5 Kręgów i ja.

Mam taki problem z Legendą 5 Kręgów. Szybko się wkręcam, przez obrazki. Niedawno kupiłem sobie podręcznik do gry fabularnej. Oczywiście nie przeczytałem zasad, ale głowa już gdzieś kmini by coś zrobić. Ale znam swoje lenistwo lepiej niż zasady L5R RPG i to bez czytania.

Świat ten od dawna mi się podobał. To trochę takie fantasy wzorowane głownie na feudalnej Japonii. Gdzie poza politycznymi intrygami, ludzkimi tragediami mamy także Krainę Cieni i demony, które napierają na Rokugan. Zrobiłem kiedyś jedną sesję Krain Wschodu – dodatku do Dungeons & Dragons trzeciej edycji – ale wtedy byłem jeszcze gorszym miszczem gry niż jestem dziś. Tak jest, to było możliwe.

Brałem także udział w jednej sesji i poczułem, że na kolejną mnie nie zaproszą. Jak to czasem mówię, grali jakby z “kijem w dupie”. A mi Japonia nie kojarzy się ze sztywnością, formalnością na każdym kroku. Choć pewno ludzie na co dzień chodzili smutni, skupieni i zamyśleni. W końcu to taki kraj. Codziennie rano chcąc wypić herbatę robili długą ceremonię (oki, może picie herbaty nie było tak samo popularne jak dziś), po drodze co chwilę się kłaniali i rzucali wszędzie sensei czy inny banzai.

Ja jakoś nie umiem zrozumieć tego podejścia do L5R (a wiem co mówię w końcu obejrzałem kilka odcinków Ryomadena). Może ktoś za to lubi L5R, że pewne rzeczy może odgrywać inaczej niż prawie w każdym systemie nie tylko fantasy. Ale co stoi na przeszkodzie by stworzona postać do np. Cyberpunka, była niezwykle skryta, do bólu uprzejma i miała swoje rytuały, które byłby tylko dla innych stratą czasu.

Jeżeli kiedykolwiek uda mi się zasiąść do prowadzenia Legendy, będzie to bardzie przypominać detektywistyczną sesję Zewu Cthulhu, niż myślenie czy wstaję prawą nogą i odsuwam się do tyłu, czy lewą i robię dwa piruety a następnie, wiadomo kłaniam się tylko, czy pochylam się pod kątem 30 stopni, a może 43?

Może zrobię z Legendy kolejne Dungeons & Dragons, zabarwione tylko kolorem kwitnącej wiśni, gdzie szukanie duchów i walka z demonami będą ważniejsze niż feudalna hierarchia i etykieta – choć oczywiście będę starał się by te nie zniknęły doszczętnie.

Szkoda tylko, że fajne postacie w podręcznikach Legendowych i na kartach to te żeńskie, a moi potencjalni gracze nie są tacy ładni.

This are voyages…

Kolejna edycja eRPeGowego Maratonu za mną, czy też nami. Tym razem pokusiłem się o małą odmianę i postanowiłem poprowadzić jakieś scifi. Choć Star Trek Adventures może do końca czystym sience fiction nie jest, to chodziło głównie o odskocznie od fantasy lochów. Dla mnie i dla graczy.

Gdy zadeklaruję, że coś zrobię to w zwyczaju mam tego się trzymać. Chęci na prowadzenie z czasem malały a na koniec została mi tylko nadzieją, że nie będzie chętnych na granie. W końcu chętni się zjawili, oczywiście niewiele wiedzieli o uniwersum, co w sumie wiele nie przeszkadzało. Grunt, że byli otwarci na pomysły, dociekliwi i chętni do kombinowania.

Dawno jako mistrz gry się tak dobrze nie bawiłem. Zasługa graczy, tych co kombinowali dobrze i tych co starali się przekombinować. Gdy inżynier postanowił rozłożyć łazik (z założenia taki duży, mogący przewieść kilka osób, trochę dużego sprzętu), by ponownie złożyć go przeniesieniu części za most, przez który nie byłby wstanie przyjechać miałem łzy w oczach.

Z drugiej strony się mogę się mu nie dziwić. Ja w końcu wiem co będzie dalej. On stara się kombinować by do samego końca mieć potrzebny sprzęt. Niemniej jednak sesja zachęciła mnie by na kolejny maraton, pomyśleć nad kolejnymi przygodami tam gdzie nie dotarł żaden człowiek.

Choć, może raczej tam gdzie dotarł, bo na jakiejś stacji kosmicznej.

Lochy, prowadzenie i różne oczekiwania

Uwielbiam Dungeons & Dragons. Nie wiem dokładnie czemu, ale dla mnie inne gry fabularne w klimatach fantasy mogą nie istnieć. Bo co fajniejszego może być od bicia potworów, rozwoju postaci i ratowania dziewic z zamków.

Problem tylko w tym, że wolałbym sam siąść po stronie gracza. Niestety będąc bardzo wybrednym bytem ziemskim, by zagrać sobie w D&D 5ed. sam musiałem stać się mistrzem gry. Nigdy nie byłem dobrym prowadzącym, moje przygody rzadko mnie samego przekonywały, a w trakcie prowadzenia zwykle coś się sypało.

I mimo, że nie pierwszy raz prowadzę jakąś sesję, to ostatnio próbując coś zrobić, ktoś skutecznie mi to uniemożliwia. Stary się robię. Zrzędliwy. Graczy zmienić powinienem. Pewno tak, tylko że to tak samo trudne jak znalezienie MG, który by chciał prowadzić.

Jak już piszę o tym biciu potworów itd. to dochodzę do wniosku, że sam się zagalopowałem. Mało tego, gdzieś z moich sesji uciekł klasyczny dungeon crawling. Nie mówiąc już że dziewic nie ma, tak samo jak jednorożców.

Lubię D&D, kocham tworzyć postacie – bardziej od strony mechanicznej, więc zapisuję tonę kart postaci. Chciałbym w niego grać, ale chyba zwykle ja i gracze mijamy się z wyobrażeniem sesji.

A może za dużo kombinuję z fabułą, może wypada zacząć robić sesje w bardzo starym stylu. Wejść do miasta, powiedzieć że tam gdzieś jest loch w którym jest straszny stwór i że dają dużo za ubicie dziada.