Poległem : Last Remnant Remastered

Gdy odpuszczam sobie grę w połowie (choć tak naprawdę nie wiem jak dużo przede mną), to czuję że nie powinienem o niej pisać czegokolwiek. Z drugiej strony może to taka gra, której głównym problemem jest to, że nudzi już po kilku godzinach grania. Sam nie wiem bo mam trochę mieszane uczucia co do Last Remnanta.

Nie przeszkadza mi przeciętny angielski dubbing (bo rzadko kiedy tutaj kładzie się na tyle dużą kasę by wyszło to świetnie), także nie przejmuje się nijaką fabułą – choć tutaj ocena wynika tylko ze znajomości początku tej historii.

Zdaje sobie sprawę, że to stara gra, odświeżona na nowe konsole. Dużo tych drobnych, wkurzający rzeczy jakoś jestem w stanie przeboleć. Mogę przeboleć także to, że to gra trudna wymagając i czasem skomplikowana. Nie mogę przeboleć tego, że spora doza tej trudności bierze się z jej losowości, a skomplikowanie z braku jakiegoś sensownego tutorialu i możliwości powtórzenia niektórych podpowiedzi, na które trafiliśmy gdzieś w grze i nam umknęły.

Właśnie walka to rzecz która mnie z jednej strony ciekawi, a z drugiej niemiłosiernie wkurza. Do walki przystępujemy kilkoma zespołami a każdy z nich ma kilka jednostek – zespoły ustalamy sami i tutaj też nie wszystko rozumiem, ale pominę ten fakt, ot może coś przegapiłem jak gra próbowała mi tłumaczyć.

Podczas potyczki wybieramy który zespół kogo zaatakuje (także zespoły, czasem jednoosobowe), oraz wybieramy jedną z opcji w stylu atakuj, użyj zdolności bojowych, lecz się etc. Im więcej nasze postaci nauczą się umiejętności, tym coraz dziwniejsze akcje się nam pojawiają, lecz te zwykle ograniczają się do 5 opcji. Do tego główny mój problem polega na tym, że jeżeli wybierzemy użyj zdolności bojowych to tak naprawdę całość dobierana jest bardzo losowo. Czasem zastanawiałem się, czemu po wybraniu tej opcji tylko jedna postać używa skilla a pozostałe – choć jestem pewien, że jakieś mają – nie. Później oczywiście ktoś nie trafi czy też nagle się okazuje, że po wybraniu lecz się ktoś nie zdąży się podleczyć.

Nie rozumiem czy gra sama w sobie nam rzuca kłody pod nogi, czy pomaga optymalizować zasoby. Wiem, że losowość od zawsze istniała w grach i się na nią godzę. Ale tutaj jest jej zbyt wiele i czuję, że wiele nie jestem w stanie przewidzieć. Do tego gdzieś obiło mi się o uszy, że to gra taktyczna i może coś w tym jest, ale jak na grę taktyczną to zbyt mało rzeczy gra nam pokazuje a zbyt wiele dzieje się przypadkowo.

Last Remnant to taka gra 5/10. Dobra, ale dla specyficznego grona graczy. Chętnie bym do niej kiedyś wrócił, ale patrząc ile gier ma wyjść/leży na półce wątpię, że kiedykolwiek to się stanie. Myślę, że przerosła mnie jej trudność i nie znalazłem tam nic co wynagradzałoby mi widok ekranu game over oraz ponowne próby przebicia się przez problematyczne walki.

Po prostu zrobiłem się na starość coraz bardziej wybredny…

Czekając na Osąd…

Patrząc na datę ostatniego wpisu to byłem bezproduktywny w grafomańskiej materii przez półtora miesiąca. Coś tam po drodze kombinowałem, ale nic z tego nie wyszło. Trochę się poobijałem, trochę pograłem i parę razy miałem coś napisać.

Skończyłem demo, czy też prolog 13 Sentinels: Aegis Rim. Japońskie, więc przez większość czasu albo cieszyłem się z grafiki, która chyba w każdej grze Vanillaware jest cudowna. Słuchałem co do mnie mówią, niewiele rozumiejąc i próbowałem wykminić co w tej grze się dzieje i gdzie tak naprawdę gramy. Ciut po tym demie boję się, że ktoś zainspirował się symulatorami chodzenia. Ja rozumiem, że można zrobić ciekawą fabułę. Dobrze ją przedstawić. Że gry stały się takim medium, które może/chce przekazywać pewne wartości, dawać do myślenia a nie tylko “LPP, LPP, LPP, LPP”.

十三機兵防衛圏 プロローグ_20190422112813

Boje się bo zarówno Odin Sphere jak i Muramasa to mechanicznie prawie identyczne gry, tylko świat inny. Później był Dragon’s Crown. Kolejna cudowna gra i w sumie można by doszukiwać się pewnych podobieństw w samym graniu. Gdzieś liczyłem że Aegis Rim będzie podobny do tych dwóch pierwszych. Po prostu chcę czuć, że gram. Jeżeli chcę sobie spotkać się z jakąś historią to sięgam po książkę, komiks, serial, czy film. Gry dla mnie mają to do siebie, że gram – choć nie wiem jak to zdefiniować. Takie dziwne uczucie robienia czegoś poza przerzucaniem dialogów. I nie przekonywuje mnie, że daną scenę mogę z innej perspektywy obejrzeć, że mogę czasem wybrać kolejność działań i historia się inaczej skończy.

Wiem, że cokolwiek by z tego nie powstało bardzo chętnie grę kupię. Z jaką uwagą będę grał? Czy skończę? Czy będę chwalił? Dowiem się jak… pogram. Liczę, że japoński prolog, który kupiłem tylko i wyłącznie dla płyty z muzyką, to tylko wstęp do historii i możliwość nacieszenia oczu piękną grafiką. Liczę, że w finalnym produkcie, coś będzie się robić, poza wybieraniem kolejności przerzucanych dialogów. I naprawdę nie mam nic do tego, by ta gra nie przypominała poprzedniczek.

Później przyszedł czas na Yoshi’s Crafted World. Grę dla dzieci z cudownym dinozaurem w roli głównej. Takie inne Super Mario. Świetnie się bawiłem. Zdobywałem kwiatki i pieniążki w każdym świecie. Czasem posiłkowałem się internetem, czasem wytrzeszczałem oczy by znaleźć te wszystkie znajdźki. Myślałem prosta gra dla dzieci, to będzie to pierwsza gra na Switcha, w której zrobię absolutnie wszystko! No i się myliłem. Po przejściu gry, jak w każdej dobrej grze, otwierają się nowe światy, wyzwania. Uważam to za plus, ale niestety te wyzwania ciut mnie przerosły. Pewno kilkuletnie dziecko lepiej by sobie poradziło niż stary dziad jak ja. W końcu to gra dla dzieci.

I pewno dlatego też ma ona pełno uroku. Bardzo sympatycznie się gra, a pomysłowość w każdym następnym poziomie zaskakuje. Czasem byłem zdumiony tym, że tylko dla jednego etapu, twórcy opracowali kompletnie inną mechanikę -latanie samolotem, czy jazda po torze. Praktycznie do samego końca, programiści wymyślali drobne rzeczy, które wpływały na grę. Wybuchający przeciwnicy, których można połknąć by później wysadzić kawałek ściany. Magnes, który przyczepia się do puszek wiszących na sznurkach. Przeciwnicy, którzy dobrze pokierowani – gonią nas by odebrać serduszka życia – niszczą fragmenty planszy otwierają nowe przejścia. Gra daje takie poczucie świeżości przez cały czas. Jedyny minus, to muzyka. Bardzo przeciętna. W sumie to jeden utwór zgrabnie aranżowany pod to co widzimy na ekranie, ale to taki malutki minusik.

Teraz gram, męczę, próbuję The Last Remnant Remastered. Pamiętając całkiem dobry soundtrack Tsuyoshiego Sekito, pomyślałem by sprawdzić grę do której muzyka ta była napisana. Zresztą muzyka to często dla mnie punkt wyjściowy by grę kupić – choć dziś to się często zmienia. Kupiłem na promocji, chwyciłem z ciekawości (zresztą chyba po coś kupowałem) i naczytałem się różnych głupot. Takich, że prawie wypada nie walczyć, czy mądrze wybierać walki by nie mieć problemów. A największym z problemów może być to, że ostatni boss będzie niemożliwy do pokonania. Grając w grę. Próbując się nauczyć grać, próbując zrobić wszystko co zaplanowali twórcy, sprawiamy że nie zobaczymy kto ją stworzył – choć tu kłamię bo listę płac można z menu sobie włączyć, może właśnie dlatego tam jest.

Gram z nastawieniem najwyżej. Poczytałem, że już wersja PC była pod tym względem udoskonalona (to nie sarkazm, faktycznie coś zrobili by było łatwiej, czy jakoś tak) a wersja na Playstion 4 stworzona jest w oparciu o wersję PC. To też problem internetu. Człowiek nie załapał czy też przerzucił jak tłumaczyli w grze jak się gra i szuka by się czegoś dowiedzieć i dowiaduje się czegoś kompletnie innego.

Na początku często widywałem napis Game Over. Teraz praktycznie się to nie zdarza, lecz nie da się ukryć, że nie wiem co się w tej grze dzieje – tak mechanicznie, bo fabularnie to na razie nic ciekawego się nie wydarzyło. To, że to gra starej generacji mogę przeboleć. Założenia w walce są ciekawe, bo nie walczymy jednostkami, tylko zespołami. Wybieram ogólny schemat zachowań – choć możemy podglądnąć, która postać jakiej akcji użyje. Wybieram przeciwnika do którego zespół podbiegnie i może za flankuje, albo np. na drodze stanie im inny przeciwnik. Może w walce jest jakaś głębia której nie dostrzegam.

Brakuje mi jeszcze tylko opcji japońskiego dubbingu. Angielski ciut męczy uszy, choć nie jest tak tragicznie. Do tego dziwne te rasy. Na pewno dość oryginalne – człowiek pantera (czy inny koteł) z 4 rękami – co uważam za plus, ale czasem czuję, że to nic nie zmienia i tylko ktoś poleciał zbyt daleko z fantazjowaniem.

Będzie co będzie. Gram. Coraz mniej się wkurzam i jak definitywnie skończę to coś więcej będę mógł powiedzieć. Zresztą czekam na Judgemnet. Grę twórców Yakuzy, która niby Yakuzą nie jest, ale jest. Tak głupio to brzmi, ale coś w tym prawdziwego.

PS. Miałem także, krótki romans z Final Fantasy XIV, który pozwolił mi zdecydować się na zakup nadchodzącego dodatku Shadowbringers. Viery, oraz kilka dni zabawy przekonały mnie by dać temu MMO kolejną szansę.

Ale głównie Viery…