Zacząłem by rzucić wszystko inne #0

To taki wstęp. Może pierwszy z jakiegoś dłuższego cyklu. Ba nawet pojawił się pomysł bym pisał na ten temat w miarę regularnie, bym prowadził prawdziwego webloga z tej gry ale u mnie za pomysłami i chęciami nie idą czyny. Już dawno zapomniałem co to “regularność” i to w wielu dziedzinach.

Tak więc, jakieś tygodnie* temu zacząłem grać w Final Fantasy XIV. Zacznę od tego, by nakreślić trochę historii dlaczego się zabrałem za granie w Final Fantasy XIV – w tym będzie ciut o tym czym FFXIV jest i dlaczego nie powinienem był się zabierać do tej zabawy.

Czytaj dalej Zacząłem by rzucić wszystko inne #0

I po sprawie…

Judgement skończony. Sprawa Kreta zamknięta. Co mogłem i chciałem zrobić, zrobiłem i choć zawsze po grze z serii Yakuza mam niedosyt to wiem, że kiedyś trzeba powiedzieć dość i pójść do przodu.

Chcę zamykając temat napisać kilka słów podsumowania, napisać co bym zmienił – niekoniecznie jak i dlatego nie grałem z angielskim dubbingiem. A może coś jeszcze.

Czytaj dalej I po sprawie…

Niby nie Yakuza

Judgement przyszedł to zacząłem grać. Gra się bardzo dobrze. Cały czas mam wrażenie, że to kolejna część Yakuzy, choć to niby nie Yakuza.

Brzmi to pokrętnie, ale w sumie to prosta rzecz. Toshiro Nagoshi współtwórca, producent itd. serii Yakuza chciał zrobić inną grę i zrobił Judgementa. Nie posługuję się tutaj cytatem, ale jeżeli to ma być inna gra, to ja chyba się nie znam. I kompletnie nie chodzi o to, że to zła gra tylko…

Czytaj dalej Niby nie Yakuza

Poległem : Last Remnant Remastered

Gdy odpuszczam sobie grę w połowie (choć tak naprawdę nie wiem jak dużo przede mną), to czuję że nie powinienem o niej pisać czegokolwiek. Z drugiej strony może to taka gra, której głównym problemem jest to, że nudzi już po kilku godzinach grania. Sam nie wiem bo mam trochę mieszane uczucia co do Last Remnanta.

Nie przeszkadza mi przeciętny angielski dubbing (bo rzadko kiedy tutaj kładzie się na tyle dużą kasę by wyszło to świetnie), także nie przejmuje się nijaką fabułą – choć tutaj ocena wynika tylko ze znajomości początku tej historii.

Zdaje sobie sprawę, że to stara gra, odświeżona na nowe konsole. Dużo tych drobnych, wkurzający rzeczy jakoś jestem w stanie przeboleć. Mogę przeboleć także to, że to gra trudna wymagając i czasem skomplikowana. Nie mogę przeboleć tego, że spora doza tej trudności bierze się z jej losowości, a skomplikowanie z braku jakiegoś sensownego tutorialu i możliwości powtórzenia niektórych podpowiedzi, na które trafiliśmy gdzieś w grze i nam umknęły.

Właśnie walka to rzecz która mnie z jednej strony ciekawi, a z drugiej niemiłosiernie wkurza. Do walki przystępujemy kilkoma zespołami a każdy z nich ma kilka jednostek – zespoły ustalamy sami i tutaj też nie wszystko rozumiem, ale pominę ten fakt, ot może coś przegapiłem jak gra próbowała mi tłumaczyć.

Podczas potyczki wybieramy który zespół kogo zaatakuje (także zespoły, czasem jednoosobowe), oraz wybieramy jedną z opcji w stylu atakuj, użyj zdolności bojowych, lecz się etc. Im więcej nasze postaci nauczą się umiejętności, tym coraz dziwniejsze akcje się nam pojawiają, lecz te zwykle ograniczają się do 5 opcji. Do tego główny mój problem polega na tym, że jeżeli wybierzemy użyj zdolności bojowych to tak naprawdę całość dobierana jest bardzo losowo. Czasem zastanawiałem się, czemu po wybraniu tej opcji tylko jedna postać używa skilla a pozostałe – choć jestem pewien, że jakieś mają – nie. Później oczywiście ktoś nie trafi czy też nagle się okazuje, że po wybraniu lecz się ktoś nie zdąży się podleczyć.

Nie rozumiem czy gra sama w sobie nam rzuca kłody pod nogi, czy pomaga optymalizować zasoby. Wiem, że losowość od zawsze istniała w grach i się na nią godzę. Ale tutaj jest jej zbyt wiele i czuję, że wiele nie jestem w stanie przewidzieć. Do tego gdzieś obiło mi się o uszy, że to gra taktyczna i może coś w tym jest, ale jak na grę taktyczną to zbyt mało rzeczy gra nam pokazuje a zbyt wiele dzieje się przypadkowo.

Last Remnant to taka gra 5/10. Dobra, ale dla specyficznego grona graczy. Chętnie bym do niej kiedyś wrócił, ale patrząc ile gier ma wyjść/leży na półce wątpię, że kiedykolwiek to się stanie. Myślę, że przerosła mnie jej trudność i nie znalazłem tam nic co wynagradzałoby mi widok ekranu game over oraz ponowne próby przebicia się przez problematyczne walki.

Po prostu zrobiłem się na starość coraz bardziej wybredny…

Czekając na Osąd…

Patrząc na datę ostatniego wpisu to byłem bezproduktywny w grafomańskiej materii przez półtora miesiąca. Coś tam po drodze kombinowałem, ale nic z tego nie wyszło. Trochę się poobijałem, trochę pograłem i parę razy miałem coś napisać.

Skończyłem demo, czy też prolog 13 Sentinels: Aegis Rim. Japońskie, więc przez większość czasu albo cieszyłem się z grafiki, która chyba w każdej grze Vanillaware jest cudowna. Słuchałem co do mnie mówią, niewiele rozumiejąc i próbowałem wykminić co w tej grze się dzieje i gdzie tak naprawdę gramy. Ciut po tym demie boję się, że ktoś zainspirował się symulatorami chodzenia. Ja rozumiem, że można zrobić ciekawą fabułę. Dobrze ją przedstawić. Że gry stały się takim medium, które może/chce przekazywać pewne wartości, dawać do myślenia a nie tylko “LPP, LPP, LPP, LPP”.

十三機兵防衛圏 プロローグ_20190422112813

Boje się bo zarówno Odin Sphere jak i Muramasa to mechanicznie prawie identyczne gry, tylko świat inny. Później był Dragon’s Crown. Kolejna cudowna gra i w sumie można by doszukiwać się pewnych podobieństw w samym graniu. Gdzieś liczyłem że Aegis Rim będzie podobny do tych dwóch pierwszych. Po prostu chcę czuć, że gram. Jeżeli chcę sobie spotkać się z jakąś historią to sięgam po książkę, komiks, serial, czy film. Gry dla mnie mają to do siebie, że gram – choć nie wiem jak to zdefiniować. Takie dziwne uczucie robienia czegoś poza przerzucaniem dialogów. I nie przekonywuje mnie, że daną scenę mogę z innej perspektywy obejrzeć, że mogę czasem wybrać kolejność działań i historia się inaczej skończy.

Wiem, że cokolwiek by z tego nie powstało bardzo chętnie grę kupię. Z jaką uwagą będę grał? Czy skończę? Czy będę chwalił? Dowiem się jak… pogram. Liczę, że japoński prolog, który kupiłem tylko i wyłącznie dla płyty z muzyką, to tylko wstęp do historii i możliwość nacieszenia oczu piękną grafiką. Liczę, że w finalnym produkcie, coś będzie się robić, poza wybieraniem kolejności przerzucanych dialogów. I naprawdę nie mam nic do tego, by ta gra nie przypominała poprzedniczek.

Później przyszedł czas na Yoshi’s Crafted World. Grę dla dzieci z cudownym dinozaurem w roli głównej. Takie inne Super Mario. Świetnie się bawiłem. Zdobywałem kwiatki i pieniążki w każdym świecie. Czasem posiłkowałem się internetem, czasem wytrzeszczałem oczy by znaleźć te wszystkie znajdźki. Myślałem prosta gra dla dzieci, to będzie to pierwsza gra na Switcha, w której zrobię absolutnie wszystko! No i się myliłem. Po przejściu gry, jak w każdej dobrej grze, otwierają się nowe światy, wyzwania. Uważam to za plus, ale niestety te wyzwania ciut mnie przerosły. Pewno kilkuletnie dziecko lepiej by sobie poradziło niż stary dziad jak ja. W końcu to gra dla dzieci.

I pewno dlatego też ma ona pełno uroku. Bardzo sympatycznie się gra, a pomysłowość w każdym następnym poziomie zaskakuje. Czasem byłem zdumiony tym, że tylko dla jednego etapu, twórcy opracowali kompletnie inną mechanikę -latanie samolotem, czy jazda po torze. Praktycznie do samego końca, programiści wymyślali drobne rzeczy, które wpływały na grę. Wybuchający przeciwnicy, których można połknąć by później wysadzić kawałek ściany. Magnes, który przyczepia się do puszek wiszących na sznurkach. Przeciwnicy, którzy dobrze pokierowani – gonią nas by odebrać serduszka życia – niszczą fragmenty planszy otwierają nowe przejścia. Gra daje takie poczucie świeżości przez cały czas. Jedyny minus, to muzyka. Bardzo przeciętna. W sumie to jeden utwór zgrabnie aranżowany pod to co widzimy na ekranie, ale to taki malutki minusik.

Teraz gram, męczę, próbuję The Last Remnant Remastered. Pamiętając całkiem dobry soundtrack Tsuyoshiego Sekito, pomyślałem by sprawdzić grę do której muzyka ta była napisana. Zresztą muzyka to często dla mnie punkt wyjściowy by grę kupić – choć dziś to się często zmienia. Kupiłem na promocji, chwyciłem z ciekawości (zresztą chyba po coś kupowałem) i naczytałem się różnych głupot. Takich, że prawie wypada nie walczyć, czy mądrze wybierać walki by nie mieć problemów. A największym z problemów może być to, że ostatni boss będzie niemożliwy do pokonania. Grając w grę. Próbując się nauczyć grać, próbując zrobić wszystko co zaplanowali twórcy, sprawiamy że nie zobaczymy kto ją stworzył – choć tu kłamię bo listę płac można z menu sobie włączyć, może właśnie dlatego tam jest.

Gram z nastawieniem najwyżej. Poczytałem, że już wersja PC była pod tym względem udoskonalona (to nie sarkazm, faktycznie coś zrobili by było łatwiej, czy jakoś tak) a wersja na Playstion 4 stworzona jest w oparciu o wersję PC. To też problem internetu. Człowiek nie załapał czy też przerzucił jak tłumaczyli w grze jak się gra i szuka by się czegoś dowiedzieć i dowiaduje się czegoś kompletnie innego.

Na początku często widywałem napis Game Over. Teraz praktycznie się to nie zdarza, lecz nie da się ukryć, że nie wiem co się w tej grze dzieje – tak mechanicznie, bo fabularnie to na razie nic ciekawego się nie wydarzyło. To, że to gra starej generacji mogę przeboleć. Założenia w walce są ciekawe, bo nie walczymy jednostkami, tylko zespołami. Wybieram ogólny schemat zachowań – choć możemy podglądnąć, która postać jakiej akcji użyje. Wybieram przeciwnika do którego zespół podbiegnie i może za flankuje, albo np. na drodze stanie im inny przeciwnik. Może w walce jest jakaś głębia której nie dostrzegam.

Brakuje mi jeszcze tylko opcji japońskiego dubbingu. Angielski ciut męczy uszy, choć nie jest tak tragicznie. Do tego dziwne te rasy. Na pewno dość oryginalne – człowiek pantera (czy inny koteł) z 4 rękami – co uważam za plus, ale czasem czuję, że to nic nie zmienia i tylko ktoś poleciał zbyt daleko z fantazjowaniem.

Będzie co będzie. Gram. Coraz mniej się wkurzam i jak definitywnie skończę to coś więcej będę mógł powiedzieć. Zresztą czekam na Judgemnet. Grę twórców Yakuzy, która niby Yakuzą nie jest, ale jest. Tak głupio to brzmi, ale coś w tym prawdziwego.

PS. Miałem także, krótki romans z Final Fantasy XIV, który pozwolił mi zdecydować się na zakup nadchodzącego dodatku Shadowbringers. Viery, oraz kilka dni zabawy przekonały mnie by dać temu MMO kolejną szansę.

Ale głównie Viery…

Senjou no Valkyria 4

Jako fanboi Hitoshiego Sakimoto musiałem zagrać w kolejną część cyklu Valkyria Chronicles. Gram w czwórkę. Pamiętam, że ledwo zacząłem jedynkę a dwójkę porzuciłem – sam nie wiem czemu, ale chyba stała się zbyt trudna. Powiedziałbym, że gram dla muzyki, ale tak do końca nie jest. Czekam na ścieżkę dźwiękową, ale wiem że nic nowego na niej nie będzie.

Valkyria Chronicles 4 a także te wcześniejsze, ma wiele zalet. Ot, styl graficzny. Nie jestem wielkim miłośnikiem japońskiej animacji, przynajmniej takim co widząc anime już się ślinią, to jednak seria Segi świetnie tym stylem operuje na modelach trójwymiarowych. Swoje pewno robi design, oraz filtr nałożony na animacje.

Fabularnie czwórka (na razie) wypada solidnie. Nawet trafiłem na opinię, że to jedna z najlepszych fabuł w grach, a że nie skończyłem to nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Mnie tematyka wojenna zawsze w jakiś sposób odstraszała, sprawiała że się gubiłem. Tutaj takiego uczucia nie mam bo ta (fikcyjna) wojna między federacją a imperium jest tylko tłem do pokazania postaci ich motywacji, umiejętności i charakteru. A jak to w Japońskich grach bywa poważny temat, przeplatany jest gadkami o bekonie, babeczkach i piwie (nie wyszło mi z tego Razowe 3B (beer, babes, becon)).

Kolejna rzecz to unikalna jak na strategię mechanika. Choć tutaj poza tym, że jest inna niż w sporej ilości gier strategicznych, to często widzę pewne, drobne, wady. Ruch postaci, odbywa się w czasie rzeczywistym jak w grach akcji. Postać zużywa punkty akcji i zależnie od klasy ma ich więcej lub mniej. Wiadomo scout pobiegnie dalej niż lancer, ale nadal bywa tak, że braknie mu kilku punktów by podejść do osłony. To skutkuje wystawieniem się na ostrzał wroga i… litanię przekleństw z moich ust.

Z czasem łapie się jako takie wyczucie, ale wolałbym gdyby na mapie zarysowany był obszar gdzie postać idąc po prostej skończy ruch. Wiadomo palec na gałce czasem dziwnie chodzi i nie zawsze byłoby to idealne, ale dzięki temu łatwiej było by podejmować strategiczne działania.

Do tego drażni mnie bardzo fakt, że bywają takie misje w których pewne rzeczy zmieniają się o 180 stopni. Nie znam się na prowadzeniu wojny i mogę wyobrazić sobie, tak może to wyglądać, ale czasem człowiek dostaje w kość. Choć nie ukrywam, że odkrycie możliwości zapisu w dowolnym momencie misji, oraz pogodzenie się z faktem iż nie każdą misję przejdę od razu z najwyższą oceną mocno ukoiło nerwy. Niemniej jednak, często zdarza się, że gra wręcz zmusza nas do porażki w danej misji, by robiąc ją po raz kolejny inaczej do niej podejść, głównie biorąc pod uwagę co stanie się z czasem.

Kolejną rzeczą, która nie do końca mi się podoba to awansowanie klas a nie postaci. Taki system sprawia, że zwracamy większej uwagi na członków swego składu, bo każdy z nich ma taki sam poziom. Do tego to co ich odróżnia od siebie – czyli potencjał aktywujący się w losowych chwilach – jest na tyle… losowy… że nie dbam o to, którego wezmę. Poza tym, często opisy są niejasne, kiedy takowy może się aktywować. Owszem taki double movement Minervy często może tylko pomóc, ale ja i tak biorę do walki gdyż jako ważniejsza fabularnie postać, daje mi dodatkowe punkty w turze.

Wspomnę jeszcze o jednej (w sumie dwóch, ale podobnych) upierdliwej kwestii. R&D, czyli ulepszenie broni/czołgów, czy też rozkazy podczas walki. W tym pierwszym przypadku, nasz spec od upgradeów za każdym razem musi powiedzieć trzy słowa. ZA KAŻDYM RAZEM. No ludzie złoci. Ja rozumiem, że Miles to może jakiś nerd i lubi ale ja jako gracz jestem tym już znużony i rozdrażniony. Poza tym, jak wydam różnego rodzaju bronie postacią, to nagle po upgradzie wszystkim się to zmienia. Mah… i znowu myślenie, co komu dać.

Co do rozkazów. Chyba wiem, czemu ich prawie nie używam i nie używałem kiedyś. Animacja i gadka za każdym razem, a w przypadku tych wydawanych statkowi wspierającemu nas w walce to animacja może nie jest długa, ale patrzenie jak po raz 10 zaczynają używać radaru, albo jak montują czołgi by wykonać ostrzał męczy (męczy już za drugim razem).

I tak sobie myślę, że więcej narzekam niż zachwalam. Nie wspomniałem o muzyce, bo ta w sumie od pierwszej części jest dobra i nie męczy, choć mam wrażenie, że tutaj więcej recyklingu niż rzeczy nowych. A jak więcej narzekam, to czemu gram?

Bo to dobra gra. W wielu tak jest, że chętnie byśmy pewne drobne rzeczy zmienili. I mimo, że czasem przeszkadza to i owo, to jednak siedzimy, gramy, przymykamy oko by wady nie przysłaniały nam zalet.

Świetne kobitki, ze zgrabnymi tyłkami. Sympatycznie goście tacy jak Aulard. Jak człowiek nauczy się trochę bawić i ciut podmaksuje to idzie jakoś łatwiej. Jasne, nadal rzucam mięsem od czasu do czasu. Nadal wkurzam się, że coś głupio wyszło, źle poszło i że mogłem to przewidzieć.

I jakby nie było mam nadzieję, że to nie ostatnia Valkyria Chronicles, choć czwarta nie sprzedała się zbyt dobrze.

Dead or Alive 6 #1

Mógłbym dać tytuł oj moje pieniądze #5, ale tak nie zrobiłem. Kasa poszła i sobie gram. Ba nawet wydałem na przepustkę sezonową. Miałem długo nic nie pisać, miałem wsiąknąć. Ale nerwy i trzęsące się ręce karzą mi czasem odpocząć. Bo w sumie to ja taki lamer+ jestem, jeżeli chodzi o mordobicia. Zresztą gra mi nie ucieknie.

Przeglądnąłem kilka recenzji. Nie po to by kupić. W sumie myślałem na początku, żeby przeczytać ich jak najwięcej ale po co, ja grę kupiłem zanim recenzje się pojawił. Ja jestem zadowolony. Bardzo nawet. Mimo, że czuję iż to odgrzewany kotlet. Bardzo pyszny. I tyle z mojej recenzji.

Miałem także napisanych parę akapitów więcej, ale im dłużej grałem, tym znajdywałem więcej rzeczy o których chciałbym wspomnieć. Tak więc jak się uda to będę pisał, krótsze, bardziej prymitywne posty. Bo raczej chodzi o to, by pokazać fajny screenshot w nagłówku.

Może z czasem nauczę się grać mniej nerwowo, bardziej przemyślanie a mój refleks się polepszy. I tak uważam że to pewien cud, że mam ranking C-, ale patrząc na to jakich czasem przeciwników spotykam, to powinienem pójść kiedyś wyżej.

Oj moje pieniądze #4

To już jutro, znaczy się 1 marca. Playstation odlicza czas do pobrania. A ja zamiast wziąć sobie wolne w pracy, liczę że choćby z zamkniętymi oczami zagram sobie gdy wrócę z nocki.

Pograłem trochę w onlineowe bety. Grało się przyjemnie i w sumie nie poczułem się zniechęcony. Zdaje sobie sprawę, że PS4 to taki sobie sprzęt i jak kiedyś wyjdzie jego następca a Dead or Alive 6 zostanie wydany na takowego to choćby szybkość wczytywania walki zostanie poprawiona.

Jedyne co mnie jakoś tak drażni, to wygląd postaci. Dla mnie ciut zbyt gładkie, takie jakieś porcelanowe. Nadal wyglądają ślicznie, ale tak jakby ktoś cofnął się trochę w czasie – oczywiście mówię o kobitkach, bo na chopów to ja nawet nie patrzę.

No i w sumie tyle mam do napisania. Pewno ciężko będzie pogodzić czas pomiędzy DoA6 a DoAXVV. Pewno tymczasowo oleję to drugie. Pewno wiele rzeczy pójdzie na dalszy plan, bo czas wolny będę wolał przeznaczyć na inne rzeczy.

Także, na razie.

Nie wiem czy mi się chce

Zanim jeszcze zacząłem grać w drugą Yakuzę Kiwami miałem taki plan by zrobić w niej platynę. Ambitny, bo taka zabawa zajmuje dużo czasu. Do tego jeszcze nie wiem do końca, jak mocno bym klął przy mahjongu, czy karaoke próbując zrobić te kilka misji z nimi związanych.

I chyba właśnie największy problem to ten czas. Czas, kiedy zamiast pisać bzdur na blogu mógłbym kończyć historię rozbudowy Kamurocho Hills. Czas kiedy zamiast nawalać w guzik na klawiaturze, mógłbym opanowywać zasady mahjonga czy wyklepywać kombinacje w kolejnej piosence na karaoke.

Do końca stycznia, czyli potencjalnego nadejścia Kingdom Heartsa III jeszcze jest trochę czasu. Ja nawet nie wiem czy aktualnie chce zabrać się za cokolwiek innego. Jakoś przeraża mnie perspektywa kilku rzeczy w Yakuzie. Czuję, że albo fuksem pójdzie szybko, albo będę długo starał się zrobić kilka rzeczy przy których mój mały rozumek nie da rady.

Seria Yakuza jest świetna. Wyborne postaci, ciekawa historia. Cała reszta dodatków i mini gier często umila nam zabawa głównie dlatego, że nie musimy ich robić aby grę skończyć. A ja ją skończyłem. Nie tak jak sobie kiedyś postanowiłem jakiś czas temu.

Ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Things are looking up+

Gdy pisałem poprzedni wpis na temat Dragon Questa XI, miałem inne wyobrażenie odnośnie tego co dalej po napisach – jak mi się zdawało – końcowych. Teraz czuję się pozytywnie zaskoczony i jakoś tak przytłoczony.

Tak dochodzę do wniosku, że słowa Qui-Gon Jinna mówiące że Zawsze znajdzie się większa ryba i tutaj okazują się prawdą. Wątek tego jeszcze bardziej złego delikatnie jest wpleciony we wcześniejszą fabułę i pokazuje, że cofając się w czasie, zmieniając pewne rzeczy sami rzucamy sobie kłody pod nogi. Nie ukrywam podoba mi się taki obrót spraw.

To co mi się nie podoba, to że nie wiem gdzie łapy włożyć. Sztucznie podniosłem poziom do 99. Teraz mogę przeciwników omijać i w sumie trochę tego żałuję, bo zrobi się z tego jakiś taki sandbox, gdzie biegam tylko z miejsca na miejsce.

Niby w prawie każdym mieście dostaję jakieś dodatkowe zadanie do zrobienia, doszły dodatkowe subquesty a ja nie wiem od czego zacząć i w sumie po co. Nawet nie wiem czy chce mi się ruszać dalej fabułę, bo mam takie przeczucie że będzie pod górkę – nawet z 99 poziomem. Zostało mi także kilka osiągnięć do zrobienia i pewno postaram się na tym skupić.

Tak więc, moja przygoda z Jade się nie skończyła. I mimo, że do DQXI siadam z lekkim oporem, to nie powiem że się męczę grając. No chyba, że nawalam w X próbując ugrać żetony w kasynie. Trochę to nuży.

Nadal uważam że to świetny RPG.