie na komfort pracy nie wiem. Do tego ostatnio niewiele w tym temacie działam. Więc to taki marny plus.

Gdy kupowałem japońską grę na PS4 obiecałem sobie, że przy okazji gdy będę przebywał na plaży Zacka po raz pierwszy, wpoję sobie trochę japońskiego słownictwa, alfabetu. Niewiele z tego wyszło, co nie znaczy że tym razem miałoby być tak samo. Choć gdzieś tam w głowie coś mi mówi, że lepiej by było kupić odpowiednią literaturę, czy oszczędzać na wycieczkę do Kraju Kwitnącej Wiśni.

Znając siebie samego, wiem że moje prymitywne ciągutki będą największym argumentem za i może te całe przemyślenia szlag trafi. I może wyjdzie na dobre.

Bo Hitomi (powyżej) jakaś taka smutna…

O Ysie ósmym, kilka słów więcej

Skończyłem, przeszedłem po raz pierwszy, na normalnym poziomie trudności. Skończyło się nie tak smutno jak sądziłem, ale z takim klasycznym fantasy twistem. Teraz pozostaje przejść na najwyższym poziomie trudności i poznać prawdziwe zakończenie.

W pewnym sensie jestem z siebie zadowolony. Z minimalną pomocą zrobiłem 51 z 55 osiągnięć, a tym 55 jest platyna, czyli zbierz pozostałe 54. Sądzę, że byłbym w stanie zrobić je bez pomocy, tylko ciut więcej czasu musiałbym poświęcić na granie, a dokładnie rzecz biorąc łowienie ryb. W tym przypadku pojawia się moja ukochana walka ze szczęściem.

Pozostało mi przejście na wyższym poziomie trudności, znalezienie jednego przedmiotu kluczowego, oraz pokonanie opcjonalnego bossa. Do tego jest jeszcze trochę rzeczy do zrobienia niezwiązanych z trofeami. I pewno biorąc pod uwagę zaległości, na razie zostawię je na zaś.

Zastanawia mnie tylko czemu robić rzeczy w stylu prawdziwego zakończenie. Pewno dowiem się gdy przejdę grę, może różni się ona gdzieś tam dalej, może wtedy uronię jakąś łezkę. Może przestanę się krzywić na to co scenarzyści wymyślili na koniec. Jakoś mnie to śmieszy po prostu. Rozumiem, że opcja taka zwiększa czas spędzony przy grze. Ciut sztucznie, ale ponieważ mnie gra nie męczy chętnie przysiądę i o ile będzie się dało, zrobię lekki speed run. Nie chce mi się czekać na poprawione tłumaczenie.

Jeżeli chodzi o fantasy twista, mam tutaj na myśli, to że w fantasy dzięki magii – potężnym magom, bogom – w prosty sposób można robić rzeczy nie mające żadnej logiki, ot cud, potężny czar etc. Może w tym przypadku nie jest to aż takie coś z niczego, ale gdy obraz znika, postać się budzi gdzieś indziej i wszystko jest w porządku to pozostaje taki niesmak.

Wielki plus daję jeszcze za to, że można grać drużyną trzech dziewczyn. Oczywiście Dana i Laxia mają standardowe zbroje fantasy (w przypadku tej drugiej, ów zbroja jest opcjonalna (8.25 zł), ta podstawowa jest normalna), czyli im mniej zakrywają tym lepiej. A tak po prawdzie to tylko ubrania, czy tam ich brak. A ten plus jest za zgrabne tyłki, na które oczywiście nie zwraca się uwagi podczas grania, ale są bardzo istotnym elementem.

Czas wrócić do Celcety na Vicie. Tylko o czym ona była…

I (don’t) love this game

Nowe, tegoroczne NBA 2k ciągle mnie drażni. Jak mogę zrozumieć, że twórczy poczynili pewne zmiany by gra stała się bardziej realistyczna, przez co trudniejsza do opanowania i moje narzekanie jest na swój sposób bezcelowe, to próba grania w trybie kariery to droga przez mękę.

I nie chodzi mi o powolny rozwój mojej postaci. Nawet nie przejmuję się tym, że mógłbym wydać normalną kasę by go przyśpieszyć. Na tym mi nie zależy i mogę powoli, do przodu. Ale nie w taki sposób.

Ktoś wymyślił, że grze ma być jakaś fabuła. Podwórkowy gracz trafia do NBA. Może tak czasem dzieje się naprawdę i może to usprawiedliwia czemu ze mnie takie nic. Przy okazji tworzenia postaci wybiera się ulubioną drużynę i tak też zrobiłem. Na swój sposób trafiło na San Antonio Spurs i jakimś cudem ktoś z organizacji mnie podpatrzył na streetballowym turnieju i zaprosił na trening.

W sumie to teraz myślę że mogłem się obijać i trafić gdzieś indziej. Gram w tym SAS, dostaję coraz więcej minut i rzadko tak naprawdę daje coś drużynie. Żeby było jasne, gdy jestem na parkiecie staram się być oszczędny, grać mądrze i w tzw. rankingu +/- być raczej na plus, lub chociaż na niewielki minus.

I tak chłodno kalkulując, drużyna – SAS – nie zmieniała się zbytnio. Nawet w grze jest statystycznie w pierwszej 10 (na 30), więc zastanawia mnie czemu dobry zespół dostaje łomot od największych leszczy. Phoenix, Chicago, Minnesota. Dobra nie grałem jeszcze z Nets, z Dallas raz wygrałem, raz przegrałem. I pewno niesłusznie nazywam ich leszczami, ale gdy drużyna z czołówki, przegrywa z kimś z dołu tabeli, to ujdzie, ale jeżeli ta przegrana to kilka punktów różnicy. A jeżeli mnie pamięć nie myli (a z reguły myli), to z Phoenix przegrałem 19, czy 20 punktami? Jak, nawet na boisku nie byłem 5 minut.

Boli mnie, że San Antonio, tak dobra drużyna leci w dół. Że przeze mnie Pop będzie miał pierwszy, od 20 lat, sezon w którym jego drużyna przegra więcej niż 32 mecze. Boli to jeszcze bardziej, bo wydaje mi się, że wiele z tych meczy jest ustawionych, by móc opowiedzieć fabułę. Pokazać jak to ochroniarz się do mnie nie odzywa, a tu nagle bum i jest najlepszym kumplem. Jak to pewnego dnia poznaję rapera, który na co dzień czyści parkiet. Jak to mój samozwańczy guru robi sobie żarty – które niestety mnie nie śmieszą.

Ostatnie trzy dni grałem bez dźwięku, by nie słyszeć tych dziwnych konwersacji. Jak chcę grać, rozwijać gościa, cieszyć się nie z tego, że moja drużyna dzięki mnie wygrywa, tylko że jak mnie już wpuszczą to robię postępy. Tona rzeczy, które twórcy zrobili jest może i klimatyczna, ale z czasem staje się strasznie nudna.

Zaczynasz mecz, widzisz jak twój awatar wchodzi do szatni – jakieś 30+ sekund z głowy. Siada na stołku przed swoją szafką, w której ma tylko buty, które może zmienic – kontrakt na buty musi być od razu, przecież nie da się grać boso (a skarpetki non stop te same). Zadumany patrzy w wykładzinę i czeka. I czeka. I jakoś mecz minąć nie może, bo nie wyszedł na parkiet. Naciskasz X, by przejść do meczu. Teraz będzie można coś zrobić by drużyna i tak przegrała.
Kolejna cudowna animacja wybiegania z szatni przez korytarze (kolejne 30 sekund z głowy); trafiasz na boisko. Tam by dostać piłkę i sobie porzucać przed meczem, awatar musi trafić dokładnie za linię rzutów za 3 punkty, dokładnie naprzeciwko kosza – a piłki mogą koło oczu mu przelatywać. 45 sekund rzucania i zaczynamy.

Jak już sobie te 5 minut pobiegasz na boisku – bo więcej na początku nie dadzą, to wracamy. Powrót przez korytarze, smutne/radosne miny. Ziomki odpowiednio reagują, a człowieka szlag trafia. I ta sama historia co mecz, tylko czasem ochroniarz, mopiarz, czy ktoś tam inny mało znaczący będzie chciał coś ciekawego powiedzieć.

A jakby te wszystkie przerywniki olać i zrobić bez fabuły, bez cudowania, ot mecz – trening – klikanie po tablicach (prawie jak przeglądarka, menadżer sportowy), by zawierać kontrakty, zdobywać fanów, gadać z menedżerem o transferze. Ale po co, lepiej udawać że człowiek siedział przy grze wiele godzin. Właśnie, siedział.

Stwierdzam, że miarka się przebrała i w NBA 2k grać będę tylko z kimś. Żadnych MyCareer i tracenia czasu na to by się wkurzać. Lepiej ten czas przeznaczę na oglądanie gołych bab, lub pisanie durnych postów na blogu…

… bo raczej na nic pożytecznego i tak nie wykorzystam.