20 lat minęło

Kilka dni temu minęło 20 lat od japońskiej premiery gry Vagrant Story. Nie żebym tak skrupulatnie śledził te daty jakby to były moje urodziny, ale trudno ominąć taką informację gdy przegląda się internet – oczywiście te muzyczno/growomuzyczne serwisy/profile.

Vagrant Story to dla mnie jedna z najważniejszych gier w życiu. Jedna z najlepszych w jakie grałem. Gdy byłem dzieciakiem to z angielskiego niewiele kumałem. Do tego, sposób w jaki jest przetłumaczona – i nie chodzi o to, że zły – wcale nie ułatwia mi odbioru. Zresztą nie ukrywam, że mając ograniczone ilości czasu ciężko mi jest się cofnąć do staroci by je przejść ponownie. W szczególności, że Vagrant Story do najłatwiejszych gier nie należy.

Jego największym mankamentem jest to, że wyszedł gdy już na dniach na rynek miał trafić drugi soniak, więc kogo obchodziła stara konsola i jakaś gra o nieznanym tytule (wiadomo, serie lepiej się sprzedają, docierają do ludzi).

Vagrant Story – nawet gdy nie rozumiałem fabuły i grałem po japońsku – miał cudowny klimat. Lea Monde wzorowane na jakimś średniowiecznym europejskim miasteczku z jego wszystkimi katakumbami, lochami, kanałami. Świetny design postaci, cudowna muzyka (dla mnie ścieżka dźwiękowa zawsze będzie numerem 1 (pewno jednym z wielu); uwielbiam po prostu), genialna reżyseria przerywników zarówno fabularnych i cudowne sekwencje poznawania nowych miejsc, przeciwników i bossów. Unikalny system walki – oj zbyt dużo by mówić, zbyt mało pamiętam by opisywać teraz. Piękne efekty ciosów specjalnych, pomysłowe – czasem frustrujące – zagadki.

Nie potrafię tej gry nie chwalić. Z jednej strony, człowiek chciałby porządny remake. Z drugiej boi się, że coś pójdzie nie tak. Chciałbym by gra wyszła na nowe konsole, ale jakoś tak zachowując jej klimat. Bo nawet te dziwne modele postaci 3D mają swój urok po latach – wiadomo, niska rozdzielczość ciut dziś może przeszkadzać.

Yasumi Matsuno jest geniuszem i w sumie przez niego siadłem do Final Fantasy XIV.

Era Zodiaków

Lat temu 10, Square Enix pozwoliło/poprosiło Yasumiego Matsuno by ten zrobił kolejną odsłonę Final Fantasty – dwunastą. Famitsu dało perfect score, później ogłosiło, że to gra roku 2006 a z czasem pojawiło się w europie.

Ponieważ biorąc Matsuno w pakiecie dostaje się Akihiko Yoshidę, oraz Hitoshiego Sakimoto to mój pierwszy kontakt z tym tytułem odbył się przez głośniki wieży hi-fi. Zresztą Final Fantasy XII Original Soundtrack to pierwsza ścieżka dźwiękowa, taka japońska, na którą udało mi się wysupłać złocisze by ją kupić. Trochę było wtedy kombinowania, ale to dzięki pewnemu Waldemarowi, limitowana edycja ścieżki dźwiękowe spoczęła na mojej półce – za co mu jestem dozgonnie wdzięczny. Nie będę ukrywał, trochę czasu zajęło mi przekonanie się do genialności tych czterech płyt, ale dzięki temu mam także nauczkę, że muzyka z gier prawie zawsze odbierana jest inaczej przed i po kontakcie z grą.

Później przyszła pora na włożenie płyty do PS2. Zawsze byłem przekonany, że Yasumi Matsuno to geniusz. Kocham jego Final Fantasy Tactics, kocham Vagrant Story (i później także  bardzo, bardzo polubiłem Tactics Ogre), dlatego też Final Fantasy XII zamówiłem przedpremierowo – a wtedy jeszcze nie pracowałem. Gdy już do mnie dotarła, grałem jakieś 10 godzin. Wsiąkłem, ktoś nawet próbował mi przeszkadzać (pamiętam, że zadzwonił jakiś gość z którym ponoć studiowałem i jednego z przerywników nie oglądnąłem). Leciałem do przodu jak przecinak, robiąc wszystkie zadania poboczne jakie tylko mogłem.

I jak na błahość historii można narzekać, to pewne elementy są tam świetne. Brat spędził ponad 120 godzin w tej wersji Ivalice. Ja sam później zacząłem grać od nowa, choć i tak nie zrobiłem wszystkiego co było do zrobienia. Balthier to obok Viviego z FFIX jedna z najciekawszych postaci w serii (tej finalowej). Choćby dla niego warto przeżyć tą przygodę chociaż raz. Ścieżka dźwiękowa jest świetna, przygodowa, taka Sakimotowa, orkiestrowa choć przez dźwiękowy układ ps2 trochę “ubita” – i tak Keiji Kawamori zrobił kawał dobrej roboty by przenieść muzykę tak by niewiele straciła na swej wartości.

 

I tak 10 lat później, Square Enix postanowił że poprosi o (nie tylko) moje pieniądze i stworzy remake tego genialnego tytułu. Dokładnie zabierze się za przerobienie wersji International Zodiac Job System (czy jakoś tak), która wyszła tylko w Japonii, grubo po premierze podstawowej edycji. Ja kwadratowym panom nie odmówię, bo chętnie wrócę do Ivalice, tak samo jak chętnie wracałem (i mam nadzieję, że jeszcze nie raz to zrobię) do Ivalice z Final Fantasy Tacics, czy Vagrant Story.

Dla mnie Matsuno jest geniuszem (czy nie pisałem już o tym?), Sakimoto (mimo że wtórny) mistrzem a Yoshida artystą. Wszyscy są świetni w swoim fachu, a jak połączą siły, to czy może im wyjść coś złego. Kupuję z zamkniętymi oczami.